Francuzi z Suliszowa

Bule reemigranta
Jan Łusiak po przerwie wraca do gry.
Stanisław Ciok/Polityka

Jan Łusiak po przerwie wraca do gry.

 

Lucie, która się stroiła

Po wojnie w emigracyjnym „Wiarusie polskim” pisano, że na Ziemiach Odzyskanych czekają domy i praca. Specjalnie opłacani przez państwo polskie agitatorzy namawiali Polaków do wyjazdu – chodzili po domach, rozdawali broszury, organizowali wiece, obiecywali awans społeczny i pieniądze. – Aby być bardziej przekonującymi, wsiadali do pociągów z całym dobytkiem, po czym wysiadali na granicy francusko-niemieckiej i wracali – mówi historyk Piotr Retecki, autor monografii „Górnictwo w Wałbrzychu w latach 1945–48”. Wielu dało się na to nabrać, ale nie wszyscy. Łucja Sas (l. 78) opowiada, że jej teściowa po przybyciu do Jedliny napisała do Francji list. Między wierszami ostrzegała, że kraj zniszczony, że wcale nie jest tak różowo, jak mówi propaganda. List ponoć sprawił, że z L’Abbaye de Cendras koło Alčs nikt już nie wyjechał. Według statystyk, do Polski wróciło ok. 96 tys. Polaków, znaczna większość, czyli ok. 400 tys., została we Francji, nie wierząc w wizję idealnego świata roztaczaną przez agitatorów.

Łucja, urodzona w Saint-Etienne, była zdolna i lubiła się uczyć. Dawała nawet korepetycje córce francuskiego inżyniera. – Nie mogłam się szkolić na sekretarkę, choć o tym marzyłam, bo tato nie chciał się naturalizować i koniecznie chciał wracać – opowiada. Wręczono im paszporty repatriacyjne i bilety w jedną stronę, po czym wsadzono do wyściełanych słomą bydlęcych wagonów. Wieźli ze sobą cały dorobek – dwie maszyny do szycia, lisie futra, a brat, oczywiście, swoje bule. Łucja pamięta, że przed wyjazdem mama zamówiła u modystki nowe kapelusze. Wybierając się po raz pierwszy do kościoła w Jedlinie, mama włożyła taki welurowy, marszczony, z dwoma ptaszkami na rondzie, Łucja skromniejszy, z niebieską kokardą w kratkę. – Gdy weszłyśmy do kościoła, wszystkie kobiety miały chustki na głowach. Patrzyły się na nas jak na przebierańców. Mama powiedziała, że za tydzień też włożymy chustki, ale ja nie chciałam o tym słyszeć.

Francuzki wyglądały inaczej. Wyśmiewano ich koronkową bieliznę i paryskie fryzury (modne w połowie lat 40. i z uporem noszone jeszcze 20 lat później). Ale im ten francuski szyk pozwalał zachować wspomnienie utraconego świata. Podczas gdy we Francji kobiety robiły wszystko, by zachować polskość, po powrocie podkreślały swoją francuskość – na stołach pojawiły się zupy kremy, ratatouille, flansalade au vinaigrette, w ogródkach rosły cukinie i cykorie, ich domy lśniły czystością. Mężczyźni zaś grali w bule.

Jean, który uciekał

Wielu repatriantów z Francji, którzy pracowali w kopalniach, chorowało na płuca. Niektórzy zamieszkali w Jedlinie ze względu na świeże górskie powietrze, tylko ono trzymało ich przy życiu. Tato Jana Łusiaka (l. 78) nie zdążył tego powietrza zasmakować, bo zmarł na krzemicę jeszcze we Francji, koło Nîmes. – Zaraz po powrocie próbowałem ucieczki. Miał mnie przewieźć na statku kuzyn, który był tam drugim oficerem, niestety, złapano mnie i odwieziono do domu.

Nie był jedynym, ucieczki próbowało wielu. Gdyby Jan nie miał 15 lat, nie potraktowano by go tak ulgowo. Pełnoletnich za próbę ucieczki z kraju stawiano przed sądem i osadzano w więzieniach.

To, że Polska jest kompletnie innym światem, uzmysłowił Janowi jeszcze dobitniej pobyt w wojsku pod Ostrołęką. Co miał zrobić? – wrócił do Jedliny, gdzie cała Dworcowa, Barbary, Konopnickiej zasiedlone były przez takich jak on. Cały Suliszów zwali Małą Francją. Jan zaczął pracować i ożenił się z repatriantką z Belgii. W domu rozmawiali ze sobą po francusku, ale dzieci go nie uczyli. Nie chcieli, by w szkole się z nich śmiano, zresztą po co, skoro powrót był niemożliwy. Francuski stał się rodzajem tajnego języka jednego pokolenia. Po śmierci żony Jan często chodzi z pieskiem na spacery, na boisko, popatrzeć na kolegów, jak grają w bule. Sam gra rzadko, odkąd mu z powodu cukrzycy obcięli palec u nogi.

Les garçons, którzy grają

Francuzi z Jedliny nie rozmawiają ze sobą po francusku tak często jak kiedyś. Za dużo jest wokół nich osób, które ich nie rozumieją. Także gotowanie francuskich potraw to dziś żaden cymes. Zostały bule, chociaż i o nich zapomnieli na 30 lat. Zaraz po przyjeździe z Francji grywali w nie z zapałem, z czasem stalowe kule się poobijały i wytarły, świnki poginęły, chłopcy stali się mężczyznami i poszli do pracy. O grze z dzieciństwa przypomnieli sobie po 30 latach, na emeryturach, gdy w latach 80. przyszła odwilż i zaczęli wyjeżdżać do rodzin we Francji. Przywieźli nowe bule, założyli klub pétanque.

Najpierw grali w nim sami Francuzi, potem bakcyla połknęli też inni, m.in. burmistrz miasta Leszek Orpel, jego syn Kamil i córka Natalia. Jedlina stała się jednym z prężniej działających ośrodków pétanque w Polsce. Zespoły jedlińskich bularzy wygrywały w ogólnopolskich zawodach, a odkąd z pieniędzy unijnych burmistrz zbudował przy torach elegancki bulodrom, miasto zaczęło organizować międzynarodowe turnieje. I nawet jeśli puchary częściej zdobywają zawodnicy młodego pokolenia, tej wiosny wszystkich zaskoczyli seniorzy – Edmund Łukaszewski (l. 79), Emil Szafrański (l. 82) i Gabriel Kazimierczak (l. 70). Na turnieju we Wrocławiu triplet jedlińskich Francuzów pokonał w finalnym meczu trójkę z Żywca i wygrał Puchar Polski.

W mistrzowskim zespole, gdzie średnia wieku wynosi 77 lat, każdy z graczy ma specjalizację; podczas gdy pointujący – Emil i Gabriel – ustawiają kule jak najbliżej świnki, strzelec – Edmund – wybija dobrze ustawione kule przeciwnika. We Wrocławiu na korzyść jedlińskich staruszków zadziałał też spokój. – Na zawodach liczy się nie tylko technika, ale i psychika – podkreśla Gabriel. „Dziadki z Jedliny są the Best” napisał ktoś po ich wygranej na stronie wrocławskiego klubu, młodszy od nich o pół wieku bularz z Liskowa dodał, że „gra z nimi to zaszczyt”.

Co prawda tydzień po wygranej na turnieju na rodzimym bulodromie seniorzy z Jedliny odpadli, ale jak na sportowców przystało już trenują do kolejnego występu. Może znowu wygrają i pojadą na zawody seniorów gdzieś za granicę, może do Francji. – Tam pewnie, jak co roku, wygrają miejscowi, z nimi w bule nikt nie ma szans – macha ręką Edmund i wraca na boisko.

Ala, która ma dwie ojczyzny

Dziś jedlińscy Francuzi mogą już wyjeżdżać do Francji, ale Maria czekała na tę podróż 43 lata, a Leon – Firminy, miasto swego dzieciństwa, odwiedził dopiero po 63 latach. Nigdy nie zobaczył ponownie Francji mąż Łucji Sas, tato Alicji. – Francuzi mówią, że tam, gdzie się urodziłeś, jest twoja ojczyzna, Polacy, że ojczyzną jest kraj, z którego pochodzą twoi rodzice. Moi rodzice mieli dwie ojczyzny, ta druga była daleko, a ja całe życie marzyłam o jej poznaniu – mówi. Kiedy tylko to było możliwe, Alicja wyjeżdżała do tych, którzy przeczytali list jej babci i zostali we Francji. I choć jest lokalną patriotką – pisze książkę o historii Jedliny Zdroju, pomaga przy odnawianiu kościoła i nie zna już francuskiego, w L’Abbaye de Cendras czuje, że też jest trochę u siebie.

Szczególnie w miejscach znanych jej z opowiadań ojca – na ulicy, gdzie spędził dzieciństwo, czy w pałacowym ogrodzie, z którego podkradał z kolegami figi.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną