Jak dobieramy się w pary i rozstajemy

Puzel do puzla
Polacy rozwodzą się z przyczyn nowoczesnych: bo nie mogą się w związku spełnić, dogadać, rozwijać. Ale dobierają się w pary tak samo jak 100 lat temu.
Flickr CC by 2.0

Bognę, psycholożkę, dziś przed czterdziestką, z Tomaszem zeswatali znajomi. Wszystkim się wydawało, że do siebie pasują: rówieśnicy, inteligentni, wykształceni, ustawieni zawodowo. Lubili podobne filmy i mieli poczucie humoru. Przez które, mówi Bogna, spędzili ze sobą o kilka lat więcej, niż powinni. Ujęło ją, gdy wymyślił, żeby na drugą randkę pójść na wystawę peruk, ot, cudowny absurd. Tyle że nie poszli, bo on w końcu nie zdążył kupić biletów. Dziś Bogna uważa, że ich rozwód był właściwie przesądzony w dniu ślubu. Ale w tamtą sierpniową sobotę w urzędzie po prostu nie chciała widzieć, że Tomasz na żadnej płaszczyźnie nie jest dla niej partnerem.

Psychologowie kłopoty współczesnych związków tłumaczą tak: nadal dobieramy się w pary według XX-wiecznych kryteriów, które podpowiada nam społeczeństwo. Te kryteria można opisać jako obiektywne, ale dość powierzchowne podobieństwa. Sęk w tym, że dziś te obiektywne podobieństwa mają mały wpływ na to, czy uda się wspólnie i szczęśliwie przeżyć życie. Jednocześnie tak zwane obiektywne okoliczności – bariery ekonomiczne, obyczajowe – przestały nas powstrzymywać przed rozstaniem. Po cechach, które rzeczywiście pomagają wytrwać razem, na razie nie umiemy się rozpoznawać.

I tak w życiu uczuciowym Polaków dokonuje się rewolucja. Dziwna, bo zaczyna się od końca: nie od budowania związków, lecz od rozstań.

Chłopcy z naszej ulicy

Informacje, że wzorcowym modelem wspólnego pożycia jest związek partnerski, zakładający dążenie do pełnej realizacji kobiety i mężczyzny oraz dojrzałą więź emocjonalną między nimi, powoli docierają do świadomości Polaków. Do nowoczesnego modelu związku przekonało się prawie 40 proc. z nas. A w każdym razie tylu pytanych w badaniu TNS OBOP z 2007 r. „Polacy o relacjach partnerskich w związkach” odpowiedziało, że partnerstwo przynosi korzyści. Wśród przekonanych więcej jest młodych, czyli tych, którzy swoje relacje właśnie tworzą.

Co do zasady jednak można powiedzieć, że tak jak sto lat temu Polacy łączą się w pary według pochodzenia. Choć kryją się za tym trochę inne treści niż kiedyś. – Towarzyszy i towarzyszki życia znajdujemy przede wszystkim w pobliżu, w sąsiedztwie, w szkole, w pracy, na kursie angielskiego – wymienia prof. Aldona Żurek, socjolog rodziny z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu. Z badań prof. Zbigniewa Izdebskiego wynika, że choć dzięki Internetowi na potencjalnego partnera możemy się dziś natknąć w dowolnym zakątku świata, jedynie 4 proc. pytanych szuka w sieci „kogoś na stałe”.

Dobrze trzyma się inny wieloletni wspólny mianownik w doborze par – wykształcenie. Według Aldony Żurek, w 70–80 proc. współczesnych polskich związków partnerów dzieli najwyżej jeden próg edukacji – jedno ma liceum, drugie studia. Przyciąga nas też do siebie podobieństwo zawodów, charakter pracy – robotniczy, naukowy, biznesowy i, co się z tym wiąże, podobny status materialny i społeczny. Najbardziej tradycyjne kryterium doboru – religia, też w jakimś sensie pozostaje w mocy. Na 250 tys. małżeństw zawartych w 2007 r. (z którego pochodzą najświeższe dane GUS) trzy czwarte to śluby konkordatowe – choć nie ma wątpliwości, że za ich zawieraniem często stoi presja domu, obyczaj lub zauroczenie oprawą kościelnej ceremonii.

Wciąż działa też w naszych głowach archaiczne, zdawałoby się, pojęcie mezaliansu. – Bo wciąż żywe jest przekonanie, że wchodzenie w związki z pewnymi osobami jest niestosowne – uważa Aldona Żurek. Niestosowne jest na przykład zbyt dalekie odejście od któregoś z zewnętrznych podobieństw, choć w niektórych obszarach można negocjować wymianę zasobów. Mariaż syna arystokratycznego rodu z córką rodziny bez szlacheckich korzeni nie będzie więc mezaliansem, jeśli ta rodzina należy do najzamożniejszych w Polsce. Gorzej ze związkiem z dużą różnicą wykształcenia, zwłaszcza jeśli słabiej wykształconą stroną jest mężczyzna. W pewnych kręgach za mezalians będzie też uchodziła relacja z osobą mało atrakcyjną fizycznie, tak jak Tomasza Kammela i Katarzyny Niezgody. Próbowano tłumaczyć ten związek zamożnością jego żeńskiej połowy, ale w świecie mediów i show-biznesu uroda to zasób niewymienny na żadne pieniądze.

W spisie zobiektywizowanych kryteriów doboru jest jedna pozycja, która straciła na znaczeniu. To wiek partnerów. Jeszcze na początku XX stulecia mąż był przeciętnie o 10 lat starszy od żony. Dziś małżonkowie są zwykle równolatkami lub kobiety bywają nieco młodsze. Jak wynika z danych GUS, od 2005 r. osoby obu płci najczęściej biorą ślub w tym samym przedziale wiekowym: 25–29 lat. Socjologowie wypatrzyli jednak kolejne przesunięcie granic: coraz częściej to partnerki są starsze, zwłaszcza w dużych miastach. – Kobiet jest tam więcej niż mężczyzn. Jeśli nie znajdują partnera wśród rówieśników, szukają wśród młodszych. Ze standardowego układu wieku łatwiej zrezygnować niż z oczekiwań związanych na przykład z wykształceniem albo ze statusem społecznym – tłumaczy Aldona Żurek.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj