Społeczeństwo

Wnerw

Polski wnerw powszedni

Bardzo wiele osób nie lubi siebie samych za własną nienawiść, za odczuwany wstręt i złość. Za to, że ulegają pokusie złorzeczenia i żądzy zemsty: wet za wet. Bardzo wiele osób nie lubi siebie samych za własną nienawiść, za odczuwany wstręt i złość. Za to, że ulegają pokusie złorzeczenia i żądzy zemsty: wet za wet. Adela Podgórska
W życiu emocjonalnym Polaków dzieje się coś godnego uwagi. Polityka stała się katalizatorem pewnego rozhamowania. Wstręt, odraza, nienawiść. Kto i po co nas w to pcha?
Zapewne wiele osób, odczuwa uczuciowe wzmożenie. Powolne, niechciane zwycięstwo natury nad kulturą. Emocji nad refleksją.Krzysztof Zatycki/Forum Zapewne wiele osób, odczuwa uczuciowe wzmożenie. Powolne, niechciane zwycięstwo natury nad kulturą. Emocji nad refleksją.

Artykuł w wersji audio

Aktorka: najbardziej nienawidzę ich za to, że nauczyli mnie nienawidzić.

Scenografka teatralna: odczuwam wstręt. Zażenowanie. Głęboką niechęć do oglądania ich twarzy i słuchania kłamstw.

Lekarz onkolog: kiedy ich widzę i słyszę, czuję gniew, bo bezustannie jestem obrażany. Traktowany jak człowiek nieinteligentny. Jakby co dzień powtarzano mi: jesteś durniem i ch.... Niestety, łapię się na tym, że i ja tak o nich myślę. Wydawało mi się, że to obce mi słowa.

Emerytka, była urzędniczka: coś stało się z moim językiem. Jak tylko schodzi na politykę, używam strasznych słów. Moje koleżanki też. Spokojne, starsze panie. „Słyszałaś, co ten ku... dziś pier...”. Tak mniej więcej wyglądają dziś nasze telefoniczne konwersacje.

Właścicielka salonu kosmetycznego: wydaje się, że już niczym nie są w stanie mnie zaskoczyć. A zaskakują co dzień. Czy się boję? Mam złe przeczucia. Nauczyli mnie czarno myśleć o przyszłości.

Profesor lingwistyki: nie znoszę tego pisowskiego twardego elektoratu. Ale sam stałem się twardym, antypisowskim elektoratem.

Mapa złych uczuć

To nie są wyniki jakichś wnikliwych badań psychospołecznych, ale wyrywki codziennych, prywatnych rozmów. Z osobami, które mają (coraz bardziej zdecydowane) antypisowskie przekonania. Bardzo przydałby się dziś wsparty naukową metodologią wgląd w życie emocjonalne Polaków. Tym, którzy swoje sympatie lokują po stronie populistycznej prawicy, pełen gniewu i złości sposób myślenia i zachowania jest wręcz przypisany: jeśli wierzy się, że świat jest pełen wrogów, zagrażających twemu elementarnemu bezpieczeństwu i tożsamości, to furda z poprawnością polityczną, tolerancją, kulturą słowa. Niechaj zwycięża natura, nikt mi nie będzie zabraniał mówić, co naprawdę myślę.

Niestety, to się rozlewa. Zapewne wiele osób, które sytuują się ze swoimi poglądami na świat i politykę po stronie liberalnej czy – szerzej – antyrządowej, podobnie jak przytoczeni rozmówcy, odczuwa uczuciowe wzmożenie. Powolne, niechciane zwycięstwo natury nad kulturą. Emocji nad refleksją. I raczej im z tym źle niż dobrze. Nawet jeśli danie upustu owemu napięciu (w towarzyskiej rozmowie, na fejsbuku, w ulicznej demonstracji) przynosi chwilową ulgę. Jak dalece emocjonalne skrajności przepełniają dziś życie społeczne Polaków?

Po stokroć już powtórzono, że w technice sprawowania pisowskiej władzy, jak w każdej odmianie populizmu, leży celowe wywoływanie negatywnych emocji: do elit, do obcych ideologii, do imigrantów, osób homoseksualnych, liberałów, lewaków, wszelkiej politycznej opozycji oraz tych, którzy mają serca i dusze nie takie jak trzeba lub zdradzieckie mordy. Propaganda celuje oczywiście w opozycyjnych polityków, rytmicznie, namiętnie i skutecznie ich deprecjonując, obrzydzając i oskarżając o całe zło świata (kazus Donalda Tuska czy dziś Rafała Trzaskowskiego).

Kto co budzi

Ta broń jest jednak obosieczna, ponieważ politycy będący u władzy również skupiają na sobie negatywne uczucia. Badacze społeczni rutynowo badają stopień zaufania, jakie budzą poszczególne osoby; plebiscytem ich popularności są wybory, zwłaszcza te, gdy w grę wchodzi bezpośredni pojedynek między dwoma kandydatami. Wydaje się jednak, że wchodzą tu w grę rozmaite emocjonalne subtelności. Liderują w swoistym „rankingu nienawiści” Jarosław Kaczyński i Zbigniew Ziobro, skupiając na sobie koncentrat z gniewu, złości, wstrętu z domieszką nie tyle strachu, co złych, pesymistycznych oczekiwań. Podobnie jest z kilkoma pierwszoplanowymi postaciami, jak Ryszard Terlecki czy Mariusz Błaszczak, których styl bycia znamionuje co najmniej pychę. Drażnią wybujałą pewnością siebie, pławiący się w swej elokwencji Jacek Sasin, Marcin Horała czy Kamil Bortniczuk. Brzydzi cynizmem i hipokryzją Jacek Kurski. Wzbudza lęk swoim ideowym zapałem połączonym z ignorancją młoda szpica, uosobiona przez Jana Kanthaka, Michała Wosia, Sebastiana Kaletę, Patryka Jakiego. Podobne emocje, uzupełnione jeszcze zażenowaniem, budzą kobiety, którym dane jest (zwykle krótko) „ocieplać” wizerunek autorytarnej władzy. Beata Szydło, Anna Zalewska, Beata Kempa, Beata Mazurek, Elżbieta Witek – ich agresja słowna i manifestacyjne poddaństwo wobec wodza zwykle niczego nie ocieplają.

Gniew, smutek i zażenowanie wzbierają przy każdym kłamstwie, bzdurze, gafie w wykonaniu prezydenta Andrzeja Dudy i premiera Mateusza Morawieckiego. Złość budzi pokrętność słów i zachowań Jarosława Gowina. Tę plejadę postaci uzupełnić jeszcze trzeba rozbłyskującymi raz po raz z nagła na politycznej scenie graczami w rodzaju Antoniego Macierewicza czy Tadeusza Rydzyka, obdarzonych „charyzmą” właściwą szarlatanom.

Po II turze tegorocznych wyborów prezydenckich ogólnopolski panel badawczy Ariadna zbadał powody, dla których wyborcy oddali swój głos na Dudę bądź Trzaskowskiego. O ile w pierwszym przypadku dla 54 proc. wyborców decydujący okazał się program wyborczy (domyślać się można, że respondenci rozumieli go nie tylko jako deklaracje kandydata, ale też swoją do niego sympatię i zaufanie), a co czwarty jako główny motyw podawał niechęć do kontrkandydata. W odwrotnej proporcji – wyborcy Trzaskowskiego: 57 proc. głosowało przeciw Dudzie, a 27 proc. za „programem Trzaskowskiego”.

Pół biedy, jeśliby ta głęboka, negatywna afektacja dotyczyła tylko teatru politycznego – można przypuszczać, że jego główni aktorzy są świadomi tego, co wzbudzają. Ale wirus wstrętu, odrazy, gniewu opanowuje wszystkie piętra życia społecznego. Niechęć do „patrzenia i słuchania” obejmuje dawnych znajomych czy członków szerszej familii, o których wiadomo, że mają odwrotne sympatie i poglądy. Unika się spotkań (pandemia daje ku temu pretekst), w koniecznych rozmowach omija panicznie ważne tematy, w sieciowych społecznościach banuje tych, którzy wzbudzą cień podejrzenia, że „opisieli” albo – po drugiej stronie – „lewactwo wyprało im mózgi”. (Nawiasem – etymolodzy tłumaczą pochodzenie słowa nienawiść jako właśnie niechęć do widzenia).

I znów: pół biedy, jeśli pracowita i rześka nienawiść grasowałaby tylko w kontekście politycznym. Jednak emocjonalne rozhamowanie (i schamienie) widać w najprostszych relacjach społecznych. Zwrócenie uwagi komuś w sklepie, że nie ma maseczki na twarzy, może wiązać się z ryzykiem oberwania słownie albo i dosłownie. Każdy telewizyjny serwis informacyjny uzupełnia osobliwa konfekcja: o bandycie – „tradycjonaliście”, który pobił chłopaczka o ufarbowanych włosach; o kierowcy, który prawie zabił rowerzystkę, „bo mu wjechała w drogę”; o policjantach „reagujących nadmiarowo”.

To się już nawet opatrzyło i osłuchało. „Jest na to przyzwolenie” – powiada się, sugerując, że rozsadnikiem tej ordynarności, tej bezczelności, tego lekceważenia człowieka przez człowieka jest władza. Jej retoryka i jej cyniczne podgrzewanie skrajnych emocji – u zwolenników, a jeszcze bardziej prowokowanie do nich przeciwników. Bo jeśli opozycji puszczą nerwy, to można posłużyć się bolszewickim dogmatem, że im bardziej zaawansowana rewolucja, tym twardszy opór jej wrogów.

Zamach na wartości

Dlaczego współczesnych ludzi, wyedukowanych przynajmniej na elementarnym poziomie (a wielu na uniwersyteckim) tak łatwo wmanipulować w takie skrajne, często zupełnie nieprawdziwe przeświadczenia? Emocjonalne reakcje na zdarzenia, zwłaszcza te interpretowane przez ludzki umysł jako zagrażające, są biologicznie wbudowane w nasze mózgi. Gdy jednak w prehistorii w grę wchodziło zagrożenie ze strony grubego zwierza, ewolucja doprowadziła nas do takiego etapu, że swego istnienia biologicznego bronimy z równą determinacją, jak subtelnych „bytów psychicznych”: poczucia tożsamości i systemu wartości.

Tak więc strona liberalno-lewicowa niebezpieczeństwa upatruje dziś nie tyle w ryzykownej, czasem irracjonalnej polityce ekonomicznej władzy (co z pewnością odbije się na naszym bezpieczeństwie materialnym). Boli i wzbudza gniew jawne lekceważenie kanonu etycznego, pakietu wartości i przekonań, w którym na pewno nie mieści się kłamstwo, hipokryzja, cynizm, ignorancja, pycha, bezczelność, zachłanność. Ani też destrukcja prawa, zapędy autorytarne, nepotyzm, korupcja, złodziejstwo, wykluczanie poszczególnych ludzi i grup ze wspólnoty. Ta strona naszego społeczeństwa odczuwa dziś frontalny atak na wolność, odpowiedzialność, samodzielność intelektualną, otwartość na świat. Czyli na rdzeń swej mentalnej i moralnej tożsamości. Dlatego boi się, brzydzi, a nawet nienawidzi.

A ta druga, zażarcie prorządowa? Wszak w deklaracjach to ona reprezentuje ścisły rygoryzm moralny. Potępia. Żąda surowych kar za grzechy. Nie przebacza. Chce sprawiedliwości, równego traktowania wobec prawa. Dlaczego zatem jest ślepa na poczynania władzy, które temu wszystkiemu przeczą? Ponieważ w grę wchodzą też poczucie tożsamości i wyznawanych wartości. Ta władza wydaje się ich gwarantem. Przynajmniej bardziej niż każda inna. I to ważniejsze niż przestępstwa rządzących i prezenty socjalne.

W Polsce ukazała się właśnie książka, na którą zapewne powoływać się będą szeroko badacze i publicyści – „Narodowy populizm. Zamach na liberalną demokrację” Rogera Eatwella i Matthew Goodwina, profesorów nauk politycznych. To wnikliwe studium brexitu i wygranej Donalda Trumpa, z licznymi odniesieniami do prób zdobycia władzy przez narodowych populistów w ostatnich dziesięcioleciach w Austrii czy Francji (nieudanych, choć o włos) oraz na Węgrzech czy w Polsce (udanych, choć też o włos).

Cztery trendy

Autorzy porządkują przyczyny tej fali, szukając ich w czterech wyraźnych od dziesięcioleci trendach. To dramatyczny spadek zaufania do polityków, kryzys tradycyjnych partii politycznych oraz powszechna w społeczeństwach zachodnich tzw. deprywacja wtórna (czyli subiektywne poczucie krzywdy, bo człowiekowi się wydaje, że ci z wyższych pięter drabiny społecznej mają się znacznie lepiej, niż naprawdę mają). Najbardziej przekonujący jest wywód o przyczynie czwartej: kryzysie tożsamości i systemu wartości. Eatwell i Goodwin analizują setki badań prowadzonych w rozmaitych krajach przy użyciu różnych metodologii i dochodzą do przekonania, że poszukiwanie różnic między wyborcami ze względu na ich wiek, wykształcenie, geografię (miasto/wieś, obszary biedne/bogate), przynależność klasową, a nawet rasową – prowadzi donikąd. Badacze konstatują, że i wyborcy Trumpa, i zwolennicy brexitu, także wszelcy propopuliści na wschodzie i zachodzie Europy są „mozaiką różnych grup hołdujących tym samym wartościom”. Wszędzie identyfikowano mniej więcej taki ściśle spakietowany zestaw ich poglądów: przeciw małżeństwom homoseksualnym, za ochroną życia, za karą śmierci, przeciw działaniom antydyskryminacyjnym wobec kobiet i wszelkich mniejszości, przeciw przyjmowaniu imigrantów i uchodźców. Zdecydowana większość propopulistycznych badanych przystawała na stwierdzenia w rodzaju: „skarżące się na molestowanie kobiety więcej problemów stwarzają, niż rozwiązują” albo „dziecko ma być przede wszystkim posłuszne, a nie samodzielne”. Mówiąc o wyznawanych przez siebie „tradycyjnych wartościach”, priorytetowo traktowali porządek, stałość i podporządkowanie się grupie.

Często słyszy się po stronie liberalnej, że wzbudzana przez rządzącą w Polsce prawicę histeria wokół uchodźców (choć niewielu chce do nas uchodzić) lub ideologii LGBT (wyimaginowanej) to tematy zastępcze, odsuwające uwagę publiczności od ważnych politycznie problemów i grubych afer. Jednak dla propopulistycznych wyborców poglądy na te tematy to narzędzie samoidentyfikacji i najmocniejsze grupowe spoiwo. Obrona tej tożsamości przed każdym atakiem – prawdziwym, urojonym, wmówionym – pobudza w nich automatyczny, emocjonalny system obronny.

Lektura „Narodowego populizmu” jest pocieszająca – bo nie jesteśmy w tym zapętleniu sami, i przygnębiająca zarazem, bo ta fala idąca przez świat wzbiera nie od wczoraj i nie odpłynie jutro. Rokowania co do politycznej przyszłości świata nie są zbyt pomyślne, zwłaszcza że narodowy populizm ma skłonność do autorytaryzmu, a jak trudno się z niego wydobyć, mamy dziś przykład choćby w Białorusi.

Czy zatem owo powszechne rozhamowanie emocjonalne, owo zwycięstwo natury nad kulturą będzie na dłuższy czas wkomponowane w nasze życie społeczne? Przecież permanentne nerwowe uszarpanie w zasadzie nie jest komfortowym stanem. W zasadzie, albowiem bardzo się w tym względzie różnimy i wiele osób – w tym pewnie ogromna część polityków – wręcz pławi się w nieustannym konflikcie. Im brutalniej, ostrzej, tym im fajniej. Wrodzony rodzaj temperamentu sprawia, że potrzebują psychicznej adrenaliny, stałego doładowania. Jeśli w grę wchodzą zaburzenia narcystyczne, psychopatyczne, makiaweliczne, to dla tego typu osobowości pobudzenie jest stanem idealnym.

Dla wielu z nas, zapewne większości, celem jest jednak poczucie bezpieczeństwa. Spokój, równowaga wewnętrzna. Bardzo wiele osób – jak choćby cytowana na początku aktorka – nie lubi siebie samych za własną nienawiść, za odczuwany wstręt i złość. Za to, że ulegają pokusie złorzeczenia i żądzy zemsty: wet za wet.

Dziś istnieje poręczne do tego narzędzie: sieciowy hejt. Tysiące ludzi w milionach komentarzy codziennie daje upust swojemu napięciu. Jest już sporo wyników badań z użyciem funkcjonalnego rezonansu magnetycznego nad tym, co dzieje się w mózgu hejtującej osoby. Otóż uruchamia się w nim obszar zwany przenośnie ośrodkiem nagrody. Hejtowanie sprawia przyjemność, daje błogą ulgę, przywraca poczucie sprawiedliwości. (Więc staje się jasne, dlaczego łatwo przechodzi w zachowanie kompulsywne, nawyk, czasem uzależnienie).

Śmiechem, a nie tylko łzami

Czy tędy droga? Na szczęście są też inne. Kiedy dziś świętujemy poprzednie zwycięstwo Polaków nad autorytaryzmem – to solidarnościowe, na pierwszy plan wysuwa się determinacja wściekłych, strajkujących robotników. To im, i słusznie, stawiamy pomniki. Ale komuna była też skutecznie rozbrajana ironią, a nie agresją. Śmiechem, nie tylko łzami. Kabaretem, teatrem, filmem, prasową felietonistyką, aluzyjnym rysunkiem czy reportażem, ulicznym performansem. Sarkazm, dystans, poczucie wewnętrznej wolności (również od nienawiści i pogardy – jak śpiewają bardowie) pozwalają skutecznie siebie zdetonować. To przywraca energię. Bo na większość ludzi silne, negatywne emocje źle działają – prowadzą do smutku, zniechęcenia, czasem rozpaczy i poczucia bezsilności. A przecież i w sensie indywidualnym, i zbiorowym nie o to nam chodzi. (Do jasnej cholery).

Więc starajmy się myśleć i działać raczej w tonacji memu niż hejtu. Raczej z niezgodą niż z nienawiścią. A postaci, które wdarły się do naszej świadomości i pociągnęły w to chroniczne wkurzenie, widzieć jako groźne, ale też groteskowe. Wyzbyć się w ogóle uczuć i odczuć nie sposób. Lecz najnowsze trendy psychologiczne dowodzą, że człowiek jest zdolny nie tylko do emocji pierwotnych, ale też wtórnych i świadomego przetwarzania pierwszych w te drugie – przepuszczone przez rozum i doświadczenie.

Polityka 42.2020 (3283) z dnia 13.10.2020; Społeczeństwo; s. 34
Oryginalny tytuł tekstu: "Wnerw"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Chwiejne dzieciństwo. Nastolatki coraz wcześniej sięgają po alkohol

Nastolatki piją. Pierwszy raz po alkohol sięgają w wieku 12–13 lat. Kiedy mają 15–18, były już co najmniej raz pijane.

Katarzyna Kaczorowska
05.09.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną