Nareszcie wracamy
Irak obnażył słabość polskiej armii, a bez tego nie rozpoczęłaby się jej odbudowa, uważali wojskowi, podsumowując kolejne misje w tym kraju.
Po doświadczeniach w Afganistanie Amerykanie wiedzieli, że jeśli logistykę zostawią Polakom, to pierwszych żołnierzy zobaczą w Iraku za rok. Transport, wyżywienie i zakwaterowanie wzięli na siebie bez proszenia.
Jerzy Undro/PAP

Po doświadczeniach w Afganistanie Amerykanie wiedzieli, że jeśli logistykę zostawią Polakom, to pierwszych żołnierzy zobaczą w Iraku za rok. Transport, wyżywienie i zakwaterowanie wzięli na siebie bez proszenia.

25 października z Iraku wyjedzie ostatni polski żołnierz z bronią w ręku, zostanie tylko 20 szkoleniowców w ramach sił NATO. Wojskowi przyznają, że Irak obnażył dramatyczne zacofanie polskiej armii i słabość dowódców.
Jerzy Undro/PAP

25 października z Iraku wyjedzie ostatni polski żołnierz z bronią w ręku, zostanie tylko 20 szkoleniowców w ramach sił NATO. Wojskowi przyznają, że Irak obnażył dramatyczne zacofanie polskiej armii i słabość dowódców.

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA w październiku 2008 r.

Kończy się pięcioletnia epopeja w Iraku. Wracamy bez kontraktów, za to z trochę lepszą armią. I z poczuciem, że wzięliśmy udział w niepotrzebnej wojnie.

Nim zaczęła się wojna w Iraku, rozpętaliśmy ją w Europie. 30 stycznia 2003 r. brytyjski „Times” publikuje list ośmiu europejskich przywódców, wzywający Zachód do zwartego stanowiska wobec Saddama Husajna i popierający twardą politykę Waszyngtonu wobec Iraku. Ale prawdziwy dynamit to lista sygnatariuszy – obok szefów pięciu proamerykańskich państw Unii pod listem widnieją też podpisy przywódców trzech państw kandydujących: Vaclava Havla, Petera Medgyessy i Leszka Millera.

Zwłaszcza ten ostatni podpis wywołuje furię w Paryżu i Berlinie. Francja i Niemcy są przeciwne amerykańskiej interwencji, a List Ośmiu dowodzi, że nie jest to stanowisko całej Europy. Wściekły Jacques Chirac mówi, że „straciliśmy okazję, by siedzieć cicho”, Gerhard Schröder, który trzy dni wcześniej jadł rodzinną kolację w domu Millera i słowem nie został uprzedzony o liście, czuje się oszukany i głęboko dotknięty. Zemści się dwa lata później, podpisując za plecami Polski umowę w sprawie gazociągu północnego.

Cieszą się za to Amerykanie. Wobec sprzeciwu Francji i Niemiec nie mogą liczyć na tradycyjne wsparcie NATO. Sięgają więc po taktykę cherry-picking, wybierania wisienek, w tym wypadku doraźnych sojuszników do obalenia Saddama. Chodzi o to, by zamaskować jednostronne działanie Ameryki i pokazać, że Biały Dom ma sojuszników w Europie. Pięć dni po Liście Ośmiu Colin Powell daje pamiętny spektakl w ONZ – z fiolką z wąglikiem i rysunkami ciężarówek do produkcji broni biologicznej. 17 marca Waszyngton ogłasza, że dyplomacja się wyczerpała, i daje Saddamowi 48 godzin na opuszczenie Iraku.

Za ropę naszą i waszą

Informację o ataku dostałem na kilka godzin przed jego rozpoczęciem. To było w nocy, dzwonił wiceprezydent Cheney – wspomina Aleksander Kwaśniewski. W niespełna trzy tygodnie Amerykanie i Brytyjczycy docierają do Bagdadu, nie napotykając silnego oporu, ale Irak jest wielki, a zamiast tłumów łaknących demokracji i praw człowieka, witają ich dokuczliwe ataki przypisywane lojalistom Saddama. W Białym Domu poprawiają w biegu plan działania i prezydent Bush ogłasza, że demokratyzację musi poprzedzić tzw. stabilizacja. A żeby nie wyglądało to czasem na amerykańską okupację, Waszyngton postanawia oddać pół kraju w zarząd najbliższym sojusznikom – Brytyjczykom i Polakom.

W Polsce pomysł własnej strefy spotyka się z mieszaniną niedowierzania i zachwytu. „Wybieramy” spokojny rejon między Basrą a Bagdadem, który „Super Express” stosownie do nastrojów okrzyknie „województwem irackim”. Ale żeby kontrolować obszar równy jednej czwartej powierzchni Polski i rozsiane po nim 3 mln ludzi, trzeba wystawić nie 200, tylko 2 tys. żołnierzy. Rząd łaskawie się godzi, wszak pod jednym warunkiem: że Amerykanie za wszystko zapłacą. W ten sposób wynajmujemy polską flagę, a polska misja zamienia się niepostrzeżenie z ochotniczej na najemniczą.

Rola okupanta przychodzi nam tym łatwiej, że 1600 polskich przedsiębiorców oczami duszy widzi już skarby pustyni. Łucznik chce zbroić armię iracką w karabiny, Stalexport kłaść szyny, Bumar budować linię kolejową z Kuwejtu do Iranu, a Mostostal, Budimex i Energobudowa drogi, mosty, osiedla i porty... A wszystko ma być banalnie proste – w Iraku był w końcu gen. Anders, w czasach PRL pracowało tam 40 tys. rodaków, prowadziliśmy 25 inwestycji, budowaliśmy drogi, aż dziw bierze, że w samej Polsce nie ma autostrad. Nasze doświadczenia zdeklasują konkurencję, będziemy oczami i uszami ślepych i głuchych amerykańskich koncernów.

Ale „finalny cel” naszej misji zdradza dopiero Włodzimierz Cimoszewicz. „Chcielibyśmy, żeby polskie firmy petrochemiczne miały wreszcie bezpośredni dostęp do źródeł surowca” – wali prosto z mostu szef polskiej dyplomacji. Orlen i Rafineria Gdańska na wyprzódki zakładają konsorcja, choć wierciły głównie na Bałtyku, a bliskowschodnia ropa nie nadaje się do polskich rafinerii. Konkurencja? Z pomocą polskiego rządu Irakijczycy na pewno wynagrodzą trud naszych żołnierzy kilkoma kontraktami. Poza Polską przetargi nie muszą być znowu takie uczciwe.

8 ton dol. wystarczy?

Polska na czele dywizji wielonarodowej wyrasta na militarną potęgę. Może dlatego, że pierwszy kraj, który zgłasza do niej akces, przeciętny Polak z trudem odnalazłby na mapie. To Fidżi. – Oni dawali ludzi, a my mieliśmy ich uzbroić, nakarmić i płacić bardzo wysoki żołd – wspomina ówczesny szef MON Janusz Zemke. – Jak sprawdziłem, okazało się, że cała ich armia przebywa ciągle na misjach. Dzięki temu Fidżi nie musi jej utrzymywać. No, i odpada jeszcze ryzyko przewrotu wojskowego, mającego tam pewną tradycję.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj