Te gatunki wkrótce znikną!

Zrzutka na Ziemię
Tempo znikania gatunków na Ziemi niepokoi. Sytuacja staje się krytyczna, a zagładę może powstrzymać jedynie wspólna akcja wszystkich państw i zamożnych firm. Przydałyby się też pieniądze – około... 100 mld dol. rocznie.
Gatunek krytycznie zagrożony: lampart amurski.
Colin Hines/Wikipedia

Gatunek krytycznie zagrożony: lampart amurski.

Gatunek krytycznie zagrożony: lemur silky sifaka z Madagaskaru.
Inaki Relanzon/Naturepl/BEW

Gatunek krytycznie zagrożony: lemur silky sifaka z Madagaskaru.

Gatunek krytycznie zagrożony: nosorożec sumatrzański.
Mike Simons/Getty Images

Gatunek krytycznie zagrożony: nosorożec sumatrzański.

audio

AudioPolityka Andrzej Hołdys - Zrzutka na Ziemię

Przyroda ubożeje z dekady na dekadę, kolejka roślin i zwierząt zagrożonych zniknięciem szybko się wydłuża. Wielu nie da się już uratować. „Biosfera Ziemi ma za sobą niejeden zakręt. Z każdego z nich długo wychodziła na prostą. Jednak obecne załamanie się różnorodności gatunkowej świata uderzy w tych, którzy ten kryzys wywołali, czyli w nas. Ryzykujemy bardzo wiele. Przyroda to nasz naturalny kokon, fundament naszego dobrobytu i bezpieczeństwa żywnościowego” – przekonuje australijski naukowiec Will Steffen, były wieloletni dyrektor Międzynarodowego Programu Zmian Geosfery i Biosfery (IGBP).

Gdy przed około 11 tys. lat po ostatniej epoce lodowcowej nastał łagodny holocen, okres ten okazał się – jak to określa Steffen – „naszą przestrzenią operacyjną”. Stworzył dogodne warunki do eksplozji demograficznej i zapewnił w miarę stabilny klimat, co pozwoliło nam na dokonanie rewolucji neolitycznej: rozwinięcie rolnictwa, udomowienie roślin, oswojenie zwierząt, założenie stałych osad i pierwszych miast. Bez w miarę przewidywalnego holocenu nie bylibyśmy dziś tu, gdzie jesteśmy. Biosfera nam w tym wydatnie pomogła.

Atrofia biosfery

Wygląda jednak na to, że holocen odchodzi do przeszłości. W szczególności druga połowa zeszłego stulecia oraz początek obecnego znacznie odbiegają od holoceńskiej normy. Nie chodzi tylko o wzrosty temperatury i rosnące emisje gazów cieplarnianych. Widać też inne efekty nasilającej się presji człowieka na środowisko. W połowie zeszłej dekady IGBP pod kierownictwem Steffena opublikował raport, w którym na opisanie tego, co się dzieje na globie od 1950 r., użyto terminu „wielkie przyspieszenie” (ang. Great Acceleration). Opierając się na ponad 20 wskaźnikach, autorzy publikacji stwierdzili, że „kluczowe elementy ziemskiego ekosystemu wykroczyły poza naturalną zmienność z ostatnich 11 000 lat”.

Raport powtórzono w 2016 r., zaostrzając jego tezy. Steffen, do spółki z badaczami ze Stockholm Resilience Centre, stworzył też koncepcję dziewięciu limitów wytrzymałościowych globu. Zakłada ona, że Ziemia jest systemem, który owszem sam się reguluje, ale tylko do pewnego momentu, i że zaburzenie tego systemu może doprowadzić do nagłych i trudnych do przewidzenia skutków. W zeszłym roku na łamach „Science” grupa ta wykazała, że cztery z tych limitów zostały już przekroczone. Jest wśród nich różnorodność biologiczna.

Opis atrofii ziemskiej biosfery – wciąż niepełny, ale już dość szczegółowy – zawierają cztery sążniste księgi opublikowane wiosną br. przez zespół ponad stu naukowców, działający pod auspicjami międzyrządowej organizacji IPBES (to akronim jej pełnej angielskiej nazwy Intergovernmental Science-Policy Platform on Biodiversity and Ecosystem Services). Powołano ją w 2012 r., aby raz na kilka lat przedstawiała zbiorcze raporty oceniające stan bioróżnorodności na Ziemi i prezentowała scenariusze na przyszłość. Formuła działania IPBES jest podobna do tej, którą zastosowano w znacznie lepiej znanym Międzyrządowym Zespole ds. Zmian Klimatycznych (IPCC), słynnym ze swoich alarmistycznych diagnoz i prognoz, za sprawą których o ziemskim klimacie zaczął mówić cały świat. IPCC dostał w 2007 r. Pokojową Nagrodę Nobla. Kto wie, może jego młodsza siostra IPBES również doczeka się takiego wyróżnienia. Na razie jednak wizja nadciągającej katastrofy klimatycznej – szaleństw pogody, zatapianych miast, niemiłosiernych upałów, krachu rolnictwa z niedoboru wody, inwazji tropikalnych chorób zakaźnych oraz dziesiątek milionów migrantów klimatycznych – o wiele bardziej rozpala wyobraźnię ludzi niż wizja masowej zagłady gatunków, które znikają sobie po cichu gdzieś tam na drugim końcu świata.

Pod jednym względem raporty obu organizacji są już dziś bardzo podobne: poziomu pesymizmu, gdyby sprawy potoczyły się źle. W każdej ze wspomnianych czterech ksiąg naukowcy z IPBES zajęli się innym regionem świata: Afryką, Azją-Pacyfikiem, Europą z Azją Środkową oraz obiema Amerykami. Wyłania się z nich obraz wiszącej nad światem katastrofy. W Afryce do końca XXI w. zniknie połowa gatunków ptaków i ssaków. W rejonie Pacyfiku różnorodność biologiczna zmniejszy się o połowę w ciągu trzech dekad – część organizmów wymrze, innym skurczy się przestrzeń życiowa, kolejne przetrwają, ale staną się mniej zróżnicowane genetycznie.

Jedną z głównych przyczyn tego stanu rzeczy będzie zagłada raf koralowych – mateczników oceanicznego życia. W Oceanie Spokojnym wymrą niemal wszystkie (90 proc.) główne rodziny budowniczych rafy. Przetrwają jedynie te najbardziej odporne korale, ale taki monotonny ekosystem będzie miał tyle wspólnego z prawdziwą rafą koralową, co monokultura leśna z puszczą. Wymieranie trwa też w obu Amerykach. Raport stwierdza, że w ciągu pół wieku tamtejsza przyroda zubożeje o jedną piątą gatunków. W porównaniu z początkiem XIX w. straty wyniosą łącznie 40 proc.

Czytaj także

Co nowego w nauce?

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną