Społeczeństwo

Darz bóbr

RAPORT: W czym przeszkadzają nam zwierzęta

Od kiedy wilki są pod ochroną, ich populację udało się nieco odbudować, choć nadal nie jest ona liczna. Od kiedy wilki są pod ochroną, ich populację udało się nieco odbudować, choć nadal nie jest ona liczna. FurLined / Flickr CC by SA
Wraz z falą powodziową przypłynęła do nas ponownie dyskusja, na ile zwierzęta są wrogiem człowieka. I co z nimi robić, w zgodzie z ekosumieniem, gdy mnożą się, powodują szkody, objadają nas, blokują inwestycje – bo to są główne pola konfliktów.
Gatunki kwalifikujące łąkę do unijnej dopłaty:  m.in. derkaczForum Gatunki kwalifikujące łąkę do unijnej dopłaty: m.in. derkacz
... i bekas kszykEAST NEWS ... i bekas kszyk
Modraszek Telejus skonfliktował obrońców przyrody z deweloperami.Ernst Vikne/Flickr CC by SA Modraszek Telejus skonfliktował obrońców przyrody z deweloperami.

W czasie powodzi padło na bobry. Oskarżono je o niszczenie wałów przeciwpowodziowych i zaplanowano odstrzał. Według przyrodników, oskarżenia są absurdalne, bo bobry kopią nory pod wodą, a wały oddalone są od normalnego nurtu rzeki. Strzelanie do nich w czasie powodzi w niczym by nie pomogło. Nawet gdyby miały coś wspólnego ze szkodami, bardziej sensowne byłoby zabezpieczanie wałów, np. za pomocą metalowych siatek. Ale bobry od pewnego czasu mają czarny piar. Rolnicy też mają im za złe. Twierdzą, że podkopują groble, niszczą stawy rybne, powodują zalewanie upraw. Pojawiają się projekty, by na 10 lat zrezygnować z ochrony gatunku.

Nie grozi nam inwazja bobrów – przekonuje Paweł Średziński z organizacji WWF Polska. – Gdy populacja się zagęszcza, natura sama włącza mechanizmy regulacyjne. Po prostu rodzi się mniej młodych. A rozmiar szkód powodowanych przez bobry jest wyolbrzymiany – tłumaczy Śledziński. Z badań prowadzonych przez Instytut Nauk o Środowisku UJ wynika, że jedynie 3 proc. bobrzych stanowisk powoduje szkody. A ich pozytywny wpływ na środowisko jest nie do przecenienia. Dzięki bobrom rośnie poziom wód gruntowych. Naprawiają to, co sknocił człowiek, odtwarzają tereny podmokłe. Chroni to tysiące hektarów lasów od pożarów.

Gdzie szkody rzeczywiście są znaczne, zamiast odstrzału czy niszczenia bobrowych tam, można stosować ich udrażnianie. Ten sposób stosują choćby na Podlasiu. W tamach tworzy się przepusty tak, by woda przepływała w sposób kontrolowany.

Nie dziwmy się dziwoniom

Bobry nie zamykają listy zwierząt oskarżanych o spowodowanie powodzi. Winne mają być też słowiki, strumieniówki i dziwonie, czyli ptaki żyjące w lasach łęgowych, rosnących wzdłuż rzek. To obszary chronione Naturą 2000. Pojawiły się koncepcje, że gdyby je wyciąć, woda po gładkim terenie spływałaby szybciej.

Nowoczesna ochrona przeciwpowodziowa polega na przywracaniu naturalnej retencji, a nie przyspieszaniu przepływu wód – mówi Piotr Nieznański, kierownik działu ochrony przyrody WWF Polska. – Lasy łęgowe są obecnie odtwarzane w dolinach rzek właśnie w ramach programów ochrony przed powodzią.

Nad Renem robi się to od ponad 20 lat. W całej Europie realizuje się takie projekty. Wzdłuż Łaby są one mocno zaawansowane. Dzięki wsparciu z Niemiec taki projekt po raz pierwszy będzie wdrażany także w Polsce. WWF we współpracy z władzami lokalnymi chce przesunąć 7 km wałów nad Odrą niedaleko Wrocławia, tam, gdzie tworzą one wąskie gardło. Z jednej strony zwiększy to bezpieczeństwo, z drugiej pozwoli na przywrócenie lasów łęgowych na tym obszarze.

Ekologia i bezpieczeństwo dają się świetnie pogodzić. Trzeba tylko trochę dobrej woli – przekonuje Nieznański.

W sytuacji, gdy w mieście np. podczas budowy mostów, trzeba wyciąć część lasu łęgowego, warto brać pod uwagę opinie ekologów zgłaszane na etapie konsultacji społecznych. Często są to warunki bardzo proste do spełnienia: nie prowadzić prac w sezonie lęgowym, zostawić część ściętego drewna, wywiesić budki lęgowe w zamian za zniszczone siedliska. Tylko tyle, a pozwala uniknąć konfliktu.

Odczepmy się od srok i gawronów

Jedni je lubią, inni uważają za śmieciarzy lub rozbójników. Gołębi nie lubi się, bo brudzą, gawronów, bo hałasują, srok, bo są odpowiedzialne za spadek populacji wróbli. Szczególnie dokuczliwe potrafią być gawrony. Żyją w koloniach, co potęguje hałas i sprawia, że ich odchody mogą stanowić prawdziwy problem. Ale i to jest problem do rozwiązania bez stosowania drastycznych środków.

Metodą na gawrony jest przepłaszanie – tłumaczy dr Jarosław Krogulec, dyrektor ds. ochrony w Ogólnopolskim Towarzystwie Ochrony Ptaków. – Najprostszy środek to armatki hukowe, ale nie wolno ich stosować w okresie lęgowym. Skuteczniejsze – zdaniem dr. Krogulca – są metody biosoniczne, czyli emitowanie dźwięków wydawanych przez ptaki drapieżne, naśladujących krzyk przerażonego gawrona, albo ultradźwięki. Można także przyciąć gałęzie drzew, na których żyją gawrony, tak, by utrudnić im budowanie gniazd w niepożądanym miejscu. Wszystko to jednak trzeba uzgodnić z Regionalnym Dyrektorem Ochrony Środowiska, bo gawron jest gatunkiem chronionym.

Na gołębie, których żrące odchody niszczą zabytki i pomniki, też są sposoby. Specjaliści z OTOP nie zalecają montowania kolców, na które ptaki mogą się nadziewać. Lepsze są specjalne linki, zakładane na gzymsach czy parapetach, uniemożliwiające gołębiom siadanie. Gdy chodzi o pomniki, świetnie sprawdzają się śliskie żele, po których ptaki nie lubią chodzić.

Sroki to gatunek, do którego łatwo lgną różne mity. W Anglii w XVIII i XIX w. tępiono je bez litości z powodu starego przesądu, że wydziobują oczy niemowlętom. Także w Polsce sąsiedztwo srok nie było pożądane przez bajkę o sroce złodziejce. Dziś oskarżane są o przetrzebienie populacji miejskich wróbli. Fakt, sroka to drapieżnik. Fakt, wróbli jest coraz mniej. Ale specjaliści nie są pewni, na ile oba te fakty są ze sobą powiązane.

Badania przeprowadzone w Łodzi przez dr. Tomasza Janiszewskiego wykazały, że sroki są odpowiedzialne za redukcję populacji wróbli tylko w nieznacznym stopniu – wyjaśnia Jarosław Krogulec. Jest kilka innych przyczyn. Wróble lepiej się czuły w socjalistycznej Polsce. Ówczesne budownictwo pełne dziur, szpar, szczelin dawało im świetne miejsca lęgowe. Trawy nie koszono z taką determinacją. Zdążyła zakwitnąć i wydać nasiona, dając wróblom pożywienie. Śmieci nie pakowaliśmy do szczelnych plastikowych worków. Resztki wyrzucane przez człowieka były dla wróbli ważnym źródłem pokarmu.

Nie eksmitujmy jerzyków

To, co ograniczyło dostępność miejsc lęgowych miejskim wróblom, dla jerzyków stało się prawdziwym przekleństwem. Otwory w blokowych stropodachach to ich podstawowe siedlisko. Jak Polska długa i szeroka trwa ocieplanie budynków. Jerzyki giną zamurowane żywcem albo gdy desperacko próbują dostać się do swoich dawnych miejsc gniazdowania. Te ptaki mają bardzo silną pamięć gniazda. Nie odlecą gdzie indziej. Od kilku lat, wiosną, regularnie wybucha konflikt między obrońcami ptaków, którzy usiłują zapobiec masakrze jerzyków, a spółdzielniami mieszkaniowymi i inwestorami, którzy chcą prowadzić prace i nie lubią zawracania głowy takimi duperelami jak jakieś ptaszki. Prawo stoi bezwzględnie po stronie jerzyków. Są objęte ścisłą ochroną, a według Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska, wszelkie prace ograniczające im dostęp do miejsc rozrodu traktować należy jako niszczenie miejsc lęgowych. A to zagrożone jest karą więzienia; z pozbawieniem wolności włącznie. Tyle że nikt się tym specjalnie nie przejmował.

Jest szansa, że to się zmieni. W lutym 2009 r. sprawa o niszczenie gniazd w chorzowskich blokach skończyła się wyrokiem (w tym przypadku chodziło o jaskółki, które także cierpią podczas remontów). Sąd uznał, że inwestor jest winny, ale ponieważ nie popełnił przestępstwa celowo, odstąpił od wymierzenia kary. Był to jednak wyraźny sygnał: nie wolno prowadzić remontów nie zważając na ptaki. Ten sygnał wyraźnie wzmocnił tegoroczny wyrok szczecińskiego sądu. Podczas rozbiórki hali targowej zniszczono największą kolonię jerzyków w Szczecinie. Zginęło ponad 270 ptaków. Prace prowadzono mimo zaleceń straży miejskiej i protestów ekologów, którzy alarmowali, że w gniazdach są jaja i świeżo wyklute pisklęta. Na ławie oskarżonych zasiadło sześć osób, w tym inwestor i wykonawca rozbiórki. Wszyscy zostali uznani za winnych. Kary – od pół roku do 10 miesięcy więzienia w zawieszeniu, kilkutysięczne grzywny i nawiązki na rzecz Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami.

Nie chodzi o to, by nie ocieplać bloków. Modernizacja da się pogodzić z interesami ptaków i to bez jakichś nadzwyczajnych działań czy nakładów. Wystarczy wstrzymać prace w okresie lęgowym i to wcale nie w całym budynku, ale na ścianach, gdzie są gniazda (jerzyki lubią północ i wschód). Po remoncie nie kratować otworów wentylacyjnych, ale wykończyć je tynkiem. Tam, gdzie to niemożliwe, wywiesić budki lęgowe. Tylko tyle. Ale bez tego jerzyki niedługo znikną z miejskiego nieba.

Weźmy dopłatę na derkacza

Z jednej strony pejzaż z zarośniętymi miedzami, łąkami z bogatą roślinnością, śródpolnymi laskami, oczkami wodnymi, małymi poletkami, który oznacza niewydajne rolnictwo, ale jest rajem dla polnych ptaków. Z drugiej – wielkie pastwiska i farmy, tysiące hektarów monokulturowych, sterylnych upraw, czyli intensywne rolnictwo dotowane przez Unię Europejską, które sprawiło, że w krajach Europy Zachodniej ptaki, jeszcze do niedawna uznawane za pospolite, przeszły do kategorii gatunków zagrożonych wyginięciem. Polska jest gdzieś w połowie drogi.

W latach 90. mieliśmy problem odwrotny. Nie opłacało się kosić podmokłych łąk, więc zarastały krzewami, a to powodowało, że znikały z nich ptaki, owady czy rzadkie gatunki roślin, takie jak storczyki – mówi Jarosław Krogulec. – Dla ptaków ideałem jest odpowiednio użytkowana łąka.

A szanse na to dają unijne programy rolno-środowiskowe. Oferują one dotacje dla rolników, którzy uprawiają swoją ziemię w sposób pomagający chronić bioróżnorodność. Jeden z tych programów związany jest właśnie z ochroną siedlisk ptaków łąkowych. Derkacz, czajka, rycyk, bekas kszyk, wodniczka, kulik wielki, gniazdujące na ziemi, to gatunki kwalifikujące łąkę do unijnej dopłaty. Aby ją uzyskać, rolnik musi jedynie zrezygnować z intensywnego nawożenia i dosiewania, a pokos opóźnić do 1 sierpnia, gdy młode mogą już opuścić gniazda. Dzięki tym programom udało się ocalić łąki biebrzańskie i narwiańskie. Jest szansa, że ożyją także zmienione w nieużytki łąki w Bieszczadach i Sudetach. Nie tylko bez straty, ale z korzyścią dla rolników.

Rząd brytyjski określa poziom życia mieszkańców danego terenu nie tylko na podstawie takich wskaźników jak bezrobocie, przestępczość czy dochody, ale także liczebność ptaków pospolitych, bo ich znikanie to sygnał, że ze środowiskiem dzieje się coś złego – tłumaczy Jarosław Krogulec. – W Polsce myślimy o czymś podobnym. Na zlecenie Generalnego Inspektoratu Ochrony Środowiska prowadzimy monitoring pospolitych ptaków lęgowych. To test na czystość środowiska i na skuteczność unijnej polityki rolnej.

Nie strzelajmy do kormoranów

W tym przypadku konflikt jest głośny, widowiskowy i miejscami przybiera rozmiary apokaliptyczne. Gdy w 1999 r. obejmowano ten gatunek ochroną, w Polsce było ok. 2 tys. kormoranów, dziś – 20 tys. Żyją w dużych i licznych koloniach. Ta na Mierzei Wiślanej, między Sztutowem a Kątami Rybackimi, jest największa w Europie. I to jest problem. Odchody kormoranów nie tylko płoszą turystów, ale sprawiają, że obumierają drzewa. Hałas bywa nie do wytrzymania. Rybacy zarzucają kormoranom także, że z ich winy połowy są coraz słabsze, bo konkurują o te same ryby.

Ten ostatni zarzut jest według ornitologów nie do końca słuszny, bo kormorany z Kątów Rybackich żywią się głównie jazgarzami, ciernikami i babkami byczymi, które rybaków nie interesują. Ale sąsiedztwo dużej kolonii faktycznie jest uciążliwe. Problem w tym, że radykalne rozwiązanie, takie jak strzelanie do kormoranów czy przestrzeliwanie gniazd, nie tylko nic nie da, ale będzie miało skutek odwrotny do zamierzonego. Doprowadziłoby to bowiem do powstania nowych kormoranich enklaw, w których ptaki mnożyłyby się jeszcze intensywniej.

Pomysł zabijania zwierząt jako sposób na rozwiązywanie problemów jest nie do zaakceptowania – deklaruje Piotr Nieznański. – Można zapobiegać szkodom, stosować metody odstraszania, a w skrajnych przypadkach nawet ograniczać rozród na przykład przez podkładanie atrap jaj do gniazd.

W Kątach Rybackich zastosowano jeszcze inną metodę, tzw. aborcję pisankową. Jaja opryskiwano olejem, który zatykał pory w skorupkach i doprowadzał do obumarcia zarodka. To ograniczyło zasięg kolonii. Kormorany wycofują się z miejsc, w których nie udało im się odchować młodych.

 

 

Nie tuczmy dzików

Co by było, gdyby przestać do nich strzelać? Według myśliwych – katastrofa. Spustoszone pola i uprawy, poważne zagrożenie dla rolnictwa. Naturalna równowaga w przyrodzie jest zaburzona, dlatego redukcja zwierząt przez odstrzał jest niezbędna – od lat przekonuje myśliwska propaganda. Tylko że myśliwi robią wszystko, by do tej równowagi nie dopuścić. Dokarmiając zwierzęta – co jest kolejnym argumentem, że strzelać wolno – nie pozwalają, by sama natura regulowała populację.

Dokarmianie jest wręcz szkodliwe, stanowi głęboką ingerencję w pojemność ekosystemu. Chodzi o utrzymanie większej liczby zwierzyny, niż ekosystem może pomieścić. To właściwie forma tuczu, na którą idą setki, tysiące ton paszy – tłumaczy Zenon Kruczyński, przez lata myśliwy, dziś ekolog walczący o prawa zwierząt. – U dzików powoduje to zaburzenia płodności. Lochy wcześniej dojrzewają, cykl rozrodczy trwa dłużej, wydają liczniejsze mioty. Zwierzęta mnożą się na potęgę, co daje argument, że trzeba do nich strzelać. Błędne koło.

Rolnikom nie bardzo zależy na stosowaniu rozwiązań alternatywnych, czyli grodzeniu upraw, bo za każdy zjedzony kartofel dostają odszkodowanie od kół łowieckich. Pieniądze na szkody rolnicze koła zarabiają m.in. odstawiając dziczyznę do skupu. Pytanie, czy szkody rolnicze są rzeczywiście tak duże? „Z punktu widzenia całości krajowej produkcji rolnej, żerowanie zwierzyny na płodach i plonach tej produkcji nie ma żadnego praktycznego znaczenia dla efektów gospodarki rolnej” – to nie manifest ekologów, ale artykuł Włodzimierza Jezierskiego publikowany w „Braci Łowieckiej”. Że nie o szkody i redukcję populacji tu chodzi, pokazuje przykład zajęcy. Od lat 70. ich liczba gwałtownie spada; z 3 mln do pół miliona w ciągu 30 lat. Przyczyną jest stosowana w rolnictwie chemia, choroby i rozmnożenie lisów, dzięki wykładaniu szczepionek przeciwko wściekliźnie. Można powiedzieć, że populacja zajęcy redukuje się sama, co nie skłoniło jednak myśliwych do odłożenia broni. Dopiero ostatnio przyszło opamiętanie, bo w niektórych okręgach sytuacja jest katastrofalna. Zajęcy nie ma prawie wcale, trzeba je importować z innych województw.

Nic też nie usprawiedliwia strzelania do kaczek, dzikich gęsi, słonek, bażantów. Mają naturalnych wrogów, szkód rolniczych nie powodują, dokarmiać ich nie sposób. – Nad kwestią, co by było, gdyby przestać polować, nikt nie próbował się poważnie zastanowić. Przypuszczam, że odpowiedź brzmi: nic. Przecież w parkach narodowych się nie strzela i nie dokarmia, a życie rozwija się tam fantastycznie – przekonuje Zenon Kruczyński.

Nie patrzmy wilkiem na wilka

Od kiedy wilki są pod ochroną, ich populację udało się nieco odbudować, choć nadal nie jest ona liczna. W Polsce żyje około 600 sztuk. Na obszarach, gdzie występują, podejmują znów funkcję, do której stworzyła je natura. Dokonują naturalnej selekcji zwierzyny płowej i dzików. I to jest dla myśliwych problem. Co jakiś czas pojawiają się postulaty, że należy zezwolić na odstrzał. Jak ten mechanizm działa, pokazuje sytuacja z Podkarpacia z 2002 r. Ówczesny wojewoda, nawiasem mówiąc aktywny myśliwy, wystąpił do ministra środowiska o zgodę na odstrzał do 50 wilków. Motywował to „troską o ochronę przyrody i bioróżnorodności”, oskarżając wilki o naruszenie równowagi ekologicznej, zredukowały bowiem tamtejszą populację dzików z 500 do 300 sztuk. Czyli zrobiły to, co rzekomo muszą robić myśliwi. Przy czym selekcja prowadzona przez wilki jest naprawdę naturalna, bo wybierają na ofiary zwierzęta słabsze i chore. Im na porożu nie zależy.

Realny konflikt pojawia się, gdy wilki włączają do diety zwierzęta gospodarskie. I choć skala tego konfliktu nie jest duża (ok. 300 owiec i 150 krów rocznie), łatwo uruchamia stereotyp złego wilka z bajki; wroga, którego należy wytępić. Według specjalistów odstrzał jest niezbędny tylko w wyjątkowych wypadkach: gdy zwierzę jest szczególnie agresywne albo zdecydowanie przestawiło się na dietę z gospodarskich zwierząt.

Najważniejsza jest prewencja. Lepiej unikać konfliktu, niż naprawiać szkody – przekonuje Piotr Nieznański. W ramach projektu „Duże drapieżniki w Polsce” WWF pomaga hodowcom montować elektryczne pastuchy zasilane energią słoneczną, na których dodatkowo wiesza się flary; paski tkaniny, które poruszając się na wietrze, płoszą wilki. WWF rozdaje także gospodarzom owczarki podhalańskie, które skutecznie zniechęcają wilki do polowania na owce.

Elektryczne pastuchy WWF rozdaje także pszczelarzom, których pasieki znalazły się w polu zainteresowania niedźwiedzi. Jednak w przypadku niedźwiedzi od prewencji ważniejsza jest akcja edukacyjna, która uświadamia ludziom, że niedźwiedź to nie miś przytulanka, ale groźny drapieżnik. Spotkanie z nim jest naprawdę niebezpieczne; choć, jak pokazuje przykład zabitego w Tatrach przez turystów niedźwiadka, nie zawsze dla człowieka. Częścią programu „Duże drapieżniki w Polsce” jest także rewitalizacja połemkowskich sadów w Bieszczadach, które mają stanowić dla niedźwiedzi bazę pokarmową, alternatywną dla niezabezpieczonych wysypisk śmieci.

Dajmy żyć żabom i motylom

Dramat ssaków łatwiej przemawia do człowieka. Ptaki potrafią obudzić empatię. Ale gdy stroną konfliktu stają się płazy, gady czy owady, w ludziach budzi się furia. – Stwierdzenie: żabki i motylki są ważniejsze od ludzi, to utarty slogan służący do zamknięcia dyskusji i deprecjonowania organizacji chroniących przyrodę. W naturze nie ma gatunków lepszych i gorszych, a funkcjonowanie ekosystemów jest zależne od wszystkich jej elementów, nawet tych mało widocznych – tłumaczy Piotr Nieznański.

Zdarzają się jednak także konflikty indywidualne. Tak było w przypadku motyla modraszka telejusa. Okazało się, że w Krakowie i na warszawskich Bielanach żyje na terenach przeznaczonych pod inwestycje mieszkaniowe. Modraszek telejus wpisany jest do „Czerwonej księgi motyli europejskich”, chronią go międzynarodowe konwencje, w Polsce objęty jest ścisłą ochroną. Ale po drugiej stronie szło o potężne pieniądze. Właścicielom ziemi sprawa wydawała się prosta – niech modraszek przeniesie się na jakąś sąsiednią łąkę. Ale siedliskiem modraszka mogą być wyłącznie łąki, na których rośnie krwiściąg lekarski i żyją mrówki wścieklice.

Takie konflikty zazwyczaj kończą się dla motyli źle – twierdzi dr Marcin Sielezniew, entomolog z Uniwersytetu w Białymstoku. – O rozwiązania kompromisowe w ich przypadku trudno. Przeniesienie ich na inny teren jest w zasadzie niemożliwe. Dobrze byłoby zostawić choć fragment siedliska. Rozumiem, że każdy metr ziemi to realne pieniądze, ale miasta nie mogą być betonową pustynią, potrzebują terenów zielonych. Wyjściem mógłby być system rekompensat dla właścicieli ziemi, gdzie są szczególnie cenne siedliska, ale nie ma chętnych, by je płacić.

Poza terenami miejskimi łatwiej o kompromis. Dr Sielezniew podaje przykład inwestycji drogowej w Świętokrzyskiem, którą poprowadzono tak, by nie przecinała najcenniejszych przyrodniczo terenów, gdzie żyje kilka chronionych gatunków owadów, czy stoku narciarskiego w Przemyślu, który zbudowano w sposób maksymalnie oszczędzający populację innego gatunku modraszka.

Barierą ochronną w wielu przypadkach bywa prawo unijne. Nie można jednej ręki wyciągać po dotacje, a drugą łamać przyjęte w Europie standardy. Budując autostrady i drogi szybkiego ruchu, należy tworzyć przepusty dla płazów, co do tej pory uchodziło w Polsce za fanaberię.

Wiele urzędów, które powinny zajmować się ochroną przyrody, podejmuje decyzje nie uwzględniając płazów i gadów, jakby one nie istniały – mówi Joanna Mazgajska z Towarzystwa Ochrony Herpetofauny Tryton, autorka książki „Płazy świata”. Od lat toczy batalię z lokalnymi władzami w Warszawie o parkową faunę. – Gdy słyszę słowo rewitalizacja, zapala mi się czerwona lampka. W miejsca, w których wystarczyłoby posprzątać, wjeżdża ciężki sprzęt i niszczy wszystko, co żyje.

Według Joanny Mazgajskiej modelowym przykładem jest Rzekotkowy Staw na Ursynowie. Żyło w nim 12 gatunków płazów, m.in. rzekotka drzewna. Podczas rewitalizacji wycięto stare drzewa, których dziuple rzekotki wykorzystywały, niemal całe szuwary, a staw otoczono palisadą. Jest czysto, elegancko i bardzo cicho. – Kiedyś ten staw tętnił życiem, grał, huczał. Zmodernizowany, niemal całkiem zamilkł – mówi Mazgajska.

Odróbmy lekcję Rospudy

W przypadku dróg ekologia kosztuje. Ekrany dźwiękoszczelne, kładki dla zwierząt leśnych, przepusty dla płazów mogą podnieść koszt inwestycji o ok. 10 proc. Gdy droga przechodzi przez obszar Natury 2000, nawet o 30 proc. To są miliardy złotych. Ale w przypadku mostów wersja ekologiczna jest tańsza. Obrońcy przyrody postulują, by budować mosty płaskie, bo pylonowe mogą stanowić zagrożenie dla ptaków. Przestrzeń nad korytami rzek to trasy ptaków przelotnych. Ale nawet wówczas, gdy ochrona przyrody wiąże się z kosztami, trzeba je ponosić, bo takie jest prawo, które każe chronić zwierzęta i naturę. Przyzwyczailiśmy się w Polsce, że to czysta teoria, a ustawa o ochronie przyrody ma charakter deklaratywny i nie należy się nią specjalnie przejmować. Przystąpienie do Unii zmieniło tę sytuację. W Europie prawa natury traktuje się poważnie. Jak poważnie, mogliśmy się przekonać podczas awantury o Dolinę Rospudy.

Część urzędników i władz lokalnych odrobiło tę lekcję. Gdy w Świdniku szykował się poważny konflikt o lotnisko, bo pas startowy miał przechodzić przez obszar, na którym żyje kolonia susłów, zdecydowano o przesunięciu jego lokalizacji. Władze Podlasia, które chcą z kolei budować lotnisko w Tykocinie, między Biebrzańskim a Narwiańskim Parkiem Narodowym, na razie udają, że protestu ekologów nie ma.

W Europie protest ekologów jest sygnałem, że należy usiąść i szukać kompromisu. U nas albo próbuje się go ignorować, albo jest to moment, gdy urzędnik zamyka teczkę, stwierdza, że projektu nie da się zrealizować przez protest ekologów, i chowa do szuflady. Ma wygodne wytłumaczenie, że sprawa jest nie do załatwienia – mówi Piotr Nieznański.

Program Natura 2000, wyznaczający obszary szczególnie chronione, nie wyklucza inwestycji. Nakazuje rozważyć różne warianty i wybrać najmniej szkodliwy. A jeśli to niemożliwe, w przypadku inwestycji szczególnie ważnych, zrekompensować wyrządzone szkody.

Protesty ekologów budzą zrozumiałe emocje społeczne, ludzie chcą mieć przyzwoite drogi, chcą, by kraj się modernizował, nie chcą dopłacać milionów do modraszka, o którego istnieniu nawet nie słyszeli. Państwa starej Unii lata temu realizowały swoje inwestycje, nie oglądając się na ekologię, a teraz od nas oczekują Bóg wie czego – padają argumenty. Tak, ale dziś za ciężkie miliony próbują przywracać dawny stan (m.in. importując polskie modraszki). My mamy szansę ominąć etap błędów. Chcemy, czy nie chcemy, musimy przyjąć unijne standardy.

Ekolodzy są też często podejrzewani o chęć wyłudzenia pieniędzy w zamian za odstąpienie od protestu. Faktycznie, takie sytuacje się zdarzały, ale dziś należą raczej do wyjątków. Organizacje ekologiczne się profesjonalizują, mają świetne zaplecze eksperckie. Warto z nimi rozmawiać, prosić o pomoc. Bo w kwestii godzenia ochrony przyrody z modernizacją i inwestycjami kluczem jest wiedza i edukacja, ale także rozsądna mediacja i skuteczny, zdecydowany arbitraż państwowy. Wtedy zamiast konfliktu emocji mamy konflikt racji, a ten łatwiej rozwiązać poprzez dialog i kompromis.

We wspólnej Europie nie da się już uprawiać polityki, która traktuje przyrodę jak przeszkodę na drodze postępu. Trzeba nauczyć się z nią żyć w kohabitacji, szukać kompromisów. Podzielić się przestrzenią.

Polityka 28.2010 (2764) z dnia 10.07.2010; Raport; s. 34
Oryginalny tytuł tekstu: "Darz bóbr"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Ja My Oni

Jak komunikować swoje potrzeby

Jak wyrazić swoje potrzeby, aby inni je uwzględniali.

Anna Dąbrowska, Anna Dobrowolska
06.02.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną