Społeczeństwo

Łzy polskiej ziemi

Polak pije - kiedyś i dziś

Oficjalna propaganda: Nie piję! Oficjalna propaganda: Nie piję! archiwum redakcji / Polityka
W PRL inteligent pił wódkę wielkolitrażowo oraz gromadnie. Nowy inteligent przelicza kace na straty w dochodach, a upija się tylko w momentach przewidzianych biznesplanem.
Ślub Jana HimilsbachaErazm Ciołek/Forum Ślub Jana Himilsbacha
W PRL inteligencja piła w knajpach, lud pracujący opanował budki z piwemJanusz Fila/Forum W PRL inteligencja piła w knajpach, lud pracujący opanował budki z piwem

WTEDY

Miejsca

Etos inteligenckiego picia w PRL był miejski, knajpiany i restauracyjny. A miasta powojenne biedne, zrujnowane, pełne ludzi napływowych. Warszawka mówiła o nich Hunowie – przyjeżdżali budować socjalizm, przywozili wiejski obyczaj. Przejmowali miasto dla siebie, dla gwary pomieszanej z nowomową. Marek Nowakowski, pisarz, rocznik 1935, mówi: – Miasto nie dawało miejsc ciepłych, dostępnych dla każdego. Przerwane zostały więzi ulic i kamienic. Knajpy umierały, rozwijała się gastronomia masowa. A jedyne przybytki ludzkie, ale też nieludzkie, to były budki z piwem, gdzie piło się na stojaka.

Na szczęście były zaplecza znane wtajemniczonym. Ludzie, genius loci i wódka jak przed wojną. Bywała młoda bohema, pić, bić się i dyskutować. Z czasem zbłądzali także Hunowie. Spośród wszystkich idei socjalistycznych mających łączyć stany wódka działała najlepiej. A dlaczego wódka? Prof. Wojciech Burszta, kulturoznawca, antropolog kultury z SWPS, rocznik 1957, wyjaśnia: – Wódka zawsze była trunkiem narodowym – prawdziwi mężczyźni prowadzili prawdziwe dyskusje przy wódce. Piwa brak albo podłe, o winie nie wspomnę. Picie wódki było także odreagowaniem magnackości przedwojennej kultury polskiej. Brataniem się z robotnikiem i menelem. Od klasowości ku równości.

Marek Nowakowski pił w Paryżu z Zygmuntem Hertzem, współzałożycielem paryskiej „Kultury”, calvados. W Paryżu tak wypada, bo u Remarque’a w „Łuku Triumfalnym” piją calvados. W Ameryce Nowakowski pił burbona kukurydzianego, bo to się leje w książkach Williama Faulknera. Ale oba trunki przywiezione do Warszawy są truciznami. A wódka wchodzi. Więc Marek Nowakowski przypuszcza: – Klimat i szerokość geograficzna. Obyczaj i historia. To by przemawiało za wódką. Jesteśmy z kultury żytnio-kartoflanej.

Więc wśród biedy i ruin knajpy powstawały. Słynną warszawską Kameralną w 1947 r. założył Związek Inwalidów Wojennych. Potem był Ściek u filmowców i Spatif u aktorów. Magiczne miejsca dla inteligentów pijących i alkoholików pracujących. Z czasem także niebezpieczne. Roman Śliwonik, poeta i prozaik, rocznik 1930, mówi: – Ja ten okres wspominam jako piękny, bo piękno było we mnie, w nas. Szarość komunistyczna przyszła później w sposób dość dobitny.

Literaci

Janusz Głowacki, pisarz, rocznik 1938, wspomina knajpiane rozmowy: Heidegger i kurs dolara, szanse wybicia się na niepodległość i na nierozcieńczony jarzębiak, jak zrobić film i jak okraść Szweda przy barze. Czechowa gryzł dylemat, czy ma prawo pisać, jeśli nie wie, jak żyć. Janusz Głowacki: „całkiem spora grupa polskich artystów i pisarzy, oczywiście włącznie ze mną, szukała odpowiedzi trując się póki co alkoholem w warszawskim Spatifie. Przy czym atmosfera ogólnej niemożności sprawiała, że zajęcie to wydawało się całkiem logiczne”.

Ta spora grupa to między innymi Śliwonik, Grochowiak, Stachura, Brycht, Iredyński, Głowacki, potem także Wiktor Osiatyński i Jan Wołek. Dziś luminarze, wtedy drżący o literacką przyszłość aspiranci. Z wódką jako ośmielaczem i narzędziem autokreacji w natychmiastowym zasięgu. Roman Śliwonik pamięta Ireneusza Iredyńskiego, jak wychodzi z wydawnictwa Czytelnik, na środku ulicy pije wódkę z butelki. Panie redaktorki patrzą zachwycone. Reklama dźwignią handlu – wyjaśnia potem Iredyński koledze. Z jedną redaktorką Iredyński jest związany bliżej. Idą ze Śliwonikiem do Bristolu, przy wódce Iredyński żali się, że kobieta chce go oswoić, zabrania pić. Kulwa – żali się Iredyński, który nie wymawia r. W nocy bagażową taksówką jedzie do narzeczonej po swoją lodówkę i koniec związku. Śliwonik: – My byliśmy bohemą, cyganerią. Mówiliśmy w imieniu szarego społeczeństwa i stamtąd braliśmy tematy do pisania.

Przeważnie bohema mieszkała z rodzicami. A piło się grupowo. Dlatego spotykali się w knajpach gadać. Wódka ich zrównywała. Roman Śliwonik, który w 1956 r. zakładał legendarne pismo „Współczesność” z początkującym Edwardem Stachurą. Śliwonik, którego pierwszy opublikowany wiersz opóźnił cały polski socjalizm – zdaniem opiekunów z koła młodych pisarzy. Andrzej Brycht po świetnym debiucie i z wrodzonym, bałuckim ciągiem na forsę. Marek Nowakowski pamięta, jak stoją z Brychtem przed wystawą komisu; Brycht zapałał uczuciem do złotej papierośnicy i mówi: Marek, jak będziemy sławni, to wszystko będzie nasze. Stanisław Grochowiak, poeta zawodowy, zarabiający poezją na czworo dzieci i żonę; lejący wódkę na genetycznie słabą wątrobę. Marek Hłasko przy barze podwija rękaw, żeby wszyscy widzieli tatuaż; krzywi twarz pijąc w stylu podpatrzonym u Humphreya Bogarta. Hłasko jest po nagrodzie wydawców i wszystkim stawia. Roman Śliwonik wspomina: – Myśmy się wtedy i kochali, i bili, i pili, ale to wszystko było dla literatury. Dużo mówiliśmy, wódka była początkiem rozmowy o czymś. Każdy z nas miał w sobie tęsknotę za dziełem doskonałym. To biło od nas. Ludzie do nas lgnęli.

Co niedzielę Śliwonik z Grochowiakiem spotykali się na wódce we dwóch. Mówili na to msza. Rozmawiali o poezji, inteligencka msza. Zastanawiali się, jak by to było pisać po pijaku. Umawiają się na pijackie eksperymenty twórcze, podczas którejś mszy czytają wódczane wiersze. Patrzą po sobie zażenowani, takiego bełkotu w życiu nie słyszeli. Ale nigdzie im się nie spieszy, siedzą, gadają dalej. Peerelowski czas nie goni jak ten wolnopolski. Prof. Burszta wyjaśnia: – Inteligenckie picie to spotkanie ludzi, którzy mają ochotę porozmawiać przy alkoholu, bez barier czasowych. Mówimy tu o środowiskach, które nie mogły istnieć bez zanurzenia w ekstremalnych sytuacjach, o wspólnotach alkoholowych napędzających ten światek.

Marek Nowakowski: – Ja pijałem z ludźmi, których lubiłem. To jest jedyne kryterium.

Roman Śliwonik: – Nie z każdym chciałem pić, bo rozróżniam picie ładne i brzydkie.

Bójki

Prof. Wiktor Osiatyński, pisarz, socjolog, prawnik, rocznik 1945, mówi: – No, więc picie wódy, przy wódeczce zawsze następowały heroizacje zdarzeń: jak kto komu przypierdolił albo jak ktoś się nie dał. To wydawało się atrakcyjne. Lubiłem się bić po pijanemu. Ale większość z nas to byli przerażeni i zakompleksieni chłopcy etos bójki z tego właśnie wynikał. Nam się wydawało, że wódka jest paliwem.

Pił cyklicznie. Parę tygodni, miesiąc, półtora. Po otrzeźwieniu pisał; na poczuciu winy i wyrzutach sumienia. Na urlop, zamiast jak inni do Międzyzdrojów, jeździł do Ścieku. Ale co mógł w PRL zrobić młody człowiek z wolną forsą i wolnym czasem? Mógł kupić pół litra albo książkę. Lampy czy regału nie mógł kupić, bo, po pierwsze, nie było ich w sprzedaży. Po drugie, mieszkało się z rodzicami. Więc szedł pić i czuć więź społeczną z innymi pijącymi. Gadało się na przykład o iberoamerykańskich realistach magicznych, bardzo modnych w latach 60. A potem Wieniedikt Jerofiejew napisał biblię alkoholików bloku wschodniego, czyli poemat „Moskwa-Pietuszki”. Ruszało się w kolejowe rajzy inspirowane Jerofiejewem. Pijąc moskwopietuszkowskie koktajle – łza komsomołki, balsam kaanański. Era jazzu mijała. Za Osiatyńskiego grało się łzawe romance, które szły z wódką w parze. Prof. Osiatyński mówi: – A każdy pijak to sentymentalny płaksa, który wszystko zrobi, nawet wda się w bójkę, żeby tylko nie pokazać łez.

Ale etos bójki inteligentów w trakcie picia pociągał jak samo picie. Na przykład na Romana Śliwonika pijani mordobijcy zwykle się nadziewali. Był poetą eleganckim, chudym i w okularach. Nie wyglądał na boksera, którym był w istocie. I zaczynał się pijany taniec pięści na ulicach miasta, w knajpach lub elegancko – na zapleczach. Pod klubem Międzynarodowej Prasy i Książki Śliwonik z Leszkiem Płażewskim, też pisarzem, kładą nocą na chodnik kilku drabów w płaszczach. Milicja przyjeżdża, śmieje się z pobitych i pyta, czy wiedzą, kto im wpierdolił. Otóż poeci. Jest tylko małe towarzyskie nieporozumienie ze Stachurą, który uciekając gubi but. A powracając upomina się o uznanie jego udziału w zwycięstwie. Albo sytuacja pod domem literata: kilku napada Śliwonika ze Stanisławem Grochowiakiem. Roman Śliwonik mówi: – Mój przyjaciel Staszek troszeczkę nie był odważny i się od razu położył koło ławki udając nieprzytomnego. Ale ja się dobrze biłem. Śliwonik bierze to na siebie, po wszystkim wraca podnieść Staszka. Albo pojedynek Śliwonik-Hłasko pod kawiarnią Manekin nocą: startują z przeciwległych stron staromiejskiego rynku. Jak w westernie – słychać ich kroki na bruku. Jednak rezygnują, idą się wspólnie napić.

A już nie było w mieście silnych na duo Śliwonik i Brycht. Oni dwaj, nawet w pijanym widzie, kładli kilkunastu. Brycht, modny pisarz, wielki pijak, cwaniak z Bałut, waga ciężka, uderzał głową. I tylko Marek Nowakowski, zakorzeniony i zaprzyjaźniony w półświatku przedmieść, uważał, że mordobicie artystów jest śmieszne. Podszyte kultem męskiej siły rodem z westernów. Bohaterowie Nowakowskiego – prawdziwi bandyci i złodzieje – bili się zawsze bardziej użytkowo. O przywództwo w stadzie na przykład. Choć często też po pijaku, co potwierdza tezę o wódce w PRL jako trunku egalitarnym. Inteligent uszlachetniał pity alkohol przez swoją inteligenckość. Pił to samo co wozak i kamieniarz, ale piękniej.

Kochanowscy

Marek Hłasko, pisarz, rocznik 1934, w książce: „W Polsce o ludziach z tak zwanego środowiska mówi się zazwyczaj tylko trzy rzeczy: że są pracownikami Urzędu Bezpieczeństwa, pederastami lub pijakami”.

Wtedy mówiło się: ubowcy. Też pili równo, udawali inteligencję pijącą. Niektórzy naprawdę nią byli. Szatniarze, kelnerzy, bramkarze w modnych lokalach. Trzaskali na ich widok obcasami zwykli milicjanci krawężnikowi. Gdzie lała się wódka, języki się rozwiązywały. Wódki nie mogło zabraknąć ze względów operacyjnych. Prof. Osiatyński mówi: – Oczywiście pijanymi łatwo było władzy manipulować, ale my tego nie dostrzegaliśmy. Tego tematu w ogóle nie było w rozmowach. Opozycjonistów wśród pijących też nie było – byliśmy zbyt niebezpieczni, pijani, rozgadani. W 1981 r., kiedy Solidarność wprowadziła społeczną prohibicję, to wszyscy przestali pić. Oprócz nas, my byliśmy uzależnieni od wódki.

I nagle w życiu artystów zaczęła się polityka. Ciemniejszy odcień szarości – mówią dzisiaj. Ci przerażeni życiem, ambitni pijani chłopcy dorośli w swoich knajpach. Roman Śliwonik: – Początkowo władza nas traktowała jako zabawną grupę, którą warto mieć. Można z nas pożartować przy gorzale w KC. Potem dorośliśmy i staliśmy się niebezpieczni dla ustroju. Jerzy Putrament mi powiedział: panie Romanie, chcę pana uprzedzić, że jak pan źle przejdzie ulicę, to pana zamkną. I zamknęli. W stanie wojennym napisałem list otwarty do Jaruzelskiego. Dostałem zakaz druku.

Marek Nowakowski publikował opowiadania w paryskiej „Kulturze” pod pseudonimem Seweryn Kwarc. Ubowcy czatowali pod redakcją w Maisons-Laffitte. Nad Kwarcem pracowali partyjni egzegeci – nie udało im się dojść do prawdziwego autora. Doszedł Ireneusz Iredyński, który pijany zadzwonił nocą do Nowakowskiego i mówi: Cześć, Seweryn Kwarc. Co ty pierdolisz? – zgasił go Nowakowski. Sam Iredyński powiedział publicznie, że się w Polsce dusi. Był alkoholikiem. Poszedł do więzienia na dwa lata za rzekome usiłowanie gwałtu po pijanemu na podstawionej agentce Służby Bezpieczeństwa.

Tymczasem do głosu doszło nowe pokolenie pijących inteligentów – artystów, studentów. Uznawali za stosowne studiować jak najdłużej, jedyne, co ich czekało po studiach, to nudna robota. Studia to była jednak kontrkultura – umysłowa i imprezowa. Jan Wołek, pieśniarz, poeta, malarz, rocznik 1954, opowiada: – Jeździłem bydlęcymi wagonami po Polsce powiatowej, grałem w trzech różnych miastach w ciągu dnia i wszędzie byłem witany rytualnym kieliszkiem wódki. Ludzie afirmowali w jedyny znany sobie sposób sympatię, poczucie więzi i lojalności.

Tych młodych też wódka krzepiła. Pijąc rośli w siłę. Nie było mowy o rozpaczy. Przecież poddaje się człowiek w pojedynkę, a oni pili w grupie. Gadało się o polityce. Ale już ze świadomością wszechobecnej ubecji. W tym środowisku na kapusiów mówiło się kochanowscy – wedle słów poety, „pełno ich, a jakoby nikogo nie było”.

Jan Wołek od początku lat 70. był uczestnikiem Festiwalu Artystycznego Młodzieży Akademickiej. Nasycenie kochanowskimi ogromne. Na każdym festiwalu obercenzor i dwóch pomocników czekających na teksty piosenek do akceptacji. Kochanowscy w grupie pijącej przyglądają się, jak nad ranem 200 facetów po pijaku urządza zawody w sikaniu po kobiecemu. Ktoś nieznajomy dosiada się do stolika w knajpie, stawia pół litra. Namawia, żeby zaplanować zamach na Gierka. Inny przywozi pół litra i pół walizki wierszy napisanych przez sekretarki bezpieki. Podaje się za poetę. Jednemu koledze, gdy wyjmuje pół litra, niechcący wymyka się z marynarki służbowy pistolet. Jan Wołek mówi, że półlitrówka powinna stać w Sevres pod Paryżem jako polski wzorzec kulturowy tamtych lat.

Jan Wołek: – Ale był też jeden obercenzor Janek, który tak się wdrożył, że po trzech latach już sam nie wiedział, czy jest cenzorem, czy krytykiem sztuki. Ten to dopiero rozpił się z rozpaczy. Wchodzę kiedyś do knajpy, a Jasio leży na stole i płacze: błagam cię, kurwa, daj mi szansę, pisz niewyraźnie.

Pogrzeby

Roman Śliwonik czuwał w szpitalu przy łóżku Grochowiaka. Grochowiak miał ostrą marskość wątroby, umierał. Śliwonik mówi: – Nagle Staszek siada na łóżku i mówi: Roman, aqua vitae. Wiem, że on nie zna łaciny. Biegnę na korytarz, bo może chce księdza.

Stanisław Grochowiak umiera w 1976 r. Prosto z pogrzebu żałobnicy, za namową Wiktora Osiatyńskiego, idą do knajpy pić. Prof. Osiatyński: – Postanowiliśmy zakłamać jego śmierć wódką. Wiedzieliśmy, na co umarł. Takie memento, które chce się odepchnąć.

W 1985 r. na marskość umarł Ireneusz Iredyński. Marek Nowakowski mówi: – Siedział ponad dwa lata. Wrócił inny człowiek. Zgnieciony. Coś go zatkało. Przełamali jego biografię.

Roman Śliwonik: – Oni wszyscy powinni żyć. Wódka ich zabijała. Początkowo wódka jest misterium, a później zaczyna się nałóg. To pokolenie samobójców wódczanych.

TERAZ

Kace

W wolnej Polsce prof. Wojciech Burszta prowadził wykłady z antropologii kultury w barze pod warszawskim Dworcem Wschodnim. Bar był z nazwy kawowy. Należało dolać piwa do wielkich filiżanek z napisem cappuccino. Można też było obserwować, co się dzieje na kolei, bo konduktorzy rozmawiali przy cappuccino z wódką. To miał być eksperyment socjologiczny dla studentów. Byli przerażeni, ale potem zachwyceni. Pytali tylko, dlaczego profesor tak szybko wypija swoje piwo. Burszta tłumaczył, że to nawyk z młodości w Poznaniu. W poniedziałki do sklepów rzucali piwo. Stały kolejki spragnionych. Wygrywał ten, kto wypił jak najwięcej, zanim brakło.

Prof. Burszta mówi: – Obraz picia inteligenckiego w PRL dziś wyostrza się i mityzuje. Dziś inteligenci bywają celebrytami o mentalności menedżerskiej. Ludzie mają zaprojektowane życie. Plany rodzinne i zdrowotne. Dzisiaj już nie stać ich na kaca.

Zmieniła się także społeczna rola płci. Już nie papierosy, wódka i pięści; facet modny jest teraz fircykowaty i metroseksualny. Kobieta to już nie domowy duch opiekuńczy. Nie nabierze się na goździka z okazji 8 marca. Wtedy na barowych rekonesansach bywały kobiety rzadko. Ich pojawienie się w tych męskich przybytkach postrzegane było jako przyzwolenie, emablowali je pijani. Prof. Osiatyński: – W PRL piło się w męskim środowisku. Kobiety postrzegaliśmy jako obiekty seksualne. Albo kogoś, kto ewentualnie skoczy po butelkę. Jeśli mam jakieś poczucie winy z tamtych czasów, to o to, w jaki sposób traktowaliśmy kobiety. Teraz jestem feministą, spłacam swój dług.

Teraz kobiety już mają się gdzie upić. Najwięcej piją te z dobrych zawodów; młode, dobrze zarabiające, wykształcone. Kilka lat po śmierci Grochowiaka redaktorki z wydawnictwa mówiły na mieście, że spotkały jego żonę. Zmienioną całkowicie. Już nie matkę Polkę, nie siostrę miłosierdzia, ale właśnie kobietę kobiecą.

Trenerzy

Od wódczanego towarzystwa odchodzi się na trzy sposoby. Można umrzeć. Można przestać pić i przestać bywać. A także przestać pić, ale bywać. Roman Śliwonik nie pije od 20 lat i nie bywa w knajpach. Rzucił sam, w fachowej terminologii nazywa się to samouleczeniem. Wiktor Osiatyński przeszedł w Ameryce program Anonimowych Alkoholików, nie pije od 27 lat. W 1983 r. poleciał za ocean i sięgnął tam pijackiego dna. Osiatyński mówi: – Pomyślałem, że podleczę się przed powrotem do Polski, gdzie na pewno znów zaczną się Kameralne, Spatify i Ścieki. W Polsce my, pijący, byliśmy dość wysoko na społecznej drabinie, artyści, pisarze. Ale w Ameryce byłem tylko wykładowcą małego uniwersytetu. Tam już wiedzieli, że alkohol to choroba.

Jako trzeźwy alkoholik Osiatyński przeczytał „Dziennik” Krzysztofa Mętraka, krytyka, poety, rówieśnika z Warszawy. A tam o sobie: młody Osiatyński pije, bo chce być zaakceptowany przez środowisko, ale nie jest nikim ważnym. Wypadł u Mętraka, który sam wódkę pijał, jak zwykły pijaczek. Natomiast w drugim tomie „Dziennika” wyczuł już zazdrość autora o swoje niepicie, było lepiej. Teraz już profesorowi nie przeszkadza przebywanie z pijącymi. Ale zawsze wychodzi, kiedy robi się głośno, brudno i wylewają wódkę.

Jan Wołek nie pije od 23 lat. Ale wiatr go w kierunku knajp spychał długo. A tam wiadomo: kto nie pije, ten kapuje, przesąd z PRL. Wołek nosił w plecaku pół litra dla ewentualnie potrzebujących. Dosiadał się do stolików kolegów od picia. Nigdy nie moralizował, to nie ten styl. Ale pamiętał swoje olśnienia: kiedyś jedzie do Montrealu zagrać koncert z samym Leonardem Cohenem. Ale Cohen nie dojeżdża – źle znosi kanadyjskie zimy, siedzi w apartamencie w Miami. Jak to, apartament? Wołkowi jeszcze wtedy wydaje się, że najważniejsze jest życiopisanie. Kreacja poetycka stuprocentowo zgodna z rzeczywistością. A o Cohenie mu mówią, że ma małą fabryczkę butów i z niej żyje. Może nieartystycznie, ale jak mądrze.

Niepijącego Wołka namaszcza w Kameralnej Janek Himilsbach. Przychodzi Wołek, przysiada się do stolika, gdzie Janek – żywy łącznik między artystami a menelstwem – pije z kolegami kamieniarzami. Piją ostro, trzeźwy Wołek zaczyna im się gryźć z widnokręgiem. Coś furczą, że kapuś niech spada. Jan Wołek pamięta: – Janek Himilsbach im powiedział: od Wołka to mnie się, kurwa go mać, odpierdolcie, bo on był w ekstraklasie, a teraz jest trenerem.

W wolnej Polsce nawet ubowcy wychodzą z cienia. Łaszą się. Marek Nowakowski opowiada, jak w restauracji w Śródmieściu uśmiecha się do niego nieznany facet. Po chwili przysiada się z zastawioną tacą. Jest pijany i szczery. Przypomina się: kolegą jest byłym, ze studiów. Potem był w resorcie. Służbowo przebywał w Paryżu. Obserwował ruch pod redakcją tamtejszej „Kultury”. Kurwa, się zmęczyłem, bo ja przecież nie znam francuskiego – użala się. Ogólnie źle wspomina tamtą pracę.

Sake

Teraz pijackich więzi nie ma. Kiedyś pijąc składało się ofiarę ze swojego zdrowia w towarzystwie zdecydowanych na to samo kolegów. Utwierdzało to w przekonaniu, że nie ma na świecie bardziej solidarnej grupy społecznej niż pijący. Jan Wołek: – Po pijaku chciałbyś świat za klapy złapać, nastrzelać mu z dyńki, z kopa. A rano szarpie cię zorro, dziecko płacze. Człowiek sobie uświadamia, jaki jest miałki.

Prof. Wiktor Osiatyński opowiada, że mieszkał kiedyś na osiedlu Groty. W alkoholowej gwarze rejon zwany był trójkątem bermudzkim. Można było przyjść do kolegi z butelką lub na kacu, o każdej porze, i zgubić na długo. Zawieruszał się u Osiatyńskiego często Janek Himilsbach. Najbardziej przerażające były poranki. Trudno było sobie poradzić bez lufy. Więc pili. Janek z posępności popadał w wesołość. A z wesołości w rozpacz. Po Janku zostały wspomnienia kolegów. Setki prostych historyjek, które się zmitologizowały przez częste powtarzanie. Jan Wołek mówi, że mieszkał przy placu Trzech Krzyży, na knajpianym szlaku. I zawsze miał gości. Ludzie chętnie się odwiedzali, bo w PRL bieda była wspólna. Każdy miał mniej więcej podobnie gównianie urządzone mieszkanie. A w wolnej Polsce jedni się dorobili i wstydzą się bogactwa. Inni wstydzą się starej biedy.

W maju 2009 r. Wiktor Osiatyński wdał się na łamach „Gazety Wyborczej” w polemikę z Januszem Głowackim. Głowacki o peerelowskim alkoholu opowiadał na śmiesznie, w swoim stylu. Na przykład: „dosyć smaczna i lubiana była woda fryzjerska na łupież. Piło się ją z tak zwanych »pykówek«, buteleczek, które miały wąziutkie szyjki. Podnosiło się ją, przechylało głowę do tyłu, potrząsało, a ona robiła »pyk, pyk, pyk«”. Osiatyński mówił: „te ściekowe spotkania były potwornie depresyjne, smutne i samotne (...) Przestałem tam chodzić, a gdy po 15 latach wszedłem do Ścieku, zobaczyłem tych samych bywalców, przy tym samym stoliku, tak samo pijących, prowadzących tę samą rozmowę”.

Osiatyńskiemu pijacki bunt części jego pokolenia przypomina Lucusia z opowiadania Mrożka. Na końcu Lucuś idzie do lasu i pisze patykiem na śniegu słowo „precz”. A dziś nawet nie ma powodu do buntu. Nie ma wroga, który zawsze jednoczy – i przy walce, i przy wódce. Więzi międzyludzkie zanikają. Polska inteligencja się indywidualizuje także pod względem alkoholowym. Pije nawet więcej niż kiedyś. Ale już nie gromadnie, tylko samotnie. Pije droższe alkohole. Pije jak Japończycy piją sake: w knajpie każdy ma swoją podpisaną butelkę. Wieczorem wpadają na jednego i idą do domu spać. Ale jeśli poczęstują kogoś ze swojej flaszki, idą spać śpiewając. Aby cała ulica wiedziała, że oto wraca do domu szczęśliwy człowiek, który pija sake z przyjaciółmi.

PARPA

Krzysztof Brzózka, inżynier, dyrektor Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych, pyta retorycznie: – Alkohol był elementem kultury Aborygenów i Indian północnoamerykańskich. I gdzie są teraz te narody? W rezerwatach. Ta sama wojna, którą wytoczono tytoniowi, wkrótce będzie dotyczyć też alkoholu. Wpływy do budżetu ze sprzedaży alkoholu są pięć razy niższe niż wydatki na pokrycie strat alkoholem spowodowanych.

W Polsce walka będzie trudna. Dyr. Brzózka jest zażenowany zbytnią poetyckością wypowiedzi Andrzeja Szumowskiego, prezesa stowarzyszenia Polska Wódka, wiceprezesa zarządu Wyborowa SA. Prezes, chwaląc potęgę polskiego przemysłu spirytusowego, nazwał wódkę „łzami polskiej ziemi”.

Pokusa

Jan Wołek napisał tekst o barze Pokusa. Był taki przy jego ulicy w Warszawie. Za pijanych czasów Wołek miał tam kreskę. Schodziła się bandyterka. „Stolik wiązał człowieka i nygusa”. Codziennie ktoś pocięty żyletką jechał z Pokusy do szpitala. Rzeczy działy się „na rogu brzytwy i poezji”. Pokusa, zanim znikła całkiem, została zamieniona w klub ORMO. Ubodło to chłopaków w serca. Bo były żyletki, śmierci i zawały od wódki, rodzinne tragedie. Ale też koloryt i tkanka miejska. Tekst kończy się tak: „jest gdzie wypić dziś/ale nie ma z kim/więc do kieliszka już mi nie rży dusza/choć jeszcze pewnie wypiłbym/gdyby się trafił bar/jak bar Pokusa”.

Marek Nowakowski zachodzi do pewnego baru w centrum miasta. Pusto, przy stoliku tylko czterech smutnych. Kawa czy herbata – pyta od progu kierowniczka lokalu. Jak to kawa, herbata? Bo alkoholu brak – wyjaśnia. Jak to brak? Kurewska wspólnota – wybucha kierowniczka – cofnęła koncesję. Ale pociesza: sprawa jest w sądzie, za miesiąc zapraszam, będzie alkohol. Nowakowski mówi: – Pisanie nie idzie w parze z wódką. Pisze się ileś dni. Ale po robocie, przy sobocie, trzeba wypić. Można też dojść do szewskiego poniedziałku. Też może być poniedziałek szemrany alkoholowo. Ale po robocie.

Koledzy mówią, że nigdy nie pił dużo. Przysiadał się na dwa, trzy kieliszki. Słuchał. Rozmawiał. Lekko prześmiewczy, nie jadowity. Potem jechał do swoich szemranych bohaterów, przyjaciół.

A Roman Śliwonik w 2009 r. przemawiał na otwarciu izby pamięci Stanisława Grochowiaka w lesznieńskiej bibliotece. Jeden wybitny poeta laudował drugiego, przyjaciela. Pani bibliotekarka dziękowała: Grochowiak wreszcie zostawał w swoim Lesznie poetą, wcześniej wszyscy mieli go tu za pijaka. W zaroślach obok dawnego domu Grochowiaka Śliwonik odkrył zapadającą się ruderę z napisem na murze: aqua vitae. Była to dawna fabryka wina. To o niej Grochowiak mówił tuż przed śmiercią.

Picie obecne, domowe
Spożycie czystego alkoholu na jednego mieszkańca Polski od 2002 r. systematycznie rośnie: w 2007 r. – 9,21 l. Respondenci zaniżają spożywanie ilości alkoholu zazwyczaj od 40 do 60 proc.
W 2008 r. wódkę pito ok. 23 razy w ciągu roku, wypijając średnio ok. 203 ml przy jednej okazji.
Najmniej abstynentów jest wśród osób w wieku 40–49 lat, mających wykształcenie wyższe, mieszkańców dużych miast, osób posiadających wyższe dochody w gospodarstwie domowym oraz wśród badanych niedeklarujących się jako wierzący i praktykujący.
Największe spożycie występuje w grupie mężczyzn mających 30–39 i 40–49 lat, wykształcenie zasadnicze zawodowe, bezrobotnych, zajmujących stanowiska szeregowe.
Grupa osób najwięcej pijących, stanowiąca 9 proc. konsumentów napojów alkoholowych, spożywa aż 43 proc. całego wypijanego alkoholu.
Od 2002 r. o blisko jedną trzecią powiększyła się grupa konsumentów bimbru (5 proc.) oraz wina domowej produkcji (12 proc.).
Preferowanym miejscem spożywania alkoholu jest mieszkanie prywatne. Tylko nieliczni badani piją wódkę i wino w samotności (2 proc.). Pije się głównie w towarzystwie rodziny i znajomych.

Dane pochodzą z raportu „Wzory konsumpcji alkoholu w Polsce”.

Polityka 9.2010 (2745) z dnia 27.02.2010; Raport; s. 36
Oryginalny tytuł tekstu: "Łzy polskiej ziemi"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Pomocnik Historyczny

Jak walczono o wolność Ameryki Łacińskiej

Wojny o niepodległość, narodziny państw narodowych Ameryki Łacińskiej i pierwsze ich stulecie.

Piotr Łaciński
10.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną