Społeczeństwo

Troski niech zdechną z głodu

Jak przeżyć życie, by niczego nie żałować

Wanda Błeńska: To praca daje nam poczucie spełnienia. Tylko trzeba ją pokochać. I umieć przyjąć to, co los i Bóg nam narzuca w naszym życiu. Wanda Błeńska: To praca daje nam poczucie spełnienia. Tylko trzeba ją pokochać. I umieć przyjąć to, co los i Bóg nam narzuca w naszym życiu. Mariusz Forecki / Tam Tam
Rozmowa z Wandą Błeńską, lekarką trędowatych, o tym, jak dobrze przeżyć sto lat.
Dwa dni przed setnymi urodzinami, Wanda Błeńska otrzymała od prezydenta Krzyż Wielki Orderu Odrodzenia Polski.Marek Lapis/Forum Dwa dni przed setnymi urodzinami, Wanda Błeńska otrzymała od prezydenta Krzyż Wielki Orderu Odrodzenia Polski.
Wanda Błeńska całe swe życie poświęciła pomocy trędowatym.moyerphotos/Flickr CC by 2.0 Wanda Błeńska całe swe życie poświęciła pomocy trędowatym.

Agnieszka Sowa: – Czy zmieniłaby pani coś w swoim stuletnim już życiu, gdyby to było możliwe?
Wanda Błeńska: – O tym nigdy nie myślałam. Brałam życie tak, jak przychodziło. Chyba niczego bym nie zmieniała. Miałam dużo radosnych chwil, a te przykre starałam się zapominać jak najszybciej. Jak mówił Zagłoba: nie żywmy trosk, same pozdychają z głodu.

Jak żyć, żeby móc powiedzieć: miałam dobre życie?
Ważne jest zrozumieć, do czego jest się stworzonym. To praca daje nam poczucie spełnienia. Tylko trzeba ją pokochać. I umieć przyjąć to, co los i Bóg nam narzuca w naszym życiu. Jeżeli nie z radością, to z jakimś przyzwoleniem. Wtedy jest łatwiej, niż gdyby człowiek stawał okoniem. Nigdy nie walczyłam z okolicznościami, tylko próbowałam się w nich odnaleźć.

Ale walczyła pani – o życie trędowatych w Afryce.
W Ugandzie, w Bulubie, spędziłam 43 lata.

Kiedy pani zaczynała, nie było jeszcze lekarstwa na trąd. Ludzie często umierali?
Na trąd się nie umiera. Trąd okalecza. Umiera się na skutek powikłań, najczęściej wtórnych zakażeń. Próbowaliśmy leczyć trąd tak, jak leczyło się gruźlicę. Antybiotyki zaczęliśmy stosować w latach 80. i to był przełom.

Zawsze badała pani pacjentów gołymi rękami. Nie bała się pani zarażenia?
Nie. Zachowywałam normalne środki higieny, po badaniu pacjenta zawsze myłam ręce. Ale nie umiem poczuć chorego w rękawiczkach, a to ważne przy trądzie, chorobie, która niszczy nerwy. Trzeba zobaczyć, czy są powiększone, bardzo ważne jest też, jak pacjent reaguje na dotyk. No i przede wszystkim nie chciałam, żeby chorzy myśleli, że się ich brzydzę, boję. A jak się ma poczucie, że się robi to, co należy, to człowiek nie ma lęku albo ma go mniej. Zresztą lekarz ma taki zawodowy nawyk, że koncentruje się na pacjencie, na tym, co jest do zrobienia. Wtedy mniej się myśli o innych rzeczach.

W Afryce warunki życia musiały być prymitywne.
Były prymitywne, ale u nas na wsiach przecież było podobnie. W Afryce też miałam wygódkę w ogródku. Za to nie marzłam tam. Raz zdarzyło mi się spotkać w ubikacji kobrę. Pamiętam też lamparta, który przez kilka dni siedział na drzewie, na wprost mojego domu. Wiedziałam, że nie czyha na mnie, tylko na moje zwierzaki, miałam zawsze psy i koty, jakieś ptaszki. Musiałam zamknąć ten mój zwierzyniec, aż w końcu lampart się znudził i sobie poszedł.

Jak wyglądał afrykański szpital w latach 50.?
Sala operacyjna to była ciemna komórka; jedną z pierwszych moich modernizacji była szyba w dachu. Musiałam przecież coś widzieć przy operacjach. Długo nie było stołu operacyjnego i zabiegi przeprowadzałam na łóżku polowym. Pomału udało nam się rozbudować i szpital, i centrum szkoleniowe dla lekarzy i opiekunów trędowatych. Kilka lat temu pojechałam ze znajomymi i rodziną do Afryki i odwiedzałyśmy wszystkie polskie stacje misyjne. Taką przejażdżkę po Afryce sobie zrobiłyśmy. Jak przyjechałam do Buluby, to przed drzwiami szpitala stało sześciu uśmiechniętych lekarzy.

A pani przez wiele lat była tam sama?
Tak, i miałam dwa szpitale pod opieką, w Bulubie i w Nyendze.

W Bulubie był obóz dla trędowatych?
Tak, ale obóz to brzmi jak niewola. Oni nie byli zamknięci, mogli wychodzić. Lecz wiedzieli, że jak wrócą do swojej rodziny, do swojej wioski, to wszyscy będą się ich bać. Nawet teraz, gdy już wiadomo, że trąd można wyleczyć, strach jest silniejszy niż rozum. Więc dla nich w pewnym sensie było lepiej, że żyli wśród swoich. Nie mieli na co dzień świadomości, że budzą u innych lęk i odrazę.

Tęskni pani za Ugandą?
Pokochałam Afrykę – kontynent i ludzi. Byłam szczęśliwa, gdy mogłam tam wrócić choć na chwilę. Lecz i tu, i tam jest dobrze. Jak człowiek wrośnie w jakieś miejsce, to wszędzie się odnajdzie. Najważniejsi są ludzie, a ja zawsze miałam szczęście do ludzi.

Dlaczego wyjechała pani do Afryki?
Zawsze chciałam, odkąd pamiętam. Mówiłam: będę lekarką na misjach. I to rosło razem ze mną. Więc musiałam skończyć medycynę. Potem w Anglii zrobiłam roczny kurs medycyny tropikalnej. I tam poznałam księdza, który dał mi namiary na biskupa w Ugandzie.

Podobno chciała pani nawet na niby wstąpić do zakonu, żeby tylko wyjechać.
Zakonnicą być nie chciałam, nie miałam powołania. Ale żeby zamieszkać z nimi i tam się jakoś gdzieś zaczepić – taki pomysł miałam. Bo wtedy w Afryce były tylko misje sióstr i zakonników. Nie było stowarzyszeń charytatywnych, fundacji, jak teraz. Siostry zresztą bardzo mi pomagały. Prowadziły laboratorium. Jedna jeździła ze mną po wsiach badać chorych, którzy nie mogli do nas dotrzeć. Kiedyś zemdlała, gdy pobierałam wycinek, i trochę krwi się polało.

Jak udało się pani wyjechać z PRL?
Dowiedziałam się, że mój brat jest bardzo chory. Był sam w Niemczech, w szpitalu, musiałam do niego pojechać. Znalazłam polski statek w porcie w Gdyni – poprosiłam marynarza o przewiezienie dokumentów, a sama schowałam się w komórce na węgiel. Widział to, ale nic nie powiedział. Już po kontrolach, na morzu, wyszłam. Umówiłam się, że wrócę z nimi, mieli płynąć do Polski za trzy tygodnie. Ale z bratem było naprawdę źle i nie zdążyłam na ten statek.

Brat wyzdrowiał?
Tak. Działał później w stowarzyszeniu, które wysyłało paczki do Polski. Umarł, gdy już byłam w Afryce.

Była pani bardzo związana z bratem?
Bardzo. Świetnie się rozumieliśmy. On studiował prawo, ja medycynę. Całe dzieciństwo spędzaliśmy razem. Był dwa lata starszy ode mnie. Mama zmarła, gdy ja miałam dwa lata, Romek cztery. Nawet nie wiem, gdzie on jest pochowany. Pojechałam kiedyś do Niemiec i położyłam kwiaty dla niego na pierwszym cmentarzu, na jaki trafiłam, i pierwszym z brzegu grobie. Gdziekolwiek jesteś, widzisz, że to dla Ciebie, tak mu powiedziałam…

A ojciec zmarł, gdy już byliśmy dorośli. Na tyfus. Ja go zaraziłam, a sama złapałam w pracy, w zakładzie higieny.

Pani też zachorowała?
Bardzo lekko. Opiekowałam się tatą, ale przegraliśmy walkę. Dlatego potem, gdy zachorował brat w Niemczech, tym bardziej musiałam jechać.

Wcześniej raz już go pani uratowała.
W czasie wojny Roman był w oflagu w Gdańsku. Już wtedy chorował na wrzody żołądka, konieczna była operacja. I dowiedziałam się, że jest umierający. Miał dużą anemię. Pojechałam, żeby oddać mu krew, mieliśmy tę samą grupę. Pomogło. Mimo że podczas transfuzji strasznie mi spadło ciśnienie, nie wiem dlaczego, może ze wzruszenia, i dali radę wziąć tylko 100 mililitrów. To niedużo. Ale czasem nawet taka mała dawka może mieć znaczenie terapeutyczne, pobudza organizm chorego. I tak, na szczęście, było z moim bratem.

 

 

Jak udało się pani w czasie okupacji dotrzeć do obozu jenieckiego?
O to samo zapytał mnie komendant. Odpowiedziałam, że nie wiem, po prostu przyjechałam. Razem z koleżanką, której mąż był polskim oficerem jak Roman, w tym samym obozie jenieckim. Najpierw nas aresztowali, ale potem powiedzieli, że uznają to za pomyłkę. I nic nam nie zrobili. W każdym człowieku jest coś dobrego, tak mi się wydaje. Przecież to też byli ludzie.

Ale okupanci, z którymi walczyła pani w szeregach Armii Krajowej.
Ja nie byłam żołnierzem. Moja praca w AK ograniczała się tylko do leczenia chorych i rannych. Ktoś przychodził po mnie i szłam. Nie znałam tego, który po mnie przychodził, nie wiedziałam, dokąd idziemy i do kogo. Ale zawsze ufałam ludziom i na ogół na tym dobrze wychodziłam.

Ryzykowała pani życiem.
Nie myślałam o tym. Byłam lekarzem i robiłam to, co do mnie należało. Myślałam: jaka choroba, rana, jak pomóc. I tyle.

Nie bała się pani Niemców, więzienia, trądu, dzikich zwierząt, śmierci. Skąd w pani tyle męstwa?
Zawsze głęboko wierzyłam w opatrzność Bożą. I to chyba bardzo pomaga.

Są ludzie wierzący, którzy się boją i nigdy nie zdobyliby się na to co pani.
Ja też się nieraz boję. Ale jak trzeba coś zrobić, no to nie ma wyjścia przecież. Trzeba robić swoje. Pamiętam, jak bardzo się bałam kiedyś, wracając sama w nocy przez las z jakiejś wioski pod Toruniem. Ktoś z AK mnie zaprowadził do chorego, ale wrócić musiałam sama. Wtedy się trzęsłam ze strachu. Nawet nie dlatego, że mnie Niemcy złapią, tylko że coś się w tym ciemnym lesie czai na mnie. A Niemcy aresztowali mnie dopiero pod koniec wojny. Ale znów miałam szczęście. Najpierw komendanta więzienia nie było i nikt się mną nie zajmował, nikt mnie nie bił. Potem komendant wrócił, od razu popił sobie i zasnął na słońcu. Tak się przypiekł, że musiałam go leczyć. No to już nie mógł mnie źle traktować. Nie mogło być dla mnie lepszych okoliczności. Zwłaszcza że to już było pod koniec wojny.

A jak to się stało, że panią aresztowali?
Złapali łączniczkę pod Stargardem. Miała przy sobie jakieś dokumenty i z nich się dowiedzieli, że byłam kierowniczką żeńskiego oddziału Gryfa Pomorskiego AK w Toruniu. Wzięli mnie z pracy, z Zakładu Higieny. Pamiętam tylko, że mieliśmy już wtedy kierownika Niemca, ale był dobry dla Polaków i próbował mnie wybronić. Nie udało mu się. Miałam w pracy przygotowany pakuneczek z najpotrzebniejszymi rzeczami. Na wszelki wypadek. I oczywiście zapomniałam go ze sobą zabrać.

Najpierw wojna, potem Afryka. Nie wyszła pani nigdy za mąż. Nie było czasu?
Nigdy nie spotkałam mężczyzny, w którym bym się zakochała. A obiecałam sobie kiedyś, że bez uczucia, z rozsądku, nie wyjdę za mąż.

Ma pani dziesiątki odznaczeń, tytułów, doktorat honoris causa, order papieski, krzyże walecznych i zasługi. Które jest dla pani najcenniejsze?
Order uśmiechu. Bo jest od dzieci.

Własnych pani nie ma. Nie było pani trochę żal macierzyństwa?
Ja tyle dzieci miałam pod opieką! Chorych, bez rodziców. Wszystkie potrzebowały matczynej opieki. I dorosłych też tylu, a chorzy mężczyźni są jak dzieci. Byłam jedyną, która się nimi zajmowała.

Nigdy nie czuła się pani samotna?
Nie. Miałam naokoło siebie tylu ludzi, w dodatku zależnych ode mnie. W Afryce ludzie żyją razem, przeżywają wspólnie wszystko, co ich spotka, złe i dobre rzeczy.

Powiedziała pani kiedyś, że na misje powinni wyjeżdżać tylko ludzie szczęśliwi.
Tak, bo tylko wtedy naprawdę mogą pomóc tym, do których jadą.

Pani jest szczęśliwa?
Tak. Ja kochałam moją pracę i to mi dawało szczęście. Myślę, że prawie wszyscy mamy piękne chwile, tylko ich nie widzimy. Zamykamy na nie oczy. A trzeba się umieć cieszyć z drobiazgów. Z tego, co się nam dziś dobrego przydarza, a nie martwić na zapas. To umieją Afrykańczycy. Nawet ci chorzy i cierpiący. Jak oni potrafili się cieszyć z małych rzeczy.

 

 

Pani chyba też to potrafi. Zawsze to pani umiała?
Chyba tak. I tak sobie myślę, że bardzo długo byłam młoda. Może dlatego tak długo żyję.

A największe marzenie?
Nigdy nikomu nie sprawić przykrości. Bo o to bardzo łatwo.

 

 

Wanda Maria Błeńska urodziła się 30 października 1911 r. w Poznaniu. Ukończyła studia na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Poznańskiego. Na studiach działała w Akademickim Kole Misyjnym, redagowała „Annales Missiologicae”. Od 1934 r. pracowała w Szpitalu Miejskim, potem w Państwowym Zakładzie Higieny w Toruniu. Podczas II wojny światowej pracowała w Szpitalu Morskim w Gdyni, potem wróciła do toruńskiego PZH. Była podporucznikiem Armii Krajowej, członkiem organizacji Gryf Pomorski, komendantką oddziału kobiecego w obwodzie toruńskim AK. Po wojnie prowadziła Szpital Miejski w Toruniu, później pracowała w PZH w Gdańsku. Wykładała w Szkole Pielęgniarskiej przy Akademii Lekarskiej. W 1946 r. wyjechała do Hanoweru, gdzie opiekowała się bratem i skończyła kurs medycyny tropikalnej, a następnie w 1948 r. podyplomowe studia w Instytucie Medycyny Tropikalnej i Higieny na Uniwersytecie w Liverpoolu.

W 1950 r. wyjechała do Ugandy. Została lekarzem naczelnym w Bulubie, w Centrum Leczenia Trądu prowadzonym przez irlandzkie franciszkanki. Mała placówka stała się pod jej kierownictwem nowoczesnym centrum leczniczym i szkoleniowym ze stułóżkowym szpitalem i oddziałem dziecięcym, zapleczem diagnostycznym, domami dla trędowatych i kościołem. Prowadziła wykłady na Makarere University Medical School. Pomagała w ośrodkach leczenia trądu w Etiopii, Sudanie i Mali. W 1983 r. przekazała kierownictwo ośrodka w Bulubie ugandyjskiemu lekarzowi, swojemu wychowankowi, a sama do 1992 r. pełniła funkcję konsultanta. Wyjechała do Polski, wróciła jednak po roku na uroczystość nadania centrum jej imienia (Buluba Leprosy Centre, The Wanda Blenska Training Centre) i na pielgrzymkę Ojca Świętego. Dziś mieszka w Poznaniu.

Otrzymała wiele odznaczeń, m.in. Pro Ecclesia et Pontifice przyznany przez papieża Jana XXIII, Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski nadany przez prezydenta RP na uchodźstwie, La Croce al Merito Meritense di Prima Classe Kawalerów Maltańskich, Order Rycerski Świętego Sylwestra od papieża Jana Pawła II, Krzyż Komandorski z Gwiazdą Odrodzenia Polski nadany przez prezydenta III RP, a ostatnio, dwa dni przed setnymi urodzinami, Krzyż Wielki Orderu Odrodzenia Polski.

(Na podstawie książek Małgorzaty Nawrockiej „Jej światło” i Zofii Florczak „Dokta”)

Reklama

Czytaj także

Kraj

Jak Jarosław Kaczyński zbudował sobie sektę?

Dlaczego tak wiele osób tak bardzo wierzy w talenty, umiejętności, wiedzę, siłę moralną i osobiste przymioty, słowem – w nadzwyczajność Jarosława Kaczyńskiego?

Ewa Wilk
05.04.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną