Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Pokolenia

Bezwstydna radość. O tym, jak odebraliśmy dzieciom (i sobie) prawo do frajdy

Frajda nie musi się kończyć wraz z wiekiem. Frajda nie musi się kończyć wraz z wiekiem. Dobo Kristian / Shutterstock
Jest coś ożywczego w widoku starszego pana zaśmiewającego się w czasie występów przebranego za karnawałową tancerkę klauna. Nawet jeśli później wróci do roli produktywnego członka grzecznego społeczeństwa, to w tej chwili jest równy dzieciom.

Odkąd w naszym życiu zjawiły się media społecznościowe, Dniem Dziecka zawładnęła nostalgia – pierwszy czerwca okazuje się doskonałą okazją do powrotu do własnego dzieciństwa. Kilkanaście lat temu zapanowała nawet moda na zmianę zdjęcia profilowego na swoją dziecięcą fotografię albo na ulubioną postać z kreskówki (jeden z moich znajomych do dziś prezentuje się jako wredny pies Muttley z serialu Hanna-Barbera). Wspomina się dziecięcą wolność i beztroskę, czyli frajdę. Coś, czego paradoksalnie odmawia się dzisiejszym dzieciom. Było to widać w reakcjach na nowy film o przygodach braci Mario – oto beztroska zabawa na ekranie nie podobała się dorosłym, którzy odbierali to jako marnowanie czasu – filmy dla dzieci powinny być przecież edukacyjne i rozwijające!

Jak zapomnieliśmy się bawić

Kultura długo stawiała granicę między dzieciństwem a dorosłością. Stając się „mężem dorosłym”, należało zapomnieć o „dziecięcych sprawach”. Ale może zabawa nie jest tylko dla dzieci; może kolejką elektryczną można bawić się bez udawania, że to prezent dla syna. Dorosło całe pokolenie, które od dzieciństwa gra w gry wideo i nigdy nie przestało, co więcej, treści zaczęły dopasowywać się do dorosłych: wśród bohaterów fantastycznych eskapad zaroiło się od postaci „ojca opiekującego się dzieckiem” – jak w znanym z serialu HBO „The Last of Us” albo bawiącym się mitologią „God of War”. Najnowszy przykład to księżycowa przygoda „Pragmata”, w której kosmiczny najemnik nawiązuje ojcowską więź z dziewczynką-androidem.

Podobną drogę przeszły klocki Lego, które postawiły na dorosłych odbiorców, oferując im dojrzałe zestawy w eleganckich czarnych kartonach (przypomina to nieco marketingowe sztuczki produktów „dla prawdziwych mężczyzn” – czarne są nie tylko „męskie” jogurty, ale i pieluchy dla dorosłych). Zmienił się przy tym paradygmat zabawy – w miejsce systemu prostych klocków pozwalającego szaleć wyobraźni pojawiły się zabawki, którym bliżej do składanych modeli i odstresowujących kolorowanek – długa, niewymagająca myślenia prosta czynność, która pozwala się zrelaksować po ciężkim dniu stresującej pracy. Ale jednocześnie wpłynęło to na kształt zestawów dla dzieci – stały się nazbyt skomplikowane i przestały zachęcać, żeby je demontować i robić coś swojego. To duża różnica między dorosłymi fanami LEGO z przełomu millenniów, którzy doceniali ten dziecięcy aspekt klocków: prostota była wyzwaniem i dawała frajdę.

Tokijskie sklepy „Pokemon Center” należą do jednych z najbardziej obleganych miejsc przez turystów.Michał R. Wiśniewski/PolitykaTokijskie sklepy „Pokemon Center” należą do jednych z najbardziej obleganych miejsc przez turystów.

Frajda po japońsku

Gdy próbuję przypominać sobie Dni Dziecka przeżywane w młodości, myślę o grach i zabawach, ale i o filmach animowanych, które w latach osiemdziesiątych XX wieku były rarytasem przeznaczonym na świąteczne okazje. Co zabawne, w latach dziewięćdziesiątych do tradycji nawiązał Canal+, z okazji Dnia Dziecka emitując anime. I to nie „Mojego sąsiada Totoro” Hayao Miyazakiego, film doskonale pokazujący dziecięcą energię, ale „Akirę” i „Ghost in the Shell”, wybitne cyberpunkowe kino zdecydowanie dla starszego widza. Ale właśnie anime było jednym z pomostów między dorosłością i dzieciństwem – młodzi szukali w nim dorosłych treści, żeby poczuć się poważniej; dorośli mogli wrócić do licealnych czasów i uciec od rzeczywistości fantazjując o kosmicznych przygodach.

Okazało się, że wcale nie trzeba zapominać o dziecięcych sprawach; wręcz przeciwnie: dorosłe obowiązki dawały dorosłe pieniądze, dzięki którym można było kupić sobie więcej kart z Pokemonami, niż którykolwiek dzieciak. Tokijskie sklepy „Pokemon Center” należą do jednych z najbardziej obleganych miejsc przez turystów, którzy wychodzą z nich z torbami pełnymi maskotek i innych gadżetów. Pokemonowy szał był jednym z wątków książki „Czysty wymysł” Matta Alta. Opisał w niej nie tylko jak frajda po japońsku podbiła świat, ale i jak zabawa zawsze była obecna w życiu dorosłych. Przełom millenniów oznaczał eksport japońskiej popkultury na Zachód i wpłynął na podejście do zabawy kolejnego pokolenia, obok „Harry’ego Pottera”, nieskończonych „Gwiezdnych Wojen” i filmów o superherosach.

Zielona gąsienica – maskotka zaprojektowana przez Hayao Miyazakiego – jest symbolem skansenu Edo-Tokyo.Michał R. Wiśniewski/PolitykaZielona gąsienica – maskotka zaprojektowana przez Hayao Miyazakiego – jest symbolem skansenu Edo-Tokyo.

Owady i rury

To co łączy te współczesne zabawy, to ich oderwanie od rzeczywistości materialnej – to czysto eskapistyczne fantazje. Tymczasem większość z nich była mocno zakorzeniona w doświadczeniach prawdziwego świata. Jak w dziełach wspomnianego Hayao Miyazakiego, dla którego sam akt animacji jest aktem zrozumienia świata, a pokazywanie piękna przyrody ma służyć zachęcie do wyjścia na dwór. Widać to też w rzeczonych „Pokemonach”. Do Polski dotarły na początku XXI wieku poprzedzone złą sławą, zszokowały swoim komercyjnym totalitaryzmem (który dziś jest tak powszechny, że aż przezroczysty) i niepojętą egzotyką.

Mało kto wiedział, że grę w zbieranie kolorowych i dziwacznych stworków zainspirowały dziecięce przygody jej autora. Satoshi Tajiri w dzieciństwie penetrował lasy i łąki, zbierając rozmaite owady. To wciąż popularne japońskie hobby, którego ślady widać nie tylko w licznych grach wideo („Animal Crossing”), ale i w rzeczywistości – akcesoriom do łapania i kolekcjonowania poświęcone są całe działy w hipermarketach. Co ciekawe, element przeżywania przygód w prawdziwym świecie wrócił w smartfonowej grze „Pokemon GO”.

Zielona gąsienica – maskotka zaprojektowana przez Hayao Miyazakiego – jest symbolem skansenu Edo-Tokyo. Wśród starych budowli (niektóre, czym chwalą się przewodnicy, stały się inspiracją dla filmów Miyazakiego) znaleźć można parcelę, na której leżą sobie betonowe rury. Zwykli turyści nie zwracają na nie uwagi, ale kto pamięta stare japońskie seriale emitowane przez „Polonię 1” od razu rozpozna ten nieodłączny element krajobrazu. Modernizująca się po II wojnie światowej Japonia była ich pełna, w naturalny sposób stały się miejscem zabaw dla dzieci. Zupełnie jak we wspomnieniach polskich dorosłych bawiących się na budowach PRL.

Miejsca dla dzieci

Szkoda tylko, że nostalgia za „zabawą na budowie” łączy się często z narzekaniem na współczesne dzieci, które swoje place zabaw przeniosły do wirtualnych krain „Robloxa” czy „Minecrafta”. Powinna jej towarzyszyć refleksja, że za tym exodusem do cyfrowego świata stoją dorośli organizujący przestrzeń. Świat przestał być wielkim placem zabaw; wszechobecna tabliczka „Zakaz gry w piłkę” służy do zaganiania dzieci w wyznaczone strefy. Ale i plac zabaw przeszkadza, gdy postawi się go zbyt blisko okien; odgłosy dziecięcej zabawy stały się niepożądane. Tu widać potencjalny sojusz między dziećmi i seniorami: nowym placom zabaw często towarzyszą siłownie pod chmurką, ulubione przez aktywnych przedstawicieli srebrnego pokolenia.

Brak zrozumienia dla dziecięcych aktywności bierze się z tego, że dorośli bawią się po swojemu. Nawet gdy sięgają po dziecięce zabawki – statek kosmiczny z klocków Lego nie służy do robienia „ziuuu”, demontażu i przerobienia na bazę piratów, ale do dumnego wyeksponowania na półce, gdzie będzie zbierał kurz. Kolekcjonerzy stają się wręcz problemem – potrafią wykupić ze sklepów co atrakcyjniejsze figurki, często jako „inwestycję”. Nie ma nic bardziej dorosłego niż robienie pieniędzy.

Dorosły, który umie bawić się tylko „po dorosłemu”, na placu zabaw umrze z nudów; nie zrobi babki z piasku ani nie pobuja się na huśtawce, tylko klapnie na ławce ze smartfonem w ręku. Czy można sprawić, żeby dorośli przypomnieli sobie, że trzepak nie służy jedynie do trzepania dywanów? Czy oprócz wspominania dzieciństwa będą potrafili przejść się po murku, czy są już na to zbyt poważni?

Najstarsza kolejka

Tokijska dzielnica Asakusa to zupełne przeciwieństwo wyspy Odaiba. Obie wpisują się w stereotyp myślenia o Japonii – jedna jest tradycyjna, druga nowoczesna. Dużo lepiej czułem się w tej drugiej, pełnej robotów i fantazji o przyszłości, niż wśród tłumów turystów poprzebieranych w kimona, ale właśnie w Asakusie można znaleźć perełkę – wesołe miasteczko „Hanayashiki”. W XIX wieku pełniło funkcję ogrodu botanicznego, potem ogrodu zoologicznego (zniszczonego tragicznie w czasie II wojny); a od lat 50. jest parkiem rozrywki. Zajmuje jedynie pół hektara, ale przestrzeń, jak w całym Tokio, wykorzystana jest bardzo efektywnie – kolejki i atrakcje mieszczą się na różnych poziomach. Głównym punktem programu jest „rakietowa kolejka” z 1953 roku, a jednym z symboli – samochodzik w kształcie pandy.

Panda kusi nie tylko dzieci.Michał R. Wiśniewski/PolitykaPanda kusi nie tylko dzieci.

Ciekawe jest to, że większość atrakcji nie jest zbudowana w celu maksymalizowaniu ekstremalnych doznań, jak w zachodnich parkach, wręcz przeciwnie, są dość spokojne, na przykład podniebna kolejka z gondolami w kształcie helikopterów ma napęd na pedały. Ale nie odstrasza to to dorosłych – jeżdżą na pandach czy wolnych karuzelach zupełnie jak małe dzieci i mają z tego bezwstydną frajdę. Jest coś ożywczego w widoku starszego pana zaśmiewającego się na głos w czasie występów przebranego za karnawałową tancerkę klauna. Nawet jeśli później wróci do roli produktywnego członka grzecznego społeczeństwa, to w tej chwili jest równy dzieciom.

Dając nura w nostalgiczne wspomnienia pomyślmy więc o tym, że frajda nie musi się kończyć i że niczemu nie przeszkadza. Możemy praktykować ją jako dojrzali ludzie i budować przestrzeń, by doznawali jej najmłodsi. Emancypacja dzieci będzie wyzwoleniem dorosłych; akceptacja ich radości pozwoli odzyskać radość z życia.

Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Świecka komunia. Bez mszy, Kościoła i katechezy. Nowy rytuał klasy średniej

„Świecka komunia”, choć terminologicznie sprzeczna, staje się odpowiedzią dla rodzin, które pragną celebrować dorastanie swoich dzieci bez obrzędów Kościoła.

Zbigniew Borek
19.05.2026
Reklama