Piszemy o wszystkim, co ważne

Codziennie coś nowego. Bądź w centrum wydarzeń.

Subskrybuj
Rynek

Wyjdą z Rosji, nie wyjdą? Zachodnie koncerny nie chcą drażnić niedźwiedzia

Decathlon, Leroy Merlin i Auchan nie zdecydowały się opuścić rosyjskiego rynku. Decathlon, Leroy Merlin i Auchan nie zdecydowały się opuścić rosyjskiego rynku. Yegor Aleyev / Forum
Zachodnie firmy działające w Rosji znalazły się w pułapce. Podczas gdy jedne obiecują szybką ucieczkę, inne ograniczają się na razie do zawieszenia działalności, a niektóre stawiają na przeczekanie wojny. Bo alternatywą jest konfiskata całego majątku przez Kreml.

Po spektakularnym zamknięciu marketów Ikea rosyjskie władze na takie informacje czekały z niecierpliwością. Francuski właściciel sieci handlowych Decathlon, Leroy Merlin i Auchan nie zamierza porzucać tamtejszego rynku, jego sklepy pozostają otwarte, a koncern chce szukać innych dostawców na miejsce tych, którzy wstrzymali eksport do Rosji.

Z biznesowego punktu widzenia trudno się dziwić takiej strategii, bo np. dla Auchan Rosja to trzeci najważniejszy rynek na świecie, a dodatkowo sieć sporo zainwestowała w sprzedaż przez internet. Hipermarketów nie da się po prostu przenieść z jednego kraju do drugiego. Najwidoczniej Francuzi uznali, że mniej stracą na ewentualnym bojkocie konsumenckim w krajach takich jak Polska (do czego już wzywa u nas wielu internautów) niż na ucieczce z Rosji.

Czytaj także: Rosja nie jest tak odporna na sankcje, jak twierdzi Putin

Trudna ucieczka z rosyjskiego rynku

A nie jest ona wcale prosta z kilku powodów. Trudno znaleźć jakąkolwiek inną zagraniczną firmę, której można byłoby odsprzedać swoją działalność czy udziały w spółkach joint-venture (z rosyjskimi partnerami). Chętni na pewno byliby na rosyjskim rynku, ale oni z pewnością wykorzystaliby okazję, dyktując cenę wyjątkowo korzystną dla siebie. Zresztą Moskwa nie patrzy bezczynnie. Na razie po prostu wprowadziła tymczasowy zakaz sprzedaży aktywów przez zagranicznych inwestorów. Ponoć po to, żeby sami dobrze przemyśleli swoje zachowanie.

Rosyjskie władze grożą wszystkim, którzy zaprzestaną swojej aktywności, nacjonalizacją takich przedsiębiorstw. Może to i niezgodne z wszelkimi umowami handlowymi, których stroną jest Rosja, ale na pewno zgodne z rosyjską racją stanu. A dzisiaj dla reżimu Putina najważniejsze zadanie to ograniczenie skali gospodarczej zapaści kraju. Nie cofnie się zatem przed niczym, łącznie z nielegalnym wywłaszczeniem.

To zapewne dlatego komunikaty prasowe zagranicznych inwestorów w Rosji są pełne najróżniejszych sformułowań, gdzie sprzeciw wobec wojny miesza się z apelami o pokój, troską o los rosyjskich pracowników i klientów, a nawet opisem zagrożonych łańcuchów dostaw. Czasem trudno się zorientować, czy np. wstrzymanie dostaw do Rosji albo produkcji w lokalnych zakładach jest spowodowane potępieniem rosyjskiej inwazji na Ukrainę, czy raczej ogromnymi kłopotami logistycznymi, bo dokerzy w wielu portach nie chcą rozładowywać statków z rosyjskimi towarami, a równocześnie część koncernów logistycznych nie zamierza na razie obsługiwać tego kraju.

Względy wizerunkowe mieszają się z obawami o bezpieczeństwo i zerwane łańcuchy dostaw. W tym chaosie informacyjnym każdy biznes próbuje się odnaleźć. I tak na użytek zewnętrzny można tłumaczyć swoją postawę potępieniem wojny, a rosyjskim władzom i klientom wyjaśniać, że po prostu nie da się na razie dostarczać towarów czy potrzebnych podzespołów.

Czytaj także: Zachodnie marki uciekają z Rosji. Szlachetny gest czy konieczność?

Wyjść i zostać jednocześnie

Nie wszyscy jednak łatwo rezygnują z zarobku. Dopiero po ostrej krytyce Coca-Cola i Pepsi zdecydowały się na razie zrezygnować ze sprzedaży swoich kultowych napojów na rosyjskim rynku, uginając się pod międzynarodową presją. Jednak Pepsi, która jest jednym z najważniejszych amerykańskich przedsiębiorstw w Rosji, zadeklarowała, że jej zakłady będą pracować normalnie i wciąż zamierza dostarczać na rynek produkty żywnościowe, np. przeznaczone dla niemowląt. Lokale w Rosji zamknęła (oczywiście „do odwołania”, a nie na zawsze) sieć McDonald’s, deklarując normalne płacenie wynagrodzeń pracownikom. Z kolei punkty Burger Kinga pozostały otwarte, bo jak tłumaczyła ta sieć, są zarządzane nie przez nią, a przez lokalnego franczyzobiorcę.

Ostatnie dni to dla koncernów czas wyjątkowo skomplikowany i pełen pułapek. Przekonał się o tym np. koncern British American Tobacco, który najpierw nie przyłączył się do bojkotu, a po kilku dniach zmienił zdanie. Ogłosił plany wycofania z rosyjskiego rynku, chociaż zapewnił, że będzie płacił pensje swoim 2,5 tys. pracowników i pomoże im w znalezieniu nowej pracy.

W niezmiernie trudnym położeniu znaleźli się ci, którzy w Rosji planowali duże inwestycje. Philip Morris International ogłosił, że zawiesza wszystkie plany rozwoju na rosyjskim rynku. Koncern nie będzie wprowadzać tam nowych produktów, zaprzestanie inwestycji handlowych, badawczych i produkcyjnych. Firma równolegle ewakuuje swoich pracowników z Ukrainy, przekazała na rzecz pomocy humanitarnej w tym kraju 10 mln dol.

Strategia na przeczekanie

Na razie najbardziej odczuwalne dla rosyjskich klientów jest zamknięcie sklepów w galeriach handlowych przez większość zagranicznych koncernów, takich jak H&M, Zara, Sephora czy nasze LPP. Jednak samo zamknięcie jest po prostu gestem symbolicznym, który jeszcze niczego nie przesądza. Nie wiadomo, jakie będą dalsze losy tych marek, ale najprawdopodobniej obowiązuje strategia „na przeczekanie”. Mało kto chce już dziś zamykać sobie na zawsze drzwi do ogromnego rosyjskiego rynku.

W prostszej sytuacji znalazły się cyfrowe koncerny, jak Facebook, który sama Rosja zablokowała, bo nie chciał się poddać cenzurze Kremla, albo Netflix, który nie chciał transmitować propagandowych kanałów telewizyjnych, więc po prostu zakończył świadczenie usług na rosyjskim rynku. Jednak nawet Apple na razie tylko zamknął swoje sklepy, wstrzymał dostawy i ograniczył działalność niektórych swoich aplikacji na terytorium Rosji.

Czytaj także: Czy branża mody zamknie „bawełniany gułag”?

W przypadku fizycznej obecności na dużą skalę w tym kraju tak naprawdę jedyną dziś strategią jest ta na przeczekanie. To dlatego np. Volkswagen zamknął na razie swoje fabryki i pewnie sam nie wie, co się z nimi stanie. Rosyjskim władzom zawsze może wyjaśnić, że przecież na całym świecie brakuje półprzewodników, więc przestoje w motoryzacji to dziś norma, a nie wyjątek. Mógłby również tłumaczyć, że brakuje mu podzespołów dostarczanych od partnerów z… Ukrainy, co już doprowadziło do skrócenia godzin pracy w zakładach w Zwickau i Dreźnie. Jednak na takie drażnienie krwawego niedźwiedzia chyba nawet Niemcy się nie odważą.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Gerhard Schröder, towarzysz Putina. Toksyczny związek na dobre i złe

Były kanclerz Gerhard Schröder, który wciąż nie wyrzekł się przyjaźni z gospodarzem Kremla, jest symbolem wszystkich niemieckich problemów z Rosją. Ale wcale nie najgorszym.

Marek Orzechowski
19.05.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną