Wspomnienie z Czarnego Protestu: Nas, wózkowych, były w tym tłumie tysiące

Wózkowa
„Politycy, premierzy, posłowie, prezesowie, ministrowie, biskupi, księża, ordynatorzy, lekarze i położne wiedzą lepiej, co jest dla mnie dobre. Napawa mnie to wstrętem”. Przedstawiamy tekst, który zajął III miejsce w konkursie „Mój #czarnyprotest”.
Politycy, premierzy, posłowie, prezesowie, ministrowie, biskupi, księża, ordynatorzy, lekarze i położne wiedzą lepiej, co jest dla kobiety dobre.
Pixabay

Politycy, premierzy, posłowie, prezesowie, ministrowie, biskupi, księża, ordynatorzy, lekarze i położne wiedzą lepiej, co jest dla kobiety dobre.

„Mój #czarnyprotest”, czyli konkurs na najlepsze opowiadanie opisujące osobiste doświadczenia związane z Czarnym Protestem lub Ogólnopolskim Strajkiem Kobiet, został rozstrzygnięty. Przedstawiamy tekst, który zajął III miejsce.

Wózkowa

3 października, poniedziałek

Pada. Śpisz. Czekam, aż się obudzisz. Pięć poniedziałków temu byłeś jeszcze po drugiej stronie brzucha i uparcie chciałeś tam zostać, bo minął już tydzień od przewidywanej daty naszego pierwszego spotkania, a Ty wciąż nie dawałeś żadnych oznak, że Ci się spieszy na ten świat.

Teraz też Ci się nie spieszy. Śpisz. A przecież mamy iść na protest. Pakuję czarną parasolkę, wyciągam z szafy czarny płaszcz. Wciągam przed lustrem pociążowy brzuch. W radiu donoszą, że w Warszawie na ulicach już tysiące. Ciągle pada. Ja czekam, a Ty śpisz.

Pięćdziesiąt poniedziałków temu dowiedziałam się, że raczej Cię nie będzie. W naszym mieście jest kilka prywatnych klinik leczenia niepłodności, wszystkie nowoczesne, ekskluzywne, z uprzejmymi paniami pielęgniarkami i empatycznymi panami doktorami. Jeden z nich po wykonaniu serii kosztownych badań diagnostycznych orzekł: wrogi śluz, przeżywalność plemników statystycznie nieistotna, nikłe szanse na naturalne zapłodnienie. Rozwiązanie: sztuczna inseminacja, ewentualnie in vitro. – Czy Państwo rozważają? Cennik na stronie. Zaczęliśmy rozważać, a właściwie przeliczać, gdy postanowiłeś sprawić nam niespodziankę, a panu doktorowi psikusa, i zamieszkałeś w moim brzuchu, wywołując, na pięćsetnym z kolei teście ciążowym, dwie kreski.

Budzisz się, już późno, jechać czy nie jechać? Karmię Cię, przebieram, pakuję wózek i jedziemy na marsz. Pada, korki nieziemskie, pierwszy dzień roku akademickiego, jak zwykle Armagedon w naszym uniwersyteckim mieście i jeszcze ta pogoda. Mijamy wiele dziewcząt, dziewczyn, dziewuch i kobiet. Chowają się przed zacinającym deszczem pod parasolkami, kapturami, wszystkie idą nie w TĘ stronę. Mam ochotę zatrzymać je wszystkie i zapytać: – No jak to? Nie wierzę! Nie macie tego wszystkiego dość?! Naprawdę się nie boicie?

Ja mam serdecznie dość i boję się, że będzie tylko gorzej. Więc ciągnę Cię, Synu, przez te kałuże i ciągną mnie szwy po tej cesarce, co jej w ogóle miało nie być. W naszym mieście są liczne prywatne szkoły rodzenia, więc z Twoim tatą sumiennie uczęszczaliśmy do jednej z nich i pilnie wysłuchiwaliśmy uśmiechniętych położnych, że tylko poród naturalny zapewni Ci, kochany Synu, najlepszy start w życie. Więc ćwiczyliśmy oddechy, kegle, masaże i podskoki na piłce, aby na ten świat sprowadzić Cię wspólnym siłami, sprawnie, zdrowo i bezpiecznie. Niestety w naszym mieście nie można wynająć położnej do porodu, nie ma prywatnych szpitali i prywatnych porodówek, gdzie za kilka/kilkanaście tysięcy złotych można rodzić z mężem, doulą, w wodzie i w hipnozie. Do wyboru są: wojewódzka, dwie kliniczne oraz „oby tylko nie tam”. Wybieramy tę najbardziej obleganą, uruchamiamy lekarskie znajomości w rodzinie i po znajomych, bo normalnie, z ulicy, dostać się nie idzie.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną