Wprowadzony w sezonie 2019/2020 system Video Assistant Referee (VAR) miał być remedium na błędy sędziowskie. Wcześniejsze analizy pokazywały, że odsetek poprawnych decyzji wzrósł dzięki niemu z 92,1 do 98,3 proc. Technologia ta od początku budzi jednak spory – krytycy zarzucają jej psucie piłkarskiego widowiska i mnożenie przerw w grze. Dotąd niewiele wiedziano o tym, jak sam protokół VAR wpływa na psychologię arbitra stojącego przed monitorem przy linii bocznej. A czynników, które potrafią naginać sędziowskie osądy, jest sporo. Wcześniejsze prace udokumentowały, że drużyny przyjezdne dostają więcej żółtych i czerwonych kartek, a arbitrzy doliczają średnio o 44 s mniej czasu meczowego, gdy to gospodarze prowadzą jedną bramką. Wszystkie te tendencje wyraźnie osłabły podczas pandemii covid-19, gdy mecze rozgrywano przy pustych trybunach.
Czytaj także: Łup jak klub. Nie chodzisz na mecze i futbol cię nie interesuje? Nie szkodzi, płacisz i tak
Bezstronny VAR?
Czy VAR jest odporny na takie naciski? Odpowiedzi postanowił poszukać zespół brytyjskich naukowców. Przeanalizował on 1520 meczów angielskiej Premier League rozegranych w czterech sezonach (od 2021/22 do 2024/25) – celowo pomijając okres pandemii, by uniknąć zakłócenia wyników przez puste stadiony. W tym czasie sędziowie zostali wezwani do monitora 250 razy. W aż 95 proc. przypadków zmieniali swoją pierwotną decyzję, a utrzymali ją zaledwie 12 razy.
Tak wysoki odsetek zmian może wydawać się zaskakujący, ale autorzy badania, opublikowanego na łamach czasopisma naukowego „PLOS One”, mają proste wyjaśnienie: do monitora wzywa się sędziego właśnie wtedy, gdy operator VAR podejrzewa pomyłkę. Innymi słowy, samo zaproszenie do powtórki już jest sygnałem, że pierwotny werdykt prawdopodobnie wymaga korekty.
Kluczowym celem analizy było jednak sprawdzenie, czy na decyzje arbitrów przy monitorze wpływają czynniki zewnętrzne. Naukowcy przyjrzeli się pięciu zmiennym: sezonowi rozgrywek, frekwencji na trybunach, wynikowi meczu w momencie decyzji, czasowi zdarzenia oraz temu, czy sytuacja dotyczyła gospodarzy, czy gości. Okazało się, że żaden z tych czynników nie miał istotnego wpływu na to, czy sędzia zmodyfikuje swój werdykt. Arbitrzy byli też konsekwentni z sezonu na sezon, a o samym wezwaniu przed monitor nie decydowała ani liczba kibiców na trybunach, ani okres rozgrywek.
Czytaj także: Mundial nie dla Polaków. Szwecja lepsza, trudno pogodzić się z tą porażką
Proximity bias
Jeden szczegół zwrócił jednak uwagę badaczy. Spośród 12 sytuacji, w których arbiter podtrzymał pierwotną decyzję, aż dziewięć (75 proc.) dotyczyło drużyny gospodarzy. Choć próbka jest zbyt mała, by wyciągać jakieś zdecydowane wnioski, to brytyjscy naukowcy formułują hipotezę o tendencji do faworyzowania osób znajdujących się fizycznie blisko nas (ang. proximity bias). Zazwyczaj bowiem monitor VAR ustawia się tuż przy bocznej linii, w sąsiedztwie ławek rezerwowych, często w polu widzenia kibiców gospodarzy. Ta sama hipoteza mogłaby tłumaczyć, dlaczego w czasie pandemicznych meczów bez publiczności sędziowska stronniczość wobec gospodarzy zmalała – bodziec w postaci bliskiego, krzyczącego tłumu po prostu zniknął. Dlatego praktyczna sugestia autorów publikacji w „PLOS One” jest następująca: monitor należałoby przenieść do tunelu prowadzącego do szatni, wciąż transmitując proces przeglądu zdarzenia na telebimy, by zachować wymóg transparentności.
Badanie ma jednak pewne ograniczenia. Wspomniana ogromna dysproporcja między liczbą zmienionych a podtrzymanych decyzji sędziowskich utrudniła analizę. Ponadto naukowcy opierali się wyłącznie na danych pochodzących z raportów meczowych stacji telewizyjnej Sky Sports. Wymusiło to przyjęcie założenia, że do ponownej weryfikacji wydarzeń na boisku zawsze wzywał sędzia VAR, mimo iż przepisy pozwalają również głównemu arbitrowi sygnalizować, że mogło mu umknąć coś istotnego.