RAPORT: W czym przeszkadzają nam zwierzęta

Darz bóbr
Wraz z falą powodziową przypłynęła do nas ponownie dyskusja, na ile zwierzęta są wrogiem człowieka. I co z nimi robić, w zgodzie z ekosumieniem, gdy mnożą się, powodują szkody, objadają nas, blokują inwestycje – bo to są główne pola konfliktów.
Gatunki kwalifikujące łąkę do unijnej dopłaty:  m.in. derkacz
Forum

Gatunki kwalifikujące łąkę do unijnej dopłaty: m.in. derkacz

... i bekas kszyk
EAST NEWS

... i bekas kszyk

Od kiedy wilki są pod ochroną, ich populację udało się nieco odbudować, choć nadal nie jest ona liczna.
FurLined/Flickr CC by SA

Od kiedy wilki są pod ochroną, ich populację udało się nieco odbudować, choć nadal nie jest ona liczna.

Modraszek Telejus skonfliktował obrońców przyrody z deweloperami.
Ernst Vikne/Flickr CC by SA

Modraszek Telejus skonfliktował obrońców przyrody z deweloperami.

W czasie powodzi padło na bobry. Oskarżono je o niszczenie wałów przeciwpowodziowych i zaplanowano odstrzał. Według przyrodników, oskarżenia są absurdalne, bo bobry kopią nory pod wodą, a wały oddalone są od normalnego nurtu rzeki. Strzelanie do nich w czasie powodzi w niczym by nie pomogło. Nawet gdyby miały coś wspólnego ze szkodami, bardziej sensowne byłoby zabezpieczanie wałów, np. za pomocą metalowych siatek. Ale bobry od pewnego czasu mają czarny piar. Rolnicy też mają im za złe. Twierdzą, że podkopują groble, niszczą stawy rybne, powodują zalewanie upraw. Pojawiają się projekty, by na 10 lat zrezygnować z ochrony gatunku.

Nie grozi nam inwazja bobrów – przekonuje Paweł Średziński z organizacji WWF Polska. – Gdy populacja się zagęszcza, natura sama włącza mechanizmy regulacyjne. Po prostu rodzi się mniej młodych. A rozmiar szkód powodowanych przez bobry jest wyolbrzymiany – tłumaczy Śledziński. Z badań prowadzonych przez Instytut Nauk o Środowisku UJ wynika, że jedynie 3 proc. bobrzych stanowisk powoduje szkody. A ich pozytywny wpływ na środowisko jest nie do przecenienia. Dzięki bobrom rośnie poziom wód gruntowych. Naprawiają to, co sknocił człowiek, odtwarzają tereny podmokłe. Chroni to tysiące hektarów lasów od pożarów.

Gdzie szkody rzeczywiście są znaczne, zamiast odstrzału czy niszczenia bobrowych tam, można stosować ich udrażnianie. Ten sposób stosują choćby na Podlasiu. W tamach tworzy się przepusty tak, by woda przepływała w sposób kontrolowany.

Nie dziwmy się dziwoniom

Bobry nie zamykają listy zwierząt oskarżanych o spowodowanie powodzi. Winne mają być też słowiki, strumieniówki i dziwonie, czyli ptaki żyjące w lasach łęgowych, rosnących wzdłuż rzek. To obszary chronione Naturą 2000. Pojawiły się koncepcje, że gdyby je wyciąć, woda po gładkim terenie spływałaby szybciej.

Nowoczesna ochrona przeciwpowodziowa polega na przywracaniu naturalnej retencji, a nie przyspieszaniu przepływu wód – mówi Piotr Nieznański, kierownik działu ochrony przyrody WWF Polska. – Lasy łęgowe są obecnie odtwarzane w dolinach rzek właśnie w ramach programów ochrony przed powodzią.

Nad Renem robi się to od ponad 20 lat. W całej Europie realizuje się takie projekty. Wzdłuż Łaby są one mocno zaawansowane. Dzięki wsparciu z Niemiec taki projekt po raz pierwszy będzie wdrażany także w Polsce. WWF we współpracy z władzami lokalnymi chce przesunąć 7 km wałów nad Odrą niedaleko Wrocławia, tam, gdzie tworzą one wąskie gardło. Z jednej strony zwiększy to bezpieczeństwo, z drugiej pozwoli na przywrócenie lasów łęgowych na tym obszarze.

Ekologia i bezpieczeństwo dają się świetnie pogodzić. Trzeba tylko trochę dobrej woli – przekonuje Nieznański.

W sytuacji, gdy w mieście np. podczas budowy mostów, trzeba wyciąć część lasu łęgowego, warto brać pod uwagę opinie ekologów zgłaszane na etapie konsultacji społecznych. Często są to warunki bardzo proste do spełnienia: nie prowadzić prac w sezonie lęgowym, zostawić część ściętego drewna, wywiesić budki lęgowe w zamian za zniszczone siedliska. Tylko tyle, a pozwala uniknąć konfliktu.

Odczepmy się od srok i gawronów

Jedni je lubią, inni uważają za śmieciarzy lub rozbójników. Gołębi nie lubi się, bo brudzą, gawronów, bo hałasują, srok, bo są odpowiedzialne za spadek populacji wróbli. Szczególnie dokuczliwe potrafią być gawrony. Żyją w koloniach, co potęguje hałas i sprawia, że ich odchody mogą stanowić prawdziwy problem. Ale i to jest problem do rozwiązania bez stosowania drastycznych środków.

Metodą na gawrony jest przepłaszanie – tłumaczy dr Jarosław Krogulec, dyrektor ds. ochrony w Ogólnopolskim Towarzystwie Ochrony Ptaków. – Najprostszy środek to armatki hukowe, ale nie wolno ich stosować w okresie lęgowym. Skuteczniejsze – zdaniem dr. Krogulca – są metody biosoniczne, czyli emitowanie dźwięków wydawanych przez ptaki drapieżne, naśladujących krzyk przerażonego gawrona, albo ultradźwięki. Można także przyciąć gałęzie drzew, na których żyją gawrony, tak, by utrudnić im budowanie gniazd w niepożądanym miejscu. Wszystko to jednak trzeba uzgodnić z Regionalnym Dyrektorem Ochrony Środowiska, bo gawron jest gatunkiem chronionym.

Na gołębie, których żrące odchody niszczą zabytki i pomniki, też są sposoby. Specjaliści z OTOP nie zalecają montowania kolców, na które ptaki mogą się nadziewać. Lepsze są specjalne linki, zakładane na gzymsach czy parapetach, uniemożliwiające gołębiom siadanie. Gdy chodzi o pomniki, świetnie sprawdzają się śliskie żele, po których ptaki nie lubią chodzić.

Sroki to gatunek, do którego łatwo lgną różne mity. W Anglii w XVIII i XIX w. tępiono je bez litości z powodu starego przesądu, że wydziobują oczy niemowlętom. Także w Polsce sąsiedztwo srok nie było pożądane przez bajkę o sroce złodziejce. Dziś oskarżane są o przetrzebienie populacji miejskich wróbli. Fakt, sroka to drapieżnik. Fakt, wróbli jest coraz mniej. Ale specjaliści nie są pewni, na ile oba te fakty są ze sobą powiązane.

Badania przeprowadzone w Łodzi przez dr. Tomasza Janiszewskiego wykazały, że sroki są odpowiedzialne za redukcję populacji wróbli tylko w nieznacznym stopniu – wyjaśnia Jarosław Krogulec. Jest kilka innych przyczyn. Wróble lepiej się czuły w socjalistycznej Polsce. Ówczesne budownictwo pełne dziur, szpar, szczelin dawało im świetne miejsca lęgowe. Trawy nie koszono z taką determinacją. Zdążyła zakwitnąć i wydać nasiona, dając wróblom pożywienie. Śmieci nie pakowaliśmy do szczelnych plastikowych worków. Resztki wyrzucane przez człowieka były dla wróbli ważnym źródłem pokarmu.

Nie eksmitujmy jerzyków

To, co ograniczyło dostępność miejsc lęgowych miejskim wróblom, dla jerzyków stało się prawdziwym przekleństwem. Otwory w blokowych stropodachach to ich podstawowe siedlisko. Jak Polska długa i szeroka trwa ocieplanie budynków. Jerzyki giną zamurowane żywcem albo gdy desperacko próbują dostać się do swoich dawnych miejsc gniazdowania. Te ptaki mają bardzo silną pamięć gniazda. Nie odlecą gdzie indziej. Od kilku lat, wiosną, regularnie wybucha konflikt między obrońcami ptaków, którzy usiłują zapobiec masakrze jerzyków, a spółdzielniami mieszkaniowymi i inwestorami, którzy chcą prowadzić prace i nie lubią zawracania głowy takimi duperelami jak jakieś ptaszki. Prawo stoi bezwzględnie po stronie jerzyków. Są objęte ścisłą ochroną, a według Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska, wszelkie prace ograniczające im dostęp do miejsc rozrodu traktować należy jako niszczenie miejsc lęgowych. A to zagrożone jest karą więzienia; z pozbawieniem wolności włącznie. Tyle że nikt się tym specjalnie nie przejmował.

Jest szansa, że to się zmieni. W lutym 2009 r. sprawa o niszczenie gniazd w chorzowskich blokach skończyła się wyrokiem (w tym przypadku chodziło o jaskółki, które także cierpią podczas remontów). Sąd uznał, że inwestor jest winny, ale ponieważ nie popełnił przestępstwa celowo, odstąpił od wymierzenia kary. Był to jednak wyraźny sygnał: nie wolno prowadzić remontów nie zważając na ptaki. Ten sygnał wyraźnie wzmocnił tegoroczny wyrok szczecińskiego sądu. Podczas rozbiórki hali targowej zniszczono największą kolonię jerzyków w Szczecinie. Zginęło ponad 270 ptaków. Prace prowadzono mimo zaleceń straży miejskiej i protestów ekologów, którzy alarmowali, że w gniazdach są jaja i świeżo wyklute pisklęta. Na ławie oskarżonych zasiadło sześć osób, w tym inwestor i wykonawca rozbiórki. Wszyscy zostali uznani za winnych. Kary – od pół roku do 10 miesięcy więzienia w zawieszeniu, kilkutysięczne grzywny i nawiązki na rzecz Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami.

Nie chodzi o to, by nie ocieplać bloków. Modernizacja da się pogodzić z interesami ptaków i to bez jakichś nadzwyczajnych działań czy nakładów. Wystarczy wstrzymać prace w okresie lęgowym i to wcale nie w całym budynku, ale na ścianach, gdzie są gniazda (jerzyki lubią północ i wschód). Po remoncie nie kratować otworów wentylacyjnych, ale wykończyć je tynkiem. Tam, gdzie to niemożliwe, wywiesić budki lęgowe. Tylko tyle. Ale bez tego jerzyki niedługo znikną z miejskiego nieba.

Weźmy dopłatę na derkacza

Z jednej strony pejzaż z zarośniętymi miedzami, łąkami z bogatą roślinnością, śródpolnymi laskami, oczkami wodnymi, małymi poletkami, który oznacza niewydajne rolnictwo, ale jest rajem dla polnych ptaków. Z drugiej – wielkie pastwiska i farmy, tysiące hektarów monokulturowych, sterylnych upraw, czyli intensywne rolnictwo dotowane przez Unię Europejską, które sprawiło, że w krajach Europy Zachodniej ptaki, jeszcze do niedawna uznawane za pospolite, przeszły do kategorii gatunków zagrożonych wyginięciem. Polska jest gdzieś w połowie drogi.

W latach 90. mieliśmy problem odwrotny. Nie opłacało się kosić podmokłych łąk, więc zarastały krzewami, a to powodowało, że znikały z nich ptaki, owady czy rzadkie gatunki roślin, takie jak storczyki – mówi Jarosław Krogulec. – Dla ptaków ideałem jest odpowiednio użytkowana łąka.

A szanse na to dają unijne programy rolno-środowiskowe. Oferują one dotacje dla rolników, którzy uprawiają swoją ziemię w sposób pomagający chronić bioróżnorodność. Jeden z tych programów związany jest właśnie z ochroną siedlisk ptaków łąkowych. Derkacz, czajka, rycyk, bekas kszyk, wodniczka, kulik wielki, gniazdujące na ziemi, to gatunki kwalifikujące łąkę do unijnej dopłaty. Aby ją uzyskać, rolnik musi jedynie zrezygnować z intensywnego nawożenia i dosiewania, a pokos opóźnić do 1 sierpnia, gdy młode mogą już opuścić gniazda. Dzięki tym programom udało się ocalić łąki biebrzańskie i narwiańskie. Jest szansa, że ożyją także zmienione w nieużytki łąki w Bieszczadach i Sudetach. Nie tylko bez straty, ale z korzyścią dla rolników.

Rząd brytyjski określa poziom życia mieszkańców danego terenu nie tylko na podstawie takich wskaźników jak bezrobocie, przestępczość czy dochody, ale także liczebność ptaków pospolitych, bo ich znikanie to sygnał, że ze środowiskiem dzieje się coś złego – tłumaczy Jarosław Krogulec. – W Polsce myślimy o czymś podobnym. Na zlecenie Generalnego Inspektoratu Ochrony Środowiska prowadzimy monitoring pospolitych ptaków lęgowych. To test na czystość środowiska i na skuteczność unijnej polityki rolnej.

Nie strzelajmy do kormoranów

W tym przypadku konflikt jest głośny, widowiskowy i miejscami przybiera rozmiary apokaliptyczne. Gdy w 1999 r. obejmowano ten gatunek ochroną, w Polsce było ok. 2 tys. kormoranów, dziś – 20 tys. Żyją w dużych i licznych koloniach. Ta na Mierzei Wiślanej, między Sztutowem a Kątami Rybackimi, jest największa w Europie. I to jest problem. Odchody kormoranów nie tylko płoszą turystów, ale sprawiają, że obumierają drzewa. Hałas bywa nie do wytrzymania. Rybacy zarzucają kormoranom także, że z ich winy połowy są coraz słabsze, bo konkurują o te same ryby.

Ten ostatni zarzut jest według ornitologów nie do końca słuszny, bo kormorany z Kątów Rybackich żywią się głównie jazgarzami, ciernikami i babkami byczymi, które rybaków nie interesują. Ale sąsiedztwo dużej kolonii faktycznie jest uciążliwe. Problem w tym, że radykalne rozwiązanie, takie jak strzelanie do kormoranów czy przestrzeliwanie gniazd, nie tylko nic nie da, ale będzie miało skutek odwrotny do zamierzonego. Doprowadziłoby to bowiem do powstania nowych kormoranich enklaw, w których ptaki mnożyłyby się jeszcze intensywniej.

Pomysł zabijania zwierząt jako sposób na rozwiązywanie problemów jest nie do zaakceptowania – deklaruje Piotr Nieznański. – Można zapobiegać szkodom, stosować metody odstraszania, a w skrajnych przypadkach nawet ograniczać rozród na przykład przez podkładanie atrap jaj do gniazd.

W Kątach Rybackich zastosowano jeszcze inną metodę, tzw. aborcję pisankową. Jaja opryskiwano olejem, który zatykał pory w skorupkach i doprowadzał do obumarcia zarodka. To ograniczyło zasięg kolonii. Kormorany wycofują się z miejsc, w których nie udało im się odchować młodych.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną