Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Pokolenia

Niemiłe aplikacje. Jak smartfony utrudniają nam życie

Preferuj w Google
Starsi ludzie potrzebują wsparcia, gdy smartfon domaga się od nich np. aktualizacji. Starsi ludzie potrzebują wsparcia, gdy smartfon domaga się od nich np. aktualizacji. Niemiłe aplikacje. Jak smartfony utrudniają nam życie / Shutterstock
Istotą cyfrowego wykluczenia rzadko bywa brak dostępu do technologii – znacznie częściej jest nią zły design. Ciągłe aktualizacje, ukrywanie funkcji i rezygnacja z prostoty na rzecz abstrakcyjnych trendów odcinają starsze osoby od podstawowych usług.

Cyfryzacja codzienności jest faktem – aplikacje i smartfony wdarły się do każdej dziedziny życia. W założeniach miały je ułatwiać, ale często stają się wirtualnym odpowiednikiem niesławnych „trzech stopni”, niepotrzebnie komplikują i utrudniają życie – szczególnie starszych osób.

Pokolenie SMS

Historia smartfonów i aplikacji pokazuje ich skomplikowane drzewo genealogiczne. Wśród dziadków iPhone’a i innych urządzeń znajdziemy przeróżne przenośne aparaty, takie jak kieszonkowe kalkulatory, małe gry (popularne na polskich podwórkach „ruskie jajka”, kopiowane z japońskiego Nintendo), przenośne magnetofony kasetowe i walkmany, aparaty fotograficzne i, oczywiście, telefony. Każde z nich było proste w obsłudze – przyciski i pokrętła były dobrze widoczne i miały jasne funkcje; automatyczne aparaty nawet nazywano „małpami”, bo nawet zwierzę mogłoby nimi zrobić zdjęcie.

Sprawy zaczęły się komplikować, gdy pojawiły się telefony komórkowe. Klasyczny aparat z obrotową tarczą nie posiadał żadnych dodatkowych funkcji, a nowocześniejszy – z guzikami – co najwyżej ponowne wybranie ostatniego numeru bądź numeru „ulubionego”.

Pierwsze przypominające rozmiarem cegłę komórki również nie oszałamiały opcjami. Dla noszących mokasyny i białe skarpetki tygrysów Europy zresztą sama możliwość przeprowadzenia rozmowy telefonicznej w dowolnym momencie i miejscu wystarczała do robienia biznesu.

Zmianę przyniosła cyfrowa telefonia GSM i otwarcie na masowego klienta. Szczególną popularność zdobyły krótkie wiadomości tekstowe (SMS), znacznie tańsze od rozmów. Tu pojawiła się pierwsza przeszkoda – wprowadzanie tekstu było niewygodne na klawiaturze alfanumerycznej, a niewielka długość wiadomości wymuszała na przykład stosowanie skrótów. Nic dziwnego, że otwarta na slang i żargon młodzież radziła sobie znacznie lepiej z nową technologią.

Pomocna okazała się za to mnogość modeli i projektów – obok futurystycznych i dziwacznych komórek można było znaleźć wygodne, proste maszynki z dużymi przyciskami i wyraźnymi wyświetlaczami.

Pierwsze komórki służyły głównie do dzwonienia i pisania SMS-ów.Santi S/ShutterstockPierwsze komórki służyły głównie do dzwonienia i pisania SMS-ów.

Cyfryzacja dla mas

Rewolucja smartfonów zaczęła się w 2007 r. od premiery iPhone’a. Produkt firmy Apple był zbudowany zgodnie z jej wieloletnią filozofią, która w centrum stawiała doświadczenie użytkownika. Zapewne więcej jest na świecie takich ludzi jak pisarz Jacek Dukaj, który w rozmowie z Wyborcza.biz zapewnił, że do dziś woli sam złożyć peceta, zamiast kupować „zamknięte pudełko”, choć stanowią oni niewielką grupę…

To, co działało w latach osiemdziesiątych, gdy firma pokazała system operacyjny naśladujący prawdziwe biurko, okazało się podstawą iPhone’a. Zamiast niewygodnej, małej klawiatury użytkownicy dostali cały ekran reagujący na dotyk. Wysokiej jakości grafika pozwoliła natomiast doskonale naśladować rzeczywistość.

Ten trend projektowania, czyli skeumorfizm, zakłada odtwarzanie wyglądu i tekstury realnych przedmiotów. Aplikacja „Kalkulator” wygląda więc jak zwykły kalkulator, „Notes” pozwalał zapisywać myśli na kartce w linie, a liczby np. w aplikacji do projektowania wnętrz wprowadzało się przy pomocy wirtualnego pokrętła.

Pierwszy iPhone.marleyPug/ShutterstockPierwszy iPhone.

Nieskończony rozrost

Epoka skeumorfizmu trwała około dekady, po której projektanci uznali, że użytkownicy są już na tyle zaznajomieni z nowym wynalazkiem, że aplikacje nie muszą udawać prawdziwych przedmiotów. Początkowo oznaczało to jedynie rezygnację z tekstur i realistycznych ikon na rzecz bardziej abstrakcyjnego i „płaskiego” projektowania. Dla wielu twórców aplikacji było to wyzwalające – mogli skupić się na tworzeniu programów wykorzystujących jak najlepiej możliwości nowych urządzeń.

Niestety pojawił się kolejny trend, znacznie utrudniający życie. Pierwsze aplikacje były bardzo nieskomplikowane – często za niewielkie pieniądze można było kupić apkę, która służyła do wykonania dosłownie jednego zadania. Rozwój rynku domagał się jednak zmiany podejścia – paradygmat ciągłego wzrostu sprawił, że zmieniło się podejście do budowania aplikacji.

Widać to bardzo na przykładzie Facebooka. Aplikacja, która zaczynała jako prosta książka telefoniczna z możliwością dzielenia się ze znajomymi wpisami i zdjęciami, była rozwijana, żeby jak najdłużej zatrzymać uwagę użytkowników. Dziś jest skomplikowanym kombajnem pełnym opcji, często trudno dostępnych i mylących, o zalewających użytkownika śmieciowych treściach nie wspominając.

O ile w przypadku czegoś tak błahego jak apka do mediów społecznościowych można to jeszcze jakoś przeżyć, o tyle już w przypadku aplikacji bankowej sprawa staje się nieprzyjemna. Dodawane są usługi, które w teorii są przydatne (np. możliwość zakupu biletu czy kantor), ale ich nagromadzenie sprawia, że użytkownik się w tym wszystkim gubi – i woli załatwić sprawę w okienku.

Gra w zakupy

Sedno problemu leży w tym, jak projektanci wyobrażają sobie użytkownika. Pozytywnym przykładem jest aplikacja biletowa Mobilet, która ma bardzo proste i czytelne funkcje, niezmienione od lat. Dla starszych użytkowników najważniejsze jest właśnie przyzwyczajenie – umieszczenie przycisku w tym samym miejscu, w którym był od kilkunastu lat.

Tymczasem wielu projektantów zachowuje się tak, jakby prowadzili supermarket – jak wiadomo, w celu pobudzenia chęci zakupów raz na jakiś czas zmienia się układ półek i rozłożenie towarów, nawet kosztem zdezorientowania i podirytowania klienta. Podobnie wyglądają aplikacje, które stawiają na użytkownika, dla którego będzie to gra i zabawa w szukanie, gdzie tym razem podziała się ta opcja. Dla starszej osoby to doświadczenie nieprzyjemne.

Te ciągłe zmiany utrudniają też „wsparcie techniczne” od młodszych członków rodziny – trudno w czasie rozmowy telefonicznej nawigować po ekranie, którego się nie widzi, i ciężko zgadnąć, jak dziś wygląda. Istotą cyfrowego wykluczenia nie jest więc brak dostępu do smartfonów, ale złe projekty.

Ciągłe aktualizacje aplikacji wywołują u seniorów poczucie zagubenia.Prostock-studio/ShutterstockCiągłe aktualizacje aplikacji wywołują u seniorów poczucie zagubenia.

Same maszyny mają wielki potencjał wspomagania dobrego życia seniorów. Opcje ułatwiające dostęp, jak zwiększenie rozmiaru czcionki (nie trzeba zabierać ze sobą okularów do czytania) czy kontrastu, to tylko podstawowe z nich. Ale żeby można było z nich w pełni korzystać, konieczne jest odpowiednie budowanie aplikacji – lub tworzenie specjalnych wersji z myślą o potrzebach wszystkich użytkowników, tak jak tworzy się apki skrojone pod dzieci.

AI na ratunek?

Ciekawym przyczynkiem do rozważań o barierach cyfryzacji dla starzejącego się społeczeństwa są Japonia i Chiny. Wbrew popkulturowym wyobrażeniom cybernetycznego kraju (po części całkiem słusznym, jak pokazuje wizyta w Muzeum Przyszłości), Japonia jest bardzo staromodna. Wciąż do podpisania dokumentów używa się specjalnych pieczątek z nazwiskiem, w biurach rządzą faksy, a automaty przyjmują gotówkę. Ta niechęć do zmian ma swoje źródło w filozofii „skoro działa, to po co to zmieniać”, która okazuje się dość wygodna dla seniorów. Cyfryzacja ułatwia życie (zwłaszcza poruszanie się po skomplikowanym tokijskim metrze), ale funkcjonowanie bez niej jest możliwe.

Zupełnie inaczej wygląda to w Szanghaju, chińskim mieście przyszłości. Z platformy WeChat korzysta tutaj każdy, nawet uliczni sprzedawcy pierożków. WeChat to apka do wszystkiego – komunikacji, podróży, płatności, rozrywki. Dlaczego to działa?

Po pierwsze, w przeciwieństwie do długiego rozwoju Japonii duże chińskie miasta zaliczyły szybki wzrost i wskoczyły w cyfrową przyszłość w dość podobny sposób jak Polska (kto by się spodziewał trzy dekady temu, że prześcigniemy w tej kwestii Zachód?).

Po drugie, istnienie tak dominującej platformy sprawia, że używa jej każdy, więc łatwiej pomagać starszym członkom rodziny. Po trzecie, jest to właśnie „jedna apka do wszystkiego” – staje się więc znajoma i przyjazna.

Co jeśli nie możemy liczyć na opamiętanie twórców aplikacji? Jak zwykle – cyfrowy kapitalizm doskonale rozwiązuje problemy, które sam stworzył. W opanowaniu apkowego chaosu być może pomoże sztuczna inteligencja. Nowe podejście to wspomaganie obsługi smartfona przez agenta AI, który sam znajdzie odpowiednią opcję, pomoże napisać maila i wyszukać informacje.

Cóż jednak z tego, skoro na przykład nowe Siri, pokazane właśnie na konferencji Apple, nie jest na razie dostępne w Unii Europejskiej i nie obsługuje języka polskiego. Jak na razie pozostaje więc telefon do ogarniętej wnuczki i liczenie na jej cierpliwość.

Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Polski haj. Biorą lekarze i prawnicy, bezrobotni i uczniowie. Mamy problem, pora bić na alarm

Biorą lekarze i prawnicy, bezrobotni i uczniowie. Skalę powszechnego używania narkotyków najlepiej widać w… policji.

Katarzyna Kaczorowska
08.06.2026
Reklama