Społeczeństwo

Człowiek-Motyl: Wysłałbym Polaków na Zachód

Procesja w 2016 roku Procesja w 2016 roku Forum
Paweł Hajncel wystąpił w łódzkiej procesji Bożego Ciała w przebraniu kobiety. I powróciło pytanie: czy podobne happeningi powinny być karane? Nawet jeśli co niektórzy tak sądzą – Motylowi znowu się upiekło.
Procesja w 2011 rokuPaweł Hajncel/Materiały prywatne Procesja w 2011 roku

Aleksandra Żelazińska: Od paru lat regularnie uczestniczy pan w łódzkiej procesji w Boże Ciało. Jak poszło tym razem?
Paweł Hajncel: – Bardzo dobrze. Obawiałem się, że może dojść do incydentu, który miał miejsce dwa lata temu. Zostałem wtedy zaatakowany przez jakiegoś jurnego katolika.

Gazem łzawiącym?
Gazem dostał dziennikarz, który robił zdjęcia. Do mnie ten człowiek rzucił się z pięściami. Ale miałem przy sobie akurat metalową rurkę... Zamachnąłem się, starając go jednak nie uderzyć, tylko zasłonić. Wezwałem policję, wsadzili go do radiowozu, a mnie namawiali, żebym złożył doniesienie. Zrezygnowałem, bo zdawałem sobie sprawę, że po części ponoszę za tę sytuację odpowiedzialność.

W tym roku obyło się bez takich niespodzianek?
Zawsze najfajniejsze jest to, że to się odbywa na żywo. To moja moc, dlatego to robię. Tak dużo się dzieje, tak dużo bodźców dookoła, że kiedy oglądam potem zdjęcia, to jestem zdziwiony, że to wszystko tak, a nie inaczej wyglądało. Sytuacja zawsze jest rozwojowa. Nie ma w tym oczywiście takiego ferworu, jaki towarzyszy performance’om w galeriach sztuki, takich wystąpień zresztą nie uznaję. Robię to na ulicy – bo to realne, od razu widać efekt. To, co robię, próbuje się odczytywać. Dzieje się jakaś historia. To bardzo namacalne.

Hasło z pana tegorocznego transparentu: „Kobiety, nie macie żadnych praw w Kościele”. Dlaczego akurat ten temat pan poruszył?
Na procesjach w Łodzi pojawiam się od 2009 roku. Za każdym razem przybiera to różne formy, ponieważ i sytuacja się zmienia: sytuacja społeczna, relacja między Kościołem i państwem, sytuacja w Kościele. Zajmuję się m.in. krytyką Kościoła katolickiego, w tym roku przybrało to formę tego ogólnego hasła, ale miało związek z próbą zaostrzenia prawa aborcyjnego, z sytuacją kobiet w Polsce. Mam wrażenie, a nawet mam takie przekonanie, że o ile łatwo nam było sprowadzić z Niemiec metalowe balustrady, wielkie szyby i okna plastikowe, to ciężko nam przyswoić kształt wzorcowego zachodniego społeczeństwa. Problem nierówności za granicą oczywiście też występuje, ale nie w takim stopniu jak u nas. U nas nadal dobrze ma się patriarchat.

Zaczepiał pana któryś z wiernych?
Zaczepił mnie jeden z uczestników i oznajmił, że co roku jest ciekaw, czy się pojawię, czy nie, zawsze się zastanawia, co pokażę. Część procesji jest mnie zawsze ciekawa – to już element łódzkiej tradycji. Mam zasługi dla Kościoła katolickiego, chociaż niechciane, bo przynajmniej 8–9 osób stawia się tam tylko po to, żeby mnie zobaczyć. I są to osoby, które nie pojawiały się w kościele od co najmniej dekady.

Pamięta pan jakieś dziwne reakcje na te wystąpienia?
Najdziwniejsze było to, że ktoś chciał mi dać po ryju! Biłem się może ze trzy razy w życiu. To jest tak ohydne, że się raz nawet poryczałem – nie z bólu, ale dlatego, że do bitki w ogóle doszło. Panicznie boję się takich reakcji. Ludzie w Łodzi wiedzą, że nikogo nie zaatakuję, nie pobiję – po prostu stoję obok. Mogliby mnie nawet nie zauważyć.

Trudno nie zauważyć.
Trudno. W zeszłym roku taką piękną akcję poetycką zrobiłem. Przebrałem się za Jezusa, piłem kawę. Taka bajkowa historia: sam Pan przyszedł na swoją procesję. Aż tak kontrowersyjne to nie było.

Skąd pomysł, żeby brać udział w tych procesjach?
Zaczęło się wtedy, kiedy po raz pierwszy doszedł do władzy PiS. Akurat głębiej zacząłem się interesować polityką, różnymi jej uwarunkowaniami. Uważam, że część życia spędziłem nieświadomie, nie zdając sobie sprawy, jak to wszystko jest pourządzane. Kościół był wtedy (i jest nadal) jak nieukoronowany władca.

A jeszcze wcześniej przyjechał do Łodzi Rafał Ziemkiewicz, promował książkę. Postanowiłem umilić mu to spotkanie i podczas jego prelekcji wystąpiłem na scenie w białej koszuli i czerwonych rajtuzach, do dłoni miałem doklejone zimne ognie. Krążyłem wokół niego i śpiewałem cieniutkim głosem: „Rafał Ziemkiewicz to tylko fantasta!”. Opowiadał jakieś niestworzone rzeczy. Ziemkiewicz zawsze pojawia się w mediach, kiedy PiS przejmuje władzę. Teraz będzie tworzył jakąś nową endecję… Za chwilę na uniwersytetach będą getta ławkowe, z pałami będą latać po ulicach.

Bardzo przeżyłem to wystąpienie u Ziemkiewicza, byłem stremowany. Sporo ludzi się stawiło, dostałem trochę oklasków. Wyrzucono mnie stamtąd oczywiście i wezwano policję. Ale uświadomiłem sobie wtedy, że takie działania mają większą moc niż siedzenie w pracowni i malowanie obrazów. Ta bezpośredniość mnie zachwyciła, nadal trzyma mnie adrenalina.

Czyli można się spodziewać, że za rok też pan wystąpi.
Już ze trzy razy miałem tę procesję odpuścić, ale mam kibiców, jest jakieś oczekiwanie, żebym to robił. Czuję, że i w tym roku wykonałem swoje zadanie. I nie wiem, czy się kiedykolwiek od tego uwolnię – to podniecające jak skok na bungee. A jak się mogę przy tej okazji upomnieć o prawa kobiet w Kościele katolickim, co jak wiadomo jest zadaniem karkołomnym, to tym bardziej chcę działać. Mam już pomysł, co zrobię w przyszłym roku…

I oczywiście nie zdradzi pan tej tajemnicy.
Nie mogę! Trzy lata temu parę osób uprzedziłem, to się jakoś rozeszło i ostatecznie nawet do katedry nie doszedłem, bo policja zdążyła mnie wsadzić do radiowozu. Nauczony doświadczeniem, przebieram się już w pobliżu samochodu, tuż przed procesją, w przeciwnym razie jest ryzyko, że do przedstawienia nie dojdzie.

Miałem kilka lat temu pomysł, żeby przenieść się z działalnością do Warszawy. W stolicy target jest potężniejszy, a i media bliżej. Parę lat temu z Jackiem Gmachem roznosiliśmy wody jako pielęgniarki. Jacka cztery panie powaliły. A mnie zwinęła policja. Trzy czwarte procesji przesiedziałem w samochodzie – jako kobieta, wymalowany… Policjanci nie wytrzymywali ze śmiechu.

Co na to wszystko znajomi artyści?
Koledzy po fachu mówią, że to, co robię, to nie jest sztuka. Kiedyś byłem zapraszany na różne festiwale, teraz też jestem, ale rzadziej.

Artysta niepokorny.
O tak! Dostaję co prawda jakieś zaproszenia, ale są ograniczenia. Na przykład w Lublinie w ramach festiwalu Rewiry miałem się spotkać z mieszkańcami pod pomnikiem Piłsudskiego. Kupiliśmy 80 laserów i mieliśmy nimi miziać tę biedną kobyłę po miejscach intymnych. Ale włodarze miasta zagrozili, że jeśli to zrobimy, to cofną festiwalowi dotację na półtora roku. Musieliśmy zrezygnować.

A co na to bliscy? Pracodawcy?
Tatuś nie może uwierzyć, że znowu w ryj nie dostałem. Martwi się o mnie. Ale przez tyle lat nic mi się nie stało, daję sobie radę. Pracodawca jest mniej wyrozumiały. Po akcji z Motylem znajomi odradzali mi wywiady i udzielanie się w mediach, całe szczęście, że w całej swej próżności to robiłem. Może dzięki temu zachowałem pracę? Reporterka z telewizji obiecała w razie potrzeby interweniować. Sytuacja pozazawodowa jakoś jednak rzutuje na relacje służbowe.

Czuł pan kiedyś, że przegina?
Nie. Religia nie powinna być obarczona żadnym tabu. Zresztą dziś dosadniejsze rzeczy można zobaczyć w internecie. Nie wiem, czy może być coś drastyczniejszego niż obcinanie głów na plaży. A ja tylko brykam wokół procesji, nie przecinam jej drogi, nie dotykam nikogo, nie obnażam się – nie uważam, żebym przekraczał jakiekolwiek granice. Zresztą większość ludzi tak to odbiera. Tylko pleban katedry był parę lat temu poruszony do tego stopnia, że złożył doniesienie do prokuratury. Przykro mi zawsze, kiedy dostarczam zajęcia głównej komendzie policji. Panie inspektorki proszą mnie czasem, żebym się przeniósł do innej dzielnicy z tymi wystąpieniami, bo mają tyle poważnej roboty, a muszą się zajmować duperelami. Zajmowanie prokuratury moimi wystąpieniami jest równie śmieszne co moje wystąpienia.

Problem w tym, że jest w kodeksie ten artykuł o obrazie uczuć religijnych. To ewidentne dyby dla każdego. Moje uczucia nie mogą być obrażane, a uczucia katolika już tak. I pomyśleć, że zdaniem niektórych od rewolucji solidarnościowej żyjemy w demokratycznym kraju… Polska ma tymczasem coraz bardziej wyznaniowy charakter. Dlatego będę się temu dalej sprzeciwiał. Nie wyobrażam sobie, żeby w XXI wieku jakiekolwiek państwo było państwem wyznaniowym.

Ale czy takie publiczne wystąpienia mogą coś w ogóle w Polsce i Polakach zmienić?
Jezus jest wśród nas i też nie może nic zmienić. Co ja mogę, skoro i Jezus nie może? Nie mam takich aspiracji. Dlaczego ja, marny człek żyjący na tym łez padole, miałbym prawo do wywołania jakiejś zmiany polityczno-społecznej, do zmiany sytuacji kobiet w Polsce? Zresztą mnóstwo kobiet zwraca się do mnie teraz na Facebooku, piszą, że było super. Niektóre panie w procesji też spoglądały na mnie z uznaniem (inne oczywiście pukały się w głowę). Komunikat okazał się mocny i otwarty, nieurażający nikogo. Może da to komuś do myślenia, na przykład kiedy będzie na wakacjach leżał nad morzem na leżaku.

Co tak przeszkadza w Kościele?
Problem w Kościele zasadza się już na jego hierarchiczności. Proszę zauważyć: jest niby w Europie sporo chrześcijańskich krajów. Jak się chrześcijanie w Europie zaczynają liczyć, to się okazuje, że cały kontynent jest chrześcijański. Ale jak się zaczynają liczyć katolicy, to się okazuje, że jest ich dużo mniej. Kościół katolicki nigdy nie pozwoli, żeby kobieta była księdzem, biskupem czy papieżem. Ruch feministyczny też przybrał w Polsce ostrą formę. Dlatego jest postrzegany jako zagrożenie dla społeczeństwa katolickiego.

To co: więcej kobiet u władzy?
Kobiety są o wiele lepiej wykształcone, zaradniejsze od mężczyzn. Pamiętam czasy, kiedy się uczyłem. Nie lubiłem się uczyć. Moi koledzy też nie. Mężczyźni nie czytają książek, kobiety czytają. Byłbym rad, gdyby cały Sejm zajmowały kobiety. Chętnie oddałbym sprawy kobietom.

Czy skoro PiS doszedł znowu do władzy, to czuje pan, że powinien częściej zabierać głos?
Tak. Od kilkunastu lat obserwuję, co się dzieje w kraju. Często w młodości chodziłem do kina, uwielbiałem filmy amerykańskie, mogłem w nich podpatrzeć, jak ludzie żyją. Marzyłem, żeby tak żyć, żeby Polacy żyli jak na Zachodzie. W 1989 roku poszedłem na głosowanie, oczywiście głosowałem na Solidarność. I obserwowałem sytuację. Pamiętam pierwsze kilka lat po 1990 roku, disco polo, kasety przegrywane w domach, handel uliczny… Nie było nawet problemu, żeby sobie w Łodzi załatwić pracownię plastyczną (teraz to nie do załatwienia). Ludzie dali się ponieść temu entuzjazmowi. Zaczęły się pojawiać grupy pozarządowe, oddolnie organizować, drukować koszulki. Byłem pewien, że już jest w Polsce tak jak na Zachodzie. Mija 27 lat i stwierdzam, że ludzie Solidarności nie podołali. Jestem tym rozgoryczony. Nic się nie zmieniło, niezależnie od tego, czy rządzi PiS, czy PO. Popierałem po drodze SLD, partię Palikota (ze względu na antykościelne hasła). I czuję zawód. Mam zresztą żal do ludzi Solidarności, którzy wygrali wybory. Dużo mówili o społeczeństwie obywatelskim. Mieli je zbudować – i tego nie zrobili.

To kogo teraz pan popiera?
Najbliżej mi do partii Razem. Nie chcę wybierać spośród ludzi, których widzę od kilkunastu–kilkudziesięciu lat. Znam ich twarze, śnią mi się po nocach, nie chcę mieć z nimi nic wspólnego. Chcę nowych ludzi, którzy przynajmniej trzy razy przejechali się autokarem do Wielkiej Brytanii, Francji, Włoch, wiedzą, jak życie wygląda, jak może wyglądać, co może im zaoferować państwo. Trzeba by wszystkich Polaków wysłać na takie wakacje do Danii albo Szwecji, żeby zobaczyli, co może dać im opieka państwowa. Dopiero niedawno uświadomiłem sobie, że nie wszyscy Polacy mają dostęp do rynku kapitalistycznego. Ja na przykład nie byłbym w stanie prowadzić firmy, bo się do tego nie nadaję. Ziemniaków kopać mi się nie chce. Byłem nauczycielem plastyki i nawet mi się podobało – to mnie zwolnili.

Ponoć zapytał pan wtedy kuratorium, dlaczego katecheta bez kontraktu może pracować, a pan nie. Usłyszał pan, że religia ma inny status.
I że jestem na usługach szatana. XXI wiek!

Trochę się po drodze zmieniło – będzie religia na maturze.
Dobrze, że nie mam dzieci, bo nie wiem, co bym zrobił. To jest absurd. Mój ojciec był dyrektorem szkoły, więc wiem, jak wyglądało wprowadzanie religii. Wybory były w czerwcu 1989 roku, a już we wrześniu były zakonnice w szkole. Ojcu powiedziano: czeka na pana ktoś w pokoju nauczycielskim. Wchodzi – a tam dwie zakonnice. Przyszły pracować. Ojciec pyta: jak to? Nikt tego nie zgłaszał. A one na to, że ksiądz biskup je tutaj skierował. W wakacje przyszło rozporządzenie, że katecheza ma być, ale nikt nie pytał, w jaki sposób to się ma odbywać, kto ma te lekcje prowadzić. A teraz religia jest takim samym przedmiotem jak fizyka czy matematyka. No może ważniejszym, bo są plany, żeby w gimnazjum lekcje chemii i fizyki trwały rok czy dwa lata, a religia – cały czas, przez trzy lata, po dwie godziny tygodniowo. Zresztą jak prowadziłem plastykę, to miałem jedną godzinę w tygodniu. A mój kolega katecheta – dwie godzinki! Zarobiony po szyję był.

Popiera pan KOD?
Oczywiście! Jestem zwolennikiem wszystkich oddolnych inicjatyw. Niestety w weekendy pracuję i nie mogę w tych marszach uczestniczyć, ale śledzę ich przebieg. Siatkówki mi wyskakują ze zdumienia. Chciałbym, żeby te marsze były pięć razy większe! Ale i tak jest dobrze. Te pisowskie, smoleńskie, radiomaryjne marsze też są liczne, ale tu nikt nie podstawia autokarów. Moi znajomi z Łodzi jeżdżą do Warszawy na manifestacje. A nigdy się wcześniej polityką nie interesowali.

Może Polakom trzeba było rządów PiS, żeby się obudzili?
Miejmy nadzieję, że się obudzą. Kiedy kilkanaście lat temu zacząłem głośno szargać świętości, wypowiadając się na przykład na temat Jana Pawła II, to większość ludzi mówiła: nie przesadzaj, to tylko religia. Ale skoro edukację kościelną – czy raczej indoktrynację – wprowadza się już od przedszkola, to trudno się dziwić, że młodzież sprzyja teraz radykalnym środowiskom. Władza PiS to nie tylko wynik zaniedbań PO, ale też ogólnych tendencji. Ludzie na Zachodzie się nudzą. Może im ten pasztet z Tesco już nie smakuje?

I stąd radykalizmy? Z nudów?
Wydawało się kiedyś, że niełatwo się czymkolwiek nasycić. Ale najwyraźniej łatwo. Ludzie stają się radykalni, wciąż się tworzą jakieś podziały. Wyobrażam sobie, że sale na uniwersytecie w Łodzi dzieli się na tę dla prawdziwych Polaków i mniejszą – dla „pełniących obowiązki Polaka”. PiS tę sytuację nieustannie podgrzewa. Jeśli ktoś mówi głośno, że „Donalda Tuska trzeba powiesić”, a ktoś inny, że „ci, którzy się sprzeniewierzają ojczyźnie, muszą zawisnąć”, i bez oporów puszcza się to w mediach, to znaczy, że jest jakieś przyzwolenie. Że może dojść do rękoczynów. Przykładem Białystok.

Przyjąłby pan uchodźców?
Jestem za tym, żebyśmy przyjęli 5, a nawet 10 mln uchodźców. Nie ma w Polsce islamskich zamachowców, a we Wrocławiu nasi obywatele bombę tworzą… To kto tak naprawdę nam zagraża? Uwielbiam multi-kulti. Zawsze bardzo dobrze czułem się za granicą.

Gdzie pan podróżował?
Kiedy byłem na pierwszym roku studiów i otworzyły się granice, pojechałem do Szwecji. Zrobiłem sobie tym kuku. Przeżyłem szok. Nie mogłem pojąć, dlaczego świat wygląda tak, a Polska tak. Depresja! Jechaliśmy stopem z kolegą, a tam same volvo! Ludzie nie bali się nas ze sobą zabierać, a wyglądaliśmy jak nie powiem co. Ciuchy na deszcz, prochowce, plecaki załadowane konserwami i wódką. Kiedy wyszliśmy z promu i poprosiliśmy tirowca, żeby nas zawiózł gdziekolwiek, to ten wysadził nas kilkadziesiąt kilometrów za Ystad. Wyskoczyliśmy w jakimś lesie. Krawężniki proste, piasku przy krawężnikach nie było, ławeczka, daszek, jedna latarenka. Myślę sobie: co jest? Pewnie pobudowali tę drogę niedawno. Ale jechaliśmy dalej – a tam wszędzie ładnie. Zachwyciłem się. Byłem w Wielkiej Brytanii, we Włoszech, w Niemczech, Czechach. Teraz nie wiem, czy bym chciał wyjechać. Świat się trochę zmienił – już mi się znudziły plastikowe okna, metalowe barierki i szara, niby równo ułożona kostka brukowa.

Ale w Polsce też czasem ciężko wytrzymać. Chyba zrobię kiedyś taką akcję zbierania podpisów pod rozbiorem Polski. Od Wisły na Wschód – Polska prawdziwa, od Wisły na Zachód – jakiś zabór. Chyba duński byłby najfajniejszy… Rząd Danii dotuje na przykład firmy pornograficzne, bo się podobno skiepściły (śmiech).

Dlaczego w Polsce tak źle?
Nie wiem, na czym ta mitręga polska polega… Dlaczego chcemy bić się po ryjach za ojczyznę albo w imię ojczyzny komuś odmawiać prawa? Polakom bliska jest chyba postawa chłopa pańszczyźnianego. Potrzebują władcy, który powie, co należy, czego nie należy, kogo skazać, jaką kukłę spalić na rynku. Tyle że ludzie mało wiedzą o sobie, mało wiedzą o państwie, mało wiedzą o tym, jak wygląda sytuacja za granicą. Czy dzieciaki nie dzwonią do rodziców z zagranicy, gdzie emigrują za pracą, nie opowiadają, jak jest na Zachodzie? Listy nie dochodzą? Może ci starsi mejli nie odbierają?

Może młodzi mają tak samo radykalne poglądy jak rodzice.
To by mnie nie zdziwiło. Skoro siostra zakonna mówi im w przedszkolu, że Bóg stworzył cukierki – to trudno się dziwić.

Wszystkiemu winien Kościół?
Ponosi sporą odpowiedzialność. Pozwala narodowcom organizować msze w kościele – kolesiom w krótkich spodenkach… A potem Kościół przeprasza, bo niby nic nie wiedział. A to też jakiś komunikat. Jeśli ludzie w Białymstoku widzą w kościele chorągwie ONR-owskie, to uznają, że to jest w porządku. Nie powinno tak być.

Nie boi się pan, że PiS zakaże panu tych wystąpień?
Jestem tak poprawnym obywatelem, że pozwoliłbym nawet, żeby mi zdjęto odciski palców i żeby nagrywano wszystkie moje rozmowy. Sumienie mam czyste.

A do polityki zechce pan wrócić? Startował pan jakiś czas temu do europarlamentu.
Nie. To był tylko epizod. Parę lat temu chciałem nawet zakładać partię – może źle się odżywiałem i stąd ten dziwny pomysł? Nie o chęć władzy mi chodziło, ale o realną zmianę. Myślałem, że uda mi się ten świat pozmieniać. Że ktoś do mnie przyjdzie, ja coś podpiszę, wydam zarządzenie – i tak to będzie wyglądało. Bo tak się robi w Sejmie. 460 gości zmienia państwo! Jacyś 60-, 70-letni panowie decydują, jak wygląda moje życie.

Nie chciałby pan tak decydować?
Jak zbliżyłem się do polityki, to niewielu fajnych ludzi tam spotkałem. Tam się toczą tylko bijatyki o stołki. Przeczytałem kiedyś, że w pewnym małym kraju wymyślono sobie, że każdy obywatel będzie miał zapewnioną państwową pensję. Finowie też teraz nad tym debatują. Są po prostu w stanie zapewnić obywatelom jakieś minimum. W tym kierunku państwo powinno dążyć, to jest XXI wiek – troska o ludzi. W Polsce polityka jest doraźna. Nie myśli się w perspektywie rozwoju, kierunku. Trudno nawet opisać, co się w Polsce dzieje, bo za chwilę staje się to nieaktualne. Jak to prof. Bauman opisał – wszystko pływa. Nie wiadomo dokąd.

Czyli zostaje pan przy sztuce. Co panu bliższe ostatecznie: malowanie czy działanie na ulicy?
To są dwa światy. Myślałem, że jak chodzi się na studia do ASP, to każdy miał podobny życiorys. Nie pamiętam, kiedy się zaczyna rysować, malować, lepić z plasteliny itd. Myślałem, że wszyscy to przechodzą. Okazało się, że nie – że malowanie, czasem robienie filmów, to jest po prostu moja organiczna, genetyczna przywara. Ja to cały czas robię – nie muszę wybierać. Przyznam zresztą, że miałem żołnierskie dzieciństwo. Chuliganię sobie teraz, bo tego nigdy nie robiłem.

Ta moja działalność na ulicy jest czymś mocno… realnym. Od dziecka nie lubiłem na przykład bajek, co jest raczej nietypowe. Nie lubiłem fantastyki. Zilustruję to tak: stary kupował mi samochody Matchboxa na resorach. Miałem ich kilkadziesiąt, całą kolekcję. Ale wybrałem się raz w życiu na wczasy z rodzicami, obok na stołówce siedział chłopak, który miał małego żuka. To mnie rozwaliło! Oddałbym wszystkie swoje auta w zamian za tego żuka, czerwonego, z czarnymi kołami. Bo był prawdziwy. I o to mi w życiu chodzi. Gdyby ktoś nagrał wideo, jak występuję podczas procesji, i puścił mi to po czterech sekundach – to to już nie to samo, co się wydarzyło. To tylko zapis. Rzeczywistość na ulicy to emocje, ruch, słuch, wszystko w jednym. Kino 3D przy tym wysiada.


***

Paweł Hajncel – artysta malarz. I nie tylko. Jego wystąpienia mają na ogół charakter antykościelny, jest performerem antyklerykałem. Bardzo konsekwentnym. Od 2009 roku paraduje w różnych przebraniach podczas łódzkich procesji w Boże Ciało. I choć za każdym razem wybiera inny kostium, opinii publicznej znany jest zwłaszcza jako „Człowiek-Motyl”.

W tym roku przebrał się za kobietę, nawiązując do głośnych w ostatnich miesiącach sporów o zaostrzanie ustawy antyaborcyjnej. Manifesty Hajncla budzą na ogół powszechne rozweselenie, tym razem miało być jednak poważnie. „Kobiety, nie macie żadnych praw w Kościele” – zapisał na transparencie. „W tym roku będę stał z transparentem. Żadnej akcji. Chcę zwrócić uwagę na to, jak Kościół podchodzi do sprawy aborcji i że kobiety muszą prać gacie, piec serniki i sprzątać, a nie mogą pełnić żadnych funkcji” – wyjaśniał łódzkiej „Wyborczej”.

W 2015 roku Hajncel wystąpił w szatach Jezusa. Usadowił się przy stoliku, popijał kawę i pozdrawiał uczestników procesji. A ci pozdrowieniami się odwdzięczali, bo przywykli już jakoś do jego obecności. W 2014 roku oczyszczał atmosferę po pochodzie. Dosłownie – ubrany w strój ochronny, podążał za procesją i odkażał teren. Oczywiście na niby. Nie całkiem na niby został zaatakowany przez jednego z uczestników.

W 2013 roku Hajncel był księdzem. Na transparencie napis: „Kościół w kryzysie razem z wiernymi, msze, chrzciny, pogrzeby, śluby za darmo!”. Wiernych tym razem nie rozzłościł, przeciwnie, niektórzy przyznali mu nawet rację. W 2012 roku udał się zaś do Warszawy – w stroju pielęgniarki. Uczestnikom pochodu rozdawał butelki z „wodą otrzeźwiającą”.

W 2011 roku Hajncel tańczył i przechadzał się wśród wiernych w przebraniu różowego motyla, wyposażony w trykoty i skrzydła. Ks. proboszcz Ireneusz Kulesza złożył w sprawie Hajncla doniesienie do prokuratury. Ta jednak uznała, że motyl nie latał „złośliwie” i sprawę ostatecznie umorzono. Hajncel zaś kontynuował swoją antyklerykalną, nomen omen, krucjatę. Na marginesie: ks. Kulesza jest z Hajnclem spokrewniony. Ale znają się podobno tylko z rodzinnych fotografii.

Co niektórzy mogą Hajncla pamiętać z innych ryzykownych inicjatyw – podczas uroczystości beatyfikacyjnych Jana Pawła II stanął pod łódzką katedrą z 6-metrowym transparentem z napisem „To nie mój ojciec”. Towarzyszył mu Krzysztof Kuszej, też artysta. Wierni wielokrotnie im wygrażali, transparent próbowali (bez powodzenia) zakryć parasolkami, wypraszała ich policja, duchowni pytali, na czyje zlecenie zakłócają kościelne uroczystości. Skończyło się sprawą w sądzie grodzkim.

W łódzkiej procesji, o czym może niewielu pamięta, wziął udział po raz pierwszy w czerwcu 2009 roku. Przebrał się wtedy za białego misia i protestował przeciw nadmiernej obecności Kościoła katolickiego w kraju i polityce.

W 2014 roku sam tę politykę zechciał uprawiać. Startował, bez powodzenia, w wyborach do europarlamentu z list Zielonych, planował zająć się prawami człowieka, nierównościami społecznymi, bezpieczeństwem energetycznym.

Hajncel uprawia więc sztukę. Na dwa sposoby – jako performer i malarz. Działa i w przestrzeni publicznej, i w pracowni. Znajomi radzą artyście, żeby skupił się na malowaniu, ale ten z publicznej działalności rezygnować nie zamierza.

Były takie pogłoski. W 2014 r. informował na Facebooku: „Oświadczam, że tegoroczne moje wystąpienie publiczne podczas procesji Bożego Ciała pt. »Substancje drażniące« było ostatnim w tej formule”. Tłumaczył, że coś się w Polsce zmienia, więc nie ma potrzeby atakować tak dosadnie i ostro. Diagnozy te okazały się najwyraźniej przedwczesne.

Pawła Hajncla będzie można spotkać w lipcu we Wrocławiu. W ramach Europejskiej Stolicy Kultury do współpracy zaproszono także inne polskie miasta. Hajncel zorganizuje „spacer performatywny po Łodzi” w Browarze Mieszczańskim. Zapowiada, że wybiera się tam jako „wodzirej z Afryki”, przypomni, że Łódź jest multikulturowa. Pewnie znów zagra komuś na nosie.

Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rzeź ptaków

Co roku myśliwi zabijają około 200 tys. ptaków. Wyłącznie dla własnej rozrywki. Żadnych innych powodów polowania na ptaki nie ma.

Joanna Podgórska
05.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną