Rynek

Testy spalin na ludziach to jeszcze jeden trup w szafie diesla

Testy spalin na ludziach to jeszcze jeden trup w szafie diesla

Wiele osób się zastanawia, ile jeszcze szkieletów jest w dieslowej szafie. Wiele osób się zastanawia, ile jeszcze szkieletów jest w dieslowej szafie. Ssuaphoto / PantherMedia
Volkswagen nie tylko oszukiwał podczas testów emisji swoich diesli, ale także razem z konkurentami sprawdzał efekty wdychania spalin na ludziach i zwierzętach.

Oświadczenie o nieprowadzeniu testów na zwierzętach to dość standardowa praktyka w branży kosmetycznej, ale jeśli takie oświadczenie wygłasza koncern motoryzacyjny, to sprawa robi się ciekawa. Jeśli równocześnie podobny komunikat publikują General Motors, Ford i Fiat Chrysler, dodając, że nie testowały szkodliwości swoich produktów na ludziach, to znaczy, że ktoś inny zaliczył poważną wpadkę.

W tym przypadku były to Volkswagen (czy kogoś to dziwi?), BMW i Daimler. Finansowana w całości przez niemieckie koncerny Europejska Grupa Badawcza ds. Środowiska i Zdrowia w Sektorze Transportu, w skrócie EUGT, testowała na małpach i ludziach efekty wdychania spalin z silników diesla w 2013 i 2014 roku. Sprawę ujawniły „New York Times”, „Süddeutsche Zeitung” i „Stuttgarter Zeitung”.

Exposé uderzyło oczywiście przede wszystkim w Volkswagena, bo to od oszustw tego koncernu przy testach emisji spalin silników diesla rozpoczęła się afera powszechnie uważana za początek końca tego typu jednostek. Sam VW mógł na niej stracić 30 mld dolarów.

Ironicznie można teraz zapytać, czy nie lepiej, by VW nieuczciwie obniżał podczas testów wartość emisji, skoro potem ma zamiar sprawdzać jej skutki na ludziach i małpach? Na poważnie wiele osób się zastanawia, ile jeszcze szkieletów jest w dieslowej szafie.

Szkodliwość spalin diesla testowana na ludziach

Jak ujawnił „New York Times”, testy EUGT miały być odpowiedzią na raport Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), która w 2012 roku uznała spaliny diesli za rakotwórcze. Grupa badawcza postanowiła udowodnić, że nowe jednostki napędowe tego typu wcale nie produkują tak bardzo szkodliwych substancji w sposób skrajnie pragmatyczny – na przykładach.

W 2014 roku w Albuquerque w amerykańskim Nowym Meksyku przeprowadzono więc test na dziesięciu małpach, które w szczelnym pomieszczeniu przez cztery godziny, oglądając kreskówki, wdychały spaliny z nowego VW Beetle, a potem ze starego forda. Miało to udowodnić, że nowszy silnik jest mniej trujący.

Jak doniosły niemieckie media, w 2013 i 2014 roku EUGT zleciło też podobne badania na 25 zdrowych ludziach. Nie wdychali oni bezpośrednio spalin, lecz dwutlenek azotu. Uniwersytet w Akwizgranie, gdzie przeprowadzono testy, podkreśla, że dotyczyły one stężenia tego potencjalnie trującego gazu w środowisku pracy, a nie w spalinach. Jednak dwutlenek azotu to jeden z podstawowych składników dymu z silników, a badania, jakby nie patrzeć, zlecił instytut finansowany przez koncerny motoryzacyjne.

EUGT został rozwiązany pod koniec 2016 roku, ale to bynajmniej nie zamyka sprawy.

Volkswagen, BMW i Daimler przerzucają się odpowiedzialnością

Destrukcyjny potencjał tej informacji o w gruncie rzeczy niewielkich testach sprzed kilku lat pokazują gwałtowne i błyskawiczne reakcje wszystkich zainteresowanych. Volkswagen podkreślił, że nie prowadzi i nie będzie prowadził podobnych testów. Daimler i BMW z pewnym sukcesem próbowały dystansować się od faktu, że współfinansowały EUGT, podkreślając, że to nie ich samochód truł małpy w Albuquerque.

Niemiecki rząd jednoznacznie podkreślił, że takie testy są etycznie niedopuszczalne i rodzą poważne pytania o to, kto i po co je zlecił. Komisja Europejska domaga się szybkiego wyjaśnienia sprawy przez Berlin. Minister gospodarki Dolnej Saksonii, udziałowca VW, nazwał testy „absurdalnymi i niewytłumaczalnymi”.

Cytowani przez BBC naukowcy z King’s College London i kanadyjskiego University of British Columbia zwracają uwagę, że samo testowanie efektów spalin na małpach czy ludziach, prowadzone w odpowiednich warunkach, nie jest nieetyczne. Czasem może nawet być konieczne.

Ale to, że testy te finansowały koncerny, w których interesie było ujawnienie nieszkodliwości spalin, a do tego ich utajnienie – to gorący kartofel nie tylko akademicko-etyczny, ale przede wszystkim wizerunkowy. Zwłaszcza, co oczywiste, dla Volskwagena, choć jeszcze niedawno wydawało się, że „Diesel Gate” pogrążył tego producenta już na dnie. Teraz okazuje się, że to był dopiero przydenny muł i VW wciąż może wpaść głębiej.

Koncern już przyznał, że część pracowników firmy wiedziała, w jaki sposób prowadzone są testy, choć ponoć sprawa nigdy nie była dyskutowana na zarządzie. „Bild” ujawnił jednak mail, z którego wynika, że o projektowanych badaniach poinformowano przynajmniej niektóre osoby z wysokiego szczebla managementu.

Także Daimler rozpoczął już wewnętrzne śledztwo oraz podkreślił, że działania EUGT są „odrażające”, „sprzeczne z etycznymi wartościami firmy” i je potępił.

Pozytywne skutki „Diesel Gate”

Jednak w tej bulwersującej sprawie można dostrzec pewne pozytywy. Samo „Diesel Gate” wpłynęło na gwałtowne przyspieszenie prac nad samochodami elektrycznymi. Im więcej afer związanych z silnikami spalinowymi, tym szybciej nadejdzie motoryzacyjna przyszłość. Tym bardziej że afera jest mimo wszystko obiektywnie mało szkodliwa – 25 osób poddanych testom w Akwizgranie zapewne nie poniosło większego uszczerbku na zdrowiu niż podczas kilku dni wdychania spalin na ulicy.

Auta spalinowe nie mają przyszłości, a diesle nie mają jej szczególnie. Między innymi dlatego, że ich producenci nie mają już niemal żadnej wiarygodności. „Diesel Gate” pokazało, że nie można im wierzyć, gdy podają dane o rzekomo niskiej emisji trujących gazów, afera EUGT pokazuje, że nie można także wtedy, gdy twierdzą, że gazy te nie są trujące.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Bajki dla suwerena. Dlaczego filmy Patryka Vegi są tak popularne?

Rozmowa z dr. hab. Jackiem Wasilewskim o tym, co takiego wie o Polakach Patryk Vega, czego nie wiedzą inni.

Joanna Cieśla
20.03.2018
Reklama