Nauka

Resort zdrowia chce ukrócić modę na fast foody

Nie po raz pierwszy urzędnicy Ministerstwa Zdrowia chcą regulować gusta młodego pokolenia Polaków. Nie po raz pierwszy urzędnicy Ministerstwa Zdrowia chcą regulować gusta młodego pokolenia Polaków. Jon Bunting / Flickr CC by 2.0
Ministerstwo Zdrowia domaga się od resortu edukacji, aby dzieci ze szkół i przedszkoli omijały szerokim łukiem popularne sieci z fast food’owym jedzeniem.

O liście przekazanym w sprawie fast foodów do MEN poinformował „Dziennik Gazeta Prawna”, a czytamy w nim m.in. o tym, że wizyty w barach z hamburgerami i colą powinny zniknąć z harmonogramów wycieczek oraz „nie mogą być nagrodą dla dziecka i towarzyszyć celebracji wspólnych uroczystości”.

Nie po raz pierwszy urzędnicy Ministerstwa Zdrowia chcą regulować gusta młodego pokolenia Polaków, ale tak jak kilka lat temu wywołali histerię w obronie drożdżówek ze sklepików szkolnych – znowu zabierają się za to od niewłaściwej strony.

Czytaj więcej: Słodycze wracają do szkół

Kto uczy dzieci złych nawyków

Owszem, adresat słusznego skądinąd postulatu – czyli Ministerstwo Edukacji Narodowej – wydaje się właściwy, ponieważ od nauczania dobrych nawyków żywieniowych trzeba zacząć batalię o zdrowie młodzieży. Ale jako pierwsi powinni tę lekcję odebrać nauczyciele. Czy w programach ich kształcenia ktoś zwraca im na to uwagę?

„Dziennik Gazeta Prawna” cytuje wyjaśnienia znajdujące się na stronie jednego z przedszkoli w Radomiu, że „wizyta dzieci w McDonald’s pod opieką pedagogów może mieć cel edukacyjny, jakim jest kształtowanie umiejętności odpowiedniego zachowania i spożywania posiłku w miejscu publicznym”.

Nigdy nie byłem w Radomiu, ale nie sądzę, aby właściwych postaw w restauracji można się tam było uczyć tylko w barze z fast foodami. To oczywiście wygodne dla nauczycieli, bo prosty posiłek jest stosunkowo tani, a restauracja potrafi im wynagrodzić przyprowadzenie gromadki dzieci i zakup 20 hamburgerów darmowymi porcjami dla dorosłych.

Ale nie ma nic dziwnego w tym, że firma szuka sposobów przyciągnięcia klienta lub nagradzania go w systemie lojalnościowym – to raczej wiedza nauczycieli o zdrowych produktach spożywczych musi być wyjątkowo marna w Radomiu, skoro nauczyciele nie widzą poza McDonald’s lepszych lokali do uczenia dzieci zasad właściwego odżywiania. Owszem, ta marka akurat w ostatnich latach bardzo głośno mówi o zdrowiu i wiele zmieniła w recepturach, by dostosować je do zaleceń ekspertów. Jednak tym bardziej metody, jakimi niektóre restauracje pod tym szyldem (w 90 proc. pozostają w rękach franczyzobiorców, czyli prywatnych przedsiębiorców) próbują przyciągać szkoły i przedszkola do swojego menu, nie są chyba odpowiednie. Bo trudno uwierzyć, aby przedszkolaki zajadały się akurat sałatkami warzywnymi z plastikowych pudełek.

Metoda kija. Wciąż bez marchewki

Czy Ministerstwo Zdrowia liczy na to, że zakaz dla grupowego odwiedzania przez dzieci i młodzież restauracji z hamburgerami jednoznacznie przyczyni się do zmiany ich nawyków? Po szkole wracają do domu, gdzie w lodówce czekają na nie dwulitrowe butelki coli i podobnych napojów, a podczas rodzinnych przyjęć dostają posiłki niemające nic wspólnego ze zdrowym odżywianiem.

Rodzice chcą od szkoły egzekwować zakazy, bo to łatwe – jednocześnie w domu przymykają oczy na to, czym karmią swoje dzieci. Powiedzenie, że czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci, doskonale oddaje prawdę o skutkach ich odżywiania, bo nawyki smakowe kształtowane są już od pierwszego roku życia. Gdyby dorośli nie nauczyli swoich pociech, że herbatę trzeba słodzić, a jajka lub pomidory solić, to nie upominałyby się o słodkie ani solone przekąski.

Dlatego edukacja prozdrowotna to pilne zadanie, które mamy w Polsce do odrobienia nie tylko w stosunku do najmłodszych, ale też ich opiekunów i wychowawców. Reklamy śmieciowego jedzenia są niezwykle sugestywne i usypiają czujność nawet najbardziej wyczulonych na punkcie zdrowia. Ale gdy czytają w zaleceniach, że powinni robić dzieciom do szkoły kanapki z pieczywa „bogatego w węglowodany złożone”, to jakie wyciągną z tego wnioski praktyczne?

Na razie więc kształcenie to idzie dość opornie, i to w różnych dziedzinach – począwszy od savoir vivre i diety, a skończywszy na segregowaniu śmieci i poprawnych zachowaniach na drodze. Nie zmieni się jednak nic za pomocą pałki, bo wychowanie obywatelskiego społeczeństwa zabiera lata. Okólnik, by nie wpuszczać wycieczek do McDonald’s, nie nauczy najmłodszych, dokąd powinni pójść na zdrowy posiłek. A taka lekcja byłaby tu chyba najbardziej potrzebna.

Czytaj więcej: Podatek od cukru nie wyjdzie nam na zdrowie

Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Świat

Dyplomaci jak hostessy – tak działa polskie MSZ

PiS w zasadzie nie prowadzi polityki zagranicznej. Nie potrzebuje więc doświadczonych ambasadorów. Chyba że do roli hostess.

Grzegorz Rzeczkowski
09.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną