Iwona Hartwich: Za Tuska traktowano nas humanitarnie. Teraz się nas poniża
Hejtem byłam bardzo przejęta w 2014 roku. Teraz nie zwracam na to uwagi – mówi Iwona Hartwich, liderka protestu w Sejmie.
Iwona Hartwich i jej syn Jakub Hartwich
Sławomir Kamiński/Agencja Gazeta

Iwona Hartwich i jej syn Jakub Hartwich

AGATA SZCZERBIAK: – Rozmawiamy w 32. dniu protestu w Sejmie. Nie bezpośrednio, bo parlament jest wciąż zamknięty dla dziennikarzy bez stałych przepustek. Wiele osób zastanawia się, jak długo jeszcze wytrzymacie.
IWONA HARTWICH: – Czyli martwią się o nas? Z jednej strony, i to jest paradoks, nasze dzieci funkcjonują bardzo dobrze. Nawet lepiej od nas, rodziców. Uspołeczniają się, cały czas mają kontakt z wieloma ludźmi. Jest tu dużo dziennikarzy, kamerzystów z różnych stacji telewizyjnych, z którymi Kuba i Adrian często rozmawiają. Niekoniecznie o proteście, po prostu o życiu. Magda i Wiktoria też są dobrze zaopiekowane i też się uspołeczniają. Z drugiej strony czujemy, że zostaliśmy zlekceważeni. Upokorzeni. Zaproponowaliśmy trzy kompromisy i nikt ich poważnie nie potraktował.

W Sejmie protestuje pani od miesiąca, ale tak naprawdę dużo dłużej.
Od 2008 roku.

Zainicjowała pani protest w Sejmie w 2014 roku. Gdyby trzeba było porównać te protesty, to co by z tego wyszło?
Tamten był o wiele bardziej humanitarny. Po pierwsze, mogliśmy wychodzić na zewnątrz. Nie ograniczano nam dostępu do toalet. Pozwalano nam otwierać okna. Nie byliśmy odgrodzeni. Pamiętam, jak jedna z naszych koleżanek musiała wyjechać na jeden dzień do domu do Torunia. Na drugi dzień wróciła i bez problemu została wpuszczona do Sejmu.

Z politykami PiS nie ma żadnej dyskusji. Słyszymy od nich: nie będę z wami rozmawiała. Albo że wszyscy niepełnosprawni w stopniu znacznym powinni iść do pracy. Dzisiaj znowu posłanka Bernadeta Krynicka powiedziała, że powinno się niepełnosprawnym dać karabiny, niech idą na strzelnice. Poseł Jacek Żalek mówi, że robimy z naszych dzieci żywe tarcze, i nie rozumie, że one są niesamodzielne, ale nie ubezwłasnowolnione, i same chcą tu być.

Donald Tusk was słuchał?
Premier Tusk przyszedł do nas trzeciego dnia protestu. Czwartego rozwiązaliśmy problem pierwszego postulatu. Wiedzieliśmy, że dojście świadczenia pielęgnacyjnego, o który wtedy walczyliśmy, do poziomu pensji minimalnej jest dobrze rozłożone. Protest mógł się nawet skończyć w ciągu pięciu dni, ale był opór z tamtej strony. Nam zależało na tym, żeby świadczenie pielęgnacyjne, które miało być najniższą krajową, było corocznie waloryzowane. Żeby nie stało w miejscu. Nie chciano się na to zgodzić. Dopiero 15. dnia protestu Władysław Kosiniak-Kamysz, minister pracy, przyszedł do nas i w końcu rząd się zgodził na waloryzację.

Czytaj także: Miesiąc protestu osób z niepełnosprawnościami. Końca nie widać

Czyli dużo szybciej niż teraz.
Dużo szybciej i kulturalnie. Nie rozumiemy oporu tego rządu. Pamiętam, że w 2015 roku niepełnosprawnym, niezdolnym do samodzielnej egzystencji, obiecano pomoc. Zrobiła to obecna minister Elżbieta Rafalska. Stała z nami na protestach ramię w ramię i mówiła, że przeżycie za niecałe 900 zł (153 zł zasiłku rehabilitacyjnego i renta socjalna, która wtedy wynosiła 744 zł) jest niemożliwe. Mówiła, że to są głodowe świadczenia. Powiedziała dokładnie tak: proszę na nas głosować, my zrobimy wszystko, żeby pomóc waszym niepełnosprawnym dorosłym dzieciom. Obiecywała to w 2014 i 2015 roku. Myślę, że politycy powinni brać odpowiedzialność za swoje słowa, a przede wszystkim za swoje obietnice. Te obietnice trzeba spełnić teraz. Teraz jest na to największa szansa, bo PiS ma władzę absolutną. Może wszystko przegłosować.

Pani wtedy uwierzyła w te obietnice i głosowała na PiS?
Cała moja rodzina głosowała na Prawo i Sprawiedliwość. Oprócz mojego syna.

W takim razie wciąż liczycie na pomoc Jarosława Kaczyńskiego, do którego apelowaliście na początku protestu?
Tak. Powiem coś więcej: jestem przekonana, że gdyby Jarosław Kaczyński przyszedł do nas dzisiaj i porozmawiał z Adrianem i Kubą, z rodzicami Wiktorii i Magdy, o tym, dlaczego się tu znaleźliśmy, po co nam są te pieniądze, co się takiego stało, że protestujemy, jestem przekonana, że by zrozumiał. Wciąż będziemy do niego apelować. W poniedziałek mamy konferencję prasową. Są takie informacje, że to z naszego powodu Sejm Dzieci i Młodzieży został odwołany, wina spadła na nasze barki. Chcemy wytłumaczyć, że popieramy tę inicjatywę, chcemy, żeby się odbył. Liczyliśmy na to, że w czasie obrad młodzież uchwaliłaby nasz postulat, pomagając swoim niepełnosprawnym kolegom.

PiS korzysta z najskuteczniejszej i jednocześnie najbardziej toksycznej metody, czyli nastawiania grup przeciwko sobie.
Tak to odbieramy. Dlatego będziemy chcieli głośno powiedzieć, że się na to nie zgadzamy, i chcemy, żeby ten Sejm się odbył. Mamy nadzieję, że wcześniej rząd się zreflektuje i tej wąskiej grupie 270 tys. osób, wyłonionych dawno temu przez rentę socjalną, pomoże. To są osoby chore od urodzenia bądź wczesnego dzieciństwa, niezdolne do samodzielnej egzystencji.

Część środowiska od samego początku uważa, że powinniście myśleć szerzej: o wszystkich niepełnosprawnych. Że walczycie tylko w imieniu wąskiej grupy. Czy da się zorganizować protest w imieniu wszystkich i walczyć o wszystkich?
Nie da się tego zrobić. Ale ten protest kiedyś się skończy, wyjdziemy kiedyś z Sejmu i wszystkie materace, które tu leżą, zostaną. Zapraszamy wszystkie przywoływane najczęściej grupy, by walczyły o swoje. Nie zmuszę pielęgniarki, żeby walczyła o moje niepełnosprawne dziecko. Nie zmuszę górnika, żeby walczył o pielęgniarki. I odwrotnie. Nie da się tak.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj