Rynek

Chorzy nie zastrajkują

Rząd nie wydaje na zdrowie Polaków, ile obiecał. 6 proc. PKB w 2024 r. to fikcja

Stopniowy wzrost wydatków na publiczne lecznictwo do poziomu 6 proc. PKB to jeden z postulatów strajkujących rok temu lekarzy rezydentów. Stopniowy wzrost wydatków na publiczne lecznictwo do poziomu 6 proc. PKB to jeden z postulatów strajkujących rok temu lekarzy rezydentów. Jakub Porzycki / Polityka
Wyższych zarobków dla służby zdrowia nie zrekompensowano obiecanymi dotacjami, więc pieniędzy dla pacjentów jest jeszcze mniej. Rządowi nie zależy – chorzy i tak nie mają siły, by strajkować.

Rząd nie tylko oszukał lekarzy i pacjentów, ale także wbił klin między pracowników służby zdrowia a chorych. Stopniowy wzrost wydatków na publiczne lecznictwo do poziomu 6 proc. PKB w 2024 r. pozostaje bowiem fikcją. Kolejki do leczenia są coraz dłuższe, a pieniędzy na refundowane leki brakuje nawet dla śmiertelnie chorych.

Czytaj także: Czy porozumienie z rezydentami to faktycznie sukces?

Rezydenci wystawieni do wiatru. A z nimi – wszyscy chorzy

Wystawieni do wiatru czują się lekarze rezydenci, którzy strajkowali nie tylko po to, by wywalczyć wyższe zarobki dla siebie, ale także po to, by wydatki na publiczną służbę zdrowia w Polsce nie pozostawały na tragicznie niskim poziomie. W zasadzie najniższym w Unii. Wydawało się, że po długotrwałym proteście i dymisji poprzedniego ministra zdrowia młodzi lekarze wreszcie odnieśli sukces. W ustawie zapisano, że wydatki na zdrowie będą rosły sukcesywnie, tak aby w 2024 r. wynieść równowartość 6 proc. PKB. Miało się tak stać bez podnoszenia składki na zdrowie, większy strumień pieniędzy miały zapewnić dotacje z budżetu państwa. Teraz okazuje się, że rezydenci zostali oszukani, a wraz z nimi wszyscy pacjenci. NFZ powinien bowiem dostać o 10 mld zł więcej, ale nie dostał, w tym roku też ich nie zobaczy. I rząd uważa, że wszystko jest w porządku, ponieważ wielkość dotacji liczy nie według wielkości PKB z ostatniego roku, ale sprzed dwóch lat, kiedy był o wiele mniejszy.

Czytaj także: „Solidarność” zwróciła się przeciwko… pielęgniarkom i rezydentom! Desperacja czy przebiegłość?

Wyższa składka na zdrowie, ale pieniędzy i tak za mało

Te księgowe sztuczki spowodowały, że wydatki na zdrowie nie tylko nie rosną, ale – relatywnie – wręcz maleją. Większy strumień pieniędzy dla NFZ jest bowiem wynikiem tylko rosnącej, wraz z naszymi zarobkami, składki na zdrowie. Ale wyższych kosztów leczenia nie rekompensuje. O 10 mld dotacji nie było mowy ani w roku ubiegłym, ani nie będzie jej w obecnym. Więc mimo że rząd publicznie deklarował, iż zdrowie traktuje priorytetowo, jest to po prostu kłamstwo. Wydatki na publiczną służbę zdrowia w ubiegłym roku wyniosły zaledwie 4,25 proc. PKB, mimo że – gdyby rząd własne obietnice potraktował uczciwie – powinny wynieść 4,78 proc. PKB.

Brak pieniędzy nawet dla chorych na raka

Do ludzi chorych wielkie liczby ani wskaźniki nie przemawiają, ale widzą, że leczyć się w Polsce jest coraz trudniej. Również gdy jest to walka o życie. Ostatnio fundacja Alivia alarmowała, że w Lublinie refundowanych leków z braku pieniędzy nie otrzymują nawet pacjenci chorzy na raka. O lekach innowacyjnych, które w pozostałych krajach UE są już refundowane, a u nas z braku środków ciągle nie, Polacy mogą sobie tylko pomarzyć. Wyniki leczenia raka są więc u nas o wiele gorsze niż gdzie indziej, chorzy skuteczniejszego leczenia ciągle są pozbawieni. Rozdający 500 zł rodzinom zamożnym rząd chorymi najwyraźniej się nie przejmuje. Czy dlatego, że śmiertelnie chorzy nie pójdą głosować, czy też dlatego, że nie zastrajkują?

W polskiej służbie zdrowia pieniądze wydaje się głupio

Chociaż pieniędzy na zdrowie jest dramatycznie mało, wydaje się je po głupiemu. Jeszcze niedawno szpitale publiczne, żeby mieć szansę znaleźć się w tzw. sieci, czyli otrzymać gwarancję finansowania, musiały zapewnić chorym całodobowe dyżury i tzw. SOR (szpitalne oddziały ratunkowe). Teraz okazuje się, że brakuje lekarzy i pielęgniarek, żeby mogły funkcjonować. Więc mają funkcjonować na przemian, raz jeden szpital, raz inny. Gdyby pomyślano o tym wcześniej, można było przynajmniej wydać mniej pieniędzy.

To niejedyny przykład. Wiele szpitali, które inwestowały w oddziały wymagane, by znaleźć się w sieci, teraz – także z braku pielęgniarek – muszą je zamykać. Rząd bowiem wprowadził normy zatrudnienia, których szpitale nie są w stanie spełnić, pielęgniarek jest coraz mniej. Kolejne publiczne pieniądze zostały zmarnowane.

Wzrost nakładów na zdrowie w wersji PiS to mniej pieniędzy dla pacjentów

Strajki lekarzy rezydentów oraz pielęgniarek okazały się skuteczne dla tych grup zawodowych. Ich zarobki wyraźnie wzrosły, a więc – co naturalne – chęć do kolejnych protestów nieco zmalała. Tylko że chorym nie tylko się nie poprawiło, ale wręcz pogorszyło. Wyższe zarobki dla pracowników publicznej służby zdrowia nie zostały w pełni zrekompensowane przez wyższe dotacje, więc na leczenie chorych pieniędzy jest jeszcze mniej. Jednak rząd tak sprytnie zapisał w ustawie wzrost nakładów na zdrowie, że może teraz udawać, że wszystko jest w porządku. Chorzy nie mają siły ani zdrowia, żeby wyjść na ulice, a politycy w kolejkach na leczenie nie czekają.

Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Wszystko, co musisz wiedzieć o tym, jak zadbać o psa lub kota w czasie upałów

Jak chronić psa lub kota przed przegrzaniem, udarem słonecznym, poparzeniem skóry lub innymi konsekwencjami upałów?

Anna S. Kowalska
10.08.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną