Ślad węglowy wojny. Konflikt w Iranie zatruwa środowisko i zdrowie ludzi na wiele sposobów
Wojny zwykle analizuje się przez pryzmat strategii militarnej, liczby ofiar i zmian geopolitycznych. Znacznie rzadziej mówi się o ich ekologicznych konsekwencjach. Tymczasem współczesne konflikty coraz częściej przypominają ogromne katastrofy środowiskowe. Bombardowania rafinerii, baz wojskowych, portów czy infrastruktury energetycznej uwalniają do środowiska tysiące ton toksycznych substancji.
Konflikt w Iranie jest tego dramatycznym przykładem. Według analiz organizacji badawczej Conflict and Environment Observatory już w pierwszych tygodniach walk zidentyfikowano ponad 300 zdarzeń mogących powodować poważne szkody środowiskowe. Badacze podkreślają jednak, że rzeczywista skala zniszczeń jest prawdopodobnie znacznie większa.
Posłuchaj także: Wojna w Ukrainie i nowa zbrodnia międzynarodowa: ekobójstwo
Jednym z najbardziej symbolicznych obrazów ekologicznego wymiaru tej wojny był tzw. czarny deszcz, który spadł na Teheran po bombardowaniach instalacji naftowych. Pożary zbiorników paliwa i infrastruktury przemysłowej wytworzyły ogromne chmury gęstego dymu unoszące się nad miastem liczącym niemal 10 mln mieszkańców. W takich chmurach znajdują się mikroskopijne cząstki sadzy, produkty spalania ropy naftowej oraz liczne związki chemiczne powstające podczas spalania materiałów przemysłowych. Gdy w tym samym czasie nad regionem pojawiły się opady, krople deszczu zaczęły zbierać te zanieczyszczenia z powietrza i opadać na powierzchnię miasta w postaci ciemnych, tłustych plam.
Taki opad nie jest jedynie spektakularnym zjawiskiem atmosferycznym. Naukowcy wskazują, że w tego typu chmurach mogą znajdować się drobne pyły zawieszone, tlenki siarki i azotu, a także lotne związki organiczne i wielopierścieniowe węglowodory aromatyczne, które należą do najbardziej niebezpiecznych zanieczyszczeń powietrza. Nic więc dziwnego, że po bombardowaniach mieszkańcy Teheranu zgłaszali bóle głowy, podrażnienie oczu, trudności w oddychaniu i pieczenie w gardle. Najbardziej narażone na działanie takich zanieczyszczeń są dzieci, osoby starsze oraz ludzie cierpiący na choroby układu oddechowego i sercowo-naczyniowego.
Czytaj także: Fukushima: Najbardziej śmiercionośny okazał się strach. Klimat płaci za to do dziś
Sytuację pogarsza geomorfologia miasta. Teheran otoczony jest górami Alborz, które wraz z gęstą zabudową utrudniają rozpraszanie zanieczyszczeń, potęgując efekt smogu. Co istotne, problem zanieczyszczenia powietrza w Teheranie był poważny jeszcze przed wybuchem wojny. W okresach niedoboru gazu w irańskich elektrowniach od lat spalano mazut – ciężką pozostałość po rafinacji ropy naftowej zawierającą duże ilości siarki i innych zanieczyszczeń. Irańskie ministerstwo zdrowia szacowało, że ok. 60 tys. mieszkańców umierało każdego roku z powodu chorób związanych z wdychaniem toksycznych pyłów. Wojna może tylko ten kryzys pogłębić.
Niewidzialne skażenie gleby
Jednak smog i dym nad miastem to tylko najbardziej widoczna część problemu. Znacznie groźniejsze mogą okazać się zanieczyszczenia pozostające w środowisku długo po zakończeniu walk. Bombardowania baz rakietowych, magazynów broni i zakładów przemysłowych uwalniają do gleby i wód gruntowych ogromną liczbę substancji chemicznych. W takich miejscach znajdują się paliwa, metale toksyczne, pozostałości materiałów wybuchowych oraz związki wykorzystywane w produkcji rakiet i amunicji. Po eksplozjach część tych substancji spala się, ale duża ilość trafia bezpośrednio do środowiska.
Czytaj także: Uwaga! Magazyny z groźnymi odpadami. Oparów trzeba się bać, pyły niosą się za granicę
Szczególnym problemem są materiały wybuchowe, takie jak trotyl, który według amerykańskiej Agencji Ochrony Środowiska uznawany jest za potencjalny czynnik rakotwórczy. Związki tego typu mogą pozostawać w glebie przez wiele lat, przenikać do wód gruntowych i ostatecznie trafiać do roślin oraz do łańcucha pokarmowego. Jeszcze bardziej toksyczny jest produkt rozkładu trotylu, dinitrotoluen. Inny powszechny materiał wybuchowy, heksogen, jest mniej rozpuszczalny, przez co łatwo migruje przez gleby i zanieczyszcza wody gruntowe, a następnie kumuluje się w roślinach i organizmach żywych. Podobnie zachowują się niektóre związki perfluorowane stosowane w przemyśle wojskowym, które są wyjątkowo trwałe i bardzo powoli ulegają rozkładowi w środowisku – nie bez powodu doczekały się obiegowego określenia forever chemicals. W rezultacie obszary dotknięte intensywnymi bombardowaniami mogą pozostawać skażone nawet przez dziesięciolecia.
Takie skażenie bezpośrednio zagraża rolnictwu. Pyły i sadza z pożarów przemysłowych osadzają się na polach uprawnych, a wraz z opadami przenikają do gleby. Metale ciężkie i toksyczne związki organiczne mogą stopniowo kumulować się w roślinach. W dłuższej perspektywie prowadzi to do spadku plonów, degradacji gleby i skażenia żywności. Historia pokazuje, że skutki takich zanieczyszczeń potrafią utrzymywać się bardzo długo. Po wojnie w Wietnamie gleby skażone herbicydem Agent Orange pozostawały toksyczne przez dziesięciolecia, a po pożarach szybów naftowych w Kuwejcie w 1991 r. zanieczyszczenie powietrza i gleby było odczuwalne jeszcze wiele lat później.
Czytaj także: Solidarność dla Jeziora Aralskiego. Jakie są skutki największej katastrofy ekologicznej ubiegłego wieku?
Krwawiąca Zatoka. Śmiertelne zagrożenie dla mórz i ludzi
Wojna w regionie Zatoki Perskiej niesie także ogromne ryzyko katastrof ekologicznych na morzu. Ataki na statki (w tym akcja unicestwienia irańskiej marynarki wojennej), porty i instalacje naftowe zwiększają prawdopodobieństwo wycieków ropy. Zatoka jest miejscem niezwykle cennym przyrodniczo, mimo że od dekad intensywnie eksploatuje się tam złoża ropy i gazu. W jej wodach znajdują się rozległe łąki trawy morskiej, rafy koralowe oraz siedliska wielu gatunków zwierząt, w tym zagrożonych wyginięciem morskich ssaków i żółwi. Nawet pojedynczy, ale duży wyciek ropy może zniszczyć całe ekosystemy przybrzeżne i doprowadzić do załamania lokalnego rybołówstwa. Ryzyko wykracza jednak poza Zatokę – storpedowanie irańskiej fregaty „IRIS Dena” u wybrzeży Sri Lanki spowodowało wyciek ropy, który zagroził ekologicznie wrażliwym obszarom tego kraju. Władze Sri Lanki musiały uruchomić procedury oczyszczania wód.
Kolejnym zagrożeniem są instalacje odsalania wody morskiej. W krajach Zatoki Perskiej setki takich zakładów dostarcza wodę pitną dla dziesiątek milionów ludzi. Już teraz odnotowano przypadki uszkodzenia tych instalacji – m.in. na irańskiej wyspie Keszm, co pozbawiło 30 wsi dostępu do wody bieżącej. Zakłócenia w pracy tych instalacji mogą prowadzić nie tylko do przerw w dostawach wody, lecz również do wycieku chemikaliów, takich jak podchloryn sodu i kwas siarkowy, wykorzystywanych w procesie oczyszczania i odsalania. W regionie, który już dziś cierpi na chroniczne niedobory wody, nawet krótkotrwałe zakłócenia w dostawach mogą mieć poważne konsekwencje dla zdrowia i bezpieczeństwa mieszkańców.
Czytaj także: Iran przeniesie stolicę z powodu suszy. „To nie wybór, to konieczność”
Ślad węglowy wojny
Armie należą do największych konsumentów paliw kopalnych na świecie, a operacje wojskowe wymagają ogromnych ilości paliwa do napędu samolotów, czołgów, okrętów i pojazdów logistycznych. Analizy organizacji zajmujących się monitorowaniem emisji wskazują, że globalne siły zbrojne odpowiadają za kilka procent całkowitych emisji gazów cieplarnianych. Pierwsze trzy lata wojny w Ukrainie wygenerowały emisje porównywalne z łączną roczną emisją Austrii, Czech, Słowacji i Węgier.
Edwin Bendyk: Czas ekologii wojennej
Warto także pamiętać, że napięcia wokół Iranu wpisują się w znacznie szerszą historię geopolitycznej rywalizacji o kontrolę nad zasobami energetycznymi Bliskiego Wschodu. Od dziesięcioleci region ten pozostaje jednym z kluczowych obszarów zainteresowania światowych mocarstw, w tym Stanów Zjednoczonych, właśnie ze względu na ogromne złoża ropy i gazu. Oficjalne uzasadnienia interwencji – od obrony wartości cywilizacyjnych, przez walkę z terroryzmem, po troskę o stabilność międzynarodową – odgrywają w tym kontekście tylko rolę politycznej narracji, która ma nadać konfliktom bardziej akceptowalny społecznie wymiar. Historia pokazuje jednak, że wojny na ogół mają u swoich podstaw walkę o dostęp do zasobów. Kiedy w XIX w. Hiszpania toczyła wojnę z Peru i Chile o wyspy Chincha, w oficjalnej retoryce odwoływano się do honoru i prestiżu państwa, choć w rzeczywistości chodziło o kontrolę nad złożami guana – wówczas jednego z najcenniejszych nawozów na świecie.
Dzisiejszy konflikt wokół Iranu oraz następujące po nim działania odwetowe ponownie pokazują, jak silnie współczesny system gospodarczy i polityczny pozostaje uzależniony od paliw kopalnych. Z tej perspektywy wydarzenia te powinny być nie tylko analizowane w kategoriach bezpieczeństwa militarnego, lecz także skłaniać do refleksji nad tempem transformacji energetycznej. Dopóki globalny rozwój będzie się opierał na zasobach ropy i gazu, które są ograniczone i nierównomiernie rozmieszczone, dopóty będą one sprzyjać napięciom, rywalizacji między państwami, politycznym szantażom i przelewaniu krwi.
Czytaj także: W Ukrainie giną wróble. Na wojnie fauna zanika, brakuje flory. Polska musi o tym pomyśleć
Dlatego coraz więcej naukowców podkreśla, że współczesne konflikty należy analizować nie tylko w kategoriach militarnych, lecz także ekologicznych i energetycznych. Zniszczenie środowiska może destabilizować społeczeństwa równie skutecznie jak zniszczenie infrastruktury czy systemu politycznego. Skażone ziemie, zatrute wody i zdegradowane ekosystemy prowadzą do spadku produkcji żywności, kryzysów zdrowotnych i migracji ludności. W tym sensie wojna w Iranie nie skończy się wraz z zawieszeniem broni – jej skutki pozostaną zapisane w glebie, wodzie i powietrzu jeszcze długo po tym, gdy zamilkną wybuchy rakiet.