Żyd, gej, muzułmanin i uchodźcy upiekli Polakom chleb

Tu chcę żyć
Salam Salti, jeden z bohaterów eksperymentu, opowiada, dlaczego wziął w nim udział i czemu miał służyć. A także o tym, jak żyje mu się w Polsce.
Salam Salti mieszka w Warszawie od 27 lat.
Albert Zawada/Agencja Gazeta

Salam Salti mieszka w Warszawie od 27 lat.

AGNIESZKA ZAGNER: – Jak długo je pan ten polski chleb powszedni?
SALAM SALTI: – Pierwszy raz jadłem go w 1986 roku, pół roku po tym, jak na Krymie poznałem swoją przyszłą żonę Anię, która tam studiowała medycynę. Ja pojechałem robić pierwszy stopień specjalizacji z ginekologii i przygotowywać się do doktoratu. Przyjechałem do Polski na święta, to wtedy pierwszy i ostatni raz w życiu nosiłem brodę, specjalnie dla niej, bo bardzo jej się to podobało. Potem przyjeżdżałem tu co rok, ale na stałe mieszkam od 1991 roku. Wszystkie przemiany w Polsce działy się na moich oczach, pamiętam inflację, ten niezwykle burzliwy okres. W 1990 roku urodziła się moja córka, ja wtedy kończyłem specjalizację na Krymie, a moja żona mieszkała w Warszawie. To był trudny czas, bo ona była tu, a ja tam, telefony słabo działały. Zastanawialiśmy się nad wyjazdem do Syrii, ale pamiętam taki moment: Róża miała kilka miesięcy, akurat była piękna złota polska jesień 1990 roku, szedłem mocno zaniedbanym Parkiem Praskim. Byłem tak zauroczony tym wszystkim, że powiedziałem Ani, że chyba tu zostaniemy. Może to był taki sentymentalny impuls, ale doskonale do dziś to pamiętam. Ale nie wszystko było takie wspaniałe, a chleb czasem czerstwy. Kiedy starałem się o pozwolenie na wykonywanie zawodu lekarza w Izbie Lekarskiej, jeden z profesorów powiedział mojej żonie, że „skoro wyszła za Araba, niech wyjedzie z tego kraju razem z nim”.

Ale nie wyjechaliście.
To mnie wtedy bardzo zabolało, ale dzięki Ani, która jest bardzo twarda, nie odpuściliśmy, zostaliśmy. Byłem wtedy po trzydziestce, nauczenie się języka było ogromnie trudne. Pracowałem w pogotowiu ratunkowym, a po czterech latach i nostryfikowaniu specjalizacji w przychodni jako ginekolog. To był trudny czas, bo przez pięć lat każdego roku walczyliśmy o prawo wykonywania zawodu dla mnie, aż prezydent Wałęsa w przedostatnim dniu swojego urzędowania podpisał mój wniosek o nadanie obywatelstwa. Odetchnąłem z ulgą, bo skończyła się tymczasowość, niepewność. Wszystko zaczęło się układać, zacząłem specjalizację drugiego stopnia, w 1998 roku skończyłem z bardzo dobrym wynikiem z części teoretycznej, byłem dumny i szczęśliwy. W końcu poczułem się pewny siebie.

I u siebie?
Długo nie czułem się w Polsce u siebie. Zdarzało się, że ktoś szarpał mnie w parku, kiedy byłem z córką na spacerze, krzycząc: „Ty Cyganie, Bułgarze”, innym razem ktoś rzucił za mną na skwerze „ty czarny ch…”, ale to były incydenty. Ale ostatnio atmosfera wokół Arabów, Syryjczyków radykalnie się zmieniła. Kojarzę, że stało się to w okolicach 2015 roku, kiedy w tamtej kampanii sprawa uchodźców stała się kwestią wyborczą.

Wtedy dowiedzieliśmy się też, że uchodźcy przynoszą do Europy pasożyty, pierwotniaki i różne choroby.
Z telewizji. Rzeczywiście w tym czasie płynęła do Europa wielka fala uchodźców, głównie z Syrii. To prawda, że nie da się przyjąć wszystkich. Rozwiązań trzeba szukać też gdzieś indziej, rozwiązywać problemy w krajach ich pochodzenia, kończyć wojny, nie sprzedawać broni stronom biorącym udział w konfliktach. A robią to wszyscy: Stany Zjednoczone, Niemcy, Szwecja, Polska, Rosja, można wymieniać długo.

Jak muzułmanin z Syrii odnalazł się w katolickim kraju, jakim jest Polska?
Z religią nie miałem nigdy problemu, ani ja, ani moja żona. Wprawdzie pochodzę z muzułmańskiej rodziny, ale jestem w zasadzie niewierzący. Nie chodzę do meczetu, nie przestrzegam ramadanu. Ludzie celebrują obrzędy, ale zapominają o istocie religii. Jeśli wierzę, to w przestrzeganie zasad: nie kłamać, nie oszukiwać, nie kraść, nie zabijać.

Dobry materiał wyjściowy na porządnego katolika…
Wystarczy, że na porządnego człowieka. Moja żona i jej rodzina też nie są przesadnie wierzący. To, że jestem niewierzący, nie oznacza, że nie jestem muzułmaninem, czuję, że nim jestem. To efekt tego, skąd pochodzę.

To też trochę skomplikowane w pana przypadku.
Owszem, nawet bardzo. Urodziłem się w 1959 roku w Damaszku w palestyńskiej rodzinie. Rodzice uciekli z Palestyny w 1948 roku, są przedstawicielami – jak mówią Izraelczycy – „narodu, którego nie było”, a przecież sam jestem przykładem, że jednak ten naród jest. Moi rodzice byli bardzo biedni, dziadek wynajął niewielki dom z trzema pokojami w Damaszku, w każdym z pokoi mieszkała jedna rodzina. Dopiero po śmierci dziadka i po wyprowadzeniu się wujka nagle ten dom stał się dla nas ogromny. Tata przez lata był urzędnikiem, potem nauczycielem. Mama też była nauczycielką, uczyła biologii. Wprawdzie dostała się na medycynę, ale musiała zrezygnować ze względu na powiększającą się rodzinę. Miałem w sumie pięcioro rodzeństwa, wszyscy zostaliśmy lekarzami i stomatologami, dziś każdy z nas mieszka w innym kraju. Mama zabierała mnie do łaźni, a ponieważ byłem wtedy bardzo mały, to wchodziłem z nią. Kobiece ciała, para – to zrobiło na mnie piorunujące wrażenie, pamiętam to dziś.

Ten syryjski chleb jest trochę inny niż nasz: cienkie placuszki kupowane w paczuszce, zwanej rapta. Rozumiem, że nie było lekko na niego zarobić.
Zrozumiałem to jako dorosły człowiek, już w Polsce, próbując utrzymać rodzinę. Jako dziecko, młody człowiek w Syrii, miałem zupełnie inną perspektywę. Jako młody chłopak zacząłem angażować się politycznie.

Czytaj także: Jak reagować, kiedy jesteś świadkiem agresji na tle rasistowskim lub ksenofobicznym?

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj