Społeczeństwo

Powrót do szkół na zasadach jak z Monty Pythona

Początek roku szkolnego w SP 48 w Częstochowie Początek roku szkolnego w SP 48 w Częstochowie Grzegorz Skowronek / Agencja Gazeta
Wśród nauczycieli i pracowników szkół trwa licytacja i obstawianie, ile czasu potrwa stacjonarna nauka uczniów klas I–III. Najczęstszy typ to ok. trzech tygodni, miesiąc.

Plan otwarcia szkół dla dzieci z nauczania wczesnoszkolnego od początku przyszłego tygodnia został ogłoszony w poniedziałek 11 stycznia – po wielu dniach chaosu informacyjnego i sprzecznych zapowiedzi członków rządu. A także wbrew wyrażanemu wielokrotnie w mediach stanowisku lekarzy oraz epidemiologów.

O tym, że pomysł rozpoczynania lekcji w szkołach jest przedwczesny, mówił m.in. dr Paweł Grzesiowski, immunolog, ekspert Naczelnej Rady Lekarskiej ds. walki z covid-19. Wśród konsultantów wojewódzkich ds. chorób zakaźnych też pojawiały się głosy, że najsensowniejsze byłoby pilotażowe otwarcie placówek w województwach, w których zakażeń jest najmniej, i obserwowanie rozwoju zdarzeń.

Wybrano wariant hurtowy – otwarcie szkół dla najmłodszych wszędzie, co trudno uzasadnić inaczej niż niechęcią wobec dalszego wypłacania zasiłków opiekuńczych dla rodziców dzieci do lat ośmiu. Zwłaszcza że decyzja zapadła, kiedy rozpoczęły się ogłaszane z fanfarami testy na covid dla pracowników oświaty. Dopiero pod koniec tygodnia będzie można oszacować, ilu nauczycieli jest zakażonych, a ilu faktycznie może pracować, choć wartość tych danych na podstawie jednorazowych badań to temat odrębnej dyskusji.

Cały dzień w dwuosobowych ławkach

Wytyczne dotyczące warunków bezpieczeństwa epidemicznego, które z okazji częściowego otwarcia szkół przedstawili dyrektorom Ministerstwo Edukacji i Nauki oraz Główny Inspektor Sanitarny, są przy tym – jak przyznają władze – bardzo podobne do tych stworzonych latem, gdy zakażeń przybywało po kilkaset dziennie, a zgonów po kilka. I w dużej mierze niewykonalne, z czego ich autorzy doskonale zdają sobie sprawę, obficie używając w tekście sformułowania „w miarę możliwości”.

Ogólna zasada jest taka: „Każda grupa uczniów (klasa) w trakcie przebywania w szkole nie ma możliwości (lub ma ograniczoną do minimum) kontaktowania się z pozostałymi klasami”. – I w trakcie lekcji można to w mojej szkole nawet zrealizować, bo budynek jest dość duży jak na liczbę uczniów. Ale dzieci i tak będą się mieszać po lekcjach w świetlicy, bo nie mam możliwości zapewnienia osobnej nauczycielki dla kilku osób z każdej klasy. Będą też razem, przemieszane, jeździć busami do i ze szkoły – mówi dyrektor wiejskiej podstawówki w Lubuskiem. Dodaje, że problem ze wspólnym transportem będzie w każdej szkole, do której dzieci są dowożone.

Jak mówi, „Monty Pythonem pachnie” fakt, że wspólnie podróżujący uczniowie przed szkołą, po wyjściu z busa, rozdzielą się na trzy grupki, z których każda wejdzie osobnym wejściem, przebierze się w osobnej szatni i przesiedzi cztery godziny w osobnej sali po to, by po lekcjach znów wsiąść do wspólnego busa z kolegami z innych klas. – W przypadku dzieciaków z najmłodszych klas duży kłopot jest też z zaleceniem, żeby na WF zrezygnować z ćwiczeń i gier kontaktowych. Co zresztą – znów – ma dyskusyjny sens w sytuacji, gdy i tak siedzą w dwuosobowych ławkach przez cały dzień – kontynuuje dyrektor.

Zdrowie psychiczne ważniejsze

Minister edukacji i nauki Przemysław Czarnek zapewnia, że jego resort bardzo intensywnie przepracował grudzień i pierwsze tygodnie stycznia na konsultacjach dotyczących ewentualnego otwarcia placówek. Nie zaproszono jednak największych organizacji branży: ani Związku Nauczycielstwa Polskiego, ani Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty. W piątek 8 stycznia odbyło się za to spotkanie kierownictwa ministerstwa z przedstawicielami Komisji Wychowania Katolickiego Episkopatu Polski (!).

Po miesiącach lekcji online wśród pracowników oświaty i rodziców nikt chyba nie ma wątpliwości, że stopniowy powrót do stacjonarnej nauki jest niezbędny dla zdrowia psychicznego dzieci i młodzieży. – Trzeba sobie jednak uświadomić, że to zdrowie jest dziś ważniejsze niż realizacja podstawy programowej. Tymczasem w wytycznych sanitarnych MEiN zalecił dyrektorom, by jeden nauczyciel był w stacjonarnym kontakcie tylko z jedną klasą, ale nie pozwolono na zawieszenie np. lekcji angielskiego lub religii czy prowadzenie tych zajęć w sposób zdalny. Wówczas potrzeba byłoby dodatkowych środków, aby podczas jednej lekcji opłacić dwóch nauczycieli – „zdalnego” przedmiotowca i wychowawcę na miejscu, w klasie. Skutek jest taki, że propagowane przez MEiN „bańki” okazują się fikcją – podkreśla Kinga Gajewska, posłanka KO z Parlamentarnego Zespołu ds. Przyszłości Edukacji, który to zespół we wtorek 12 stycznia zorganizował we współpracy z OSKKO konsultacje online z 400 dyrektorami placówek różnych szczebli. Jak podkreśla posłanka, nie było to żadnym technicznym problemem. Bardzo trudno zrozumieć, dlaczego MEiN nie korzysta z możliwości podobnych autentycznych konsultacji.

W trakcie spotkania, jak dodaje posłanka, szczególnie gorzko brzmiały głosy dyrektorów przedszkoli. Praca w nich od maja toczy się praktycznie bez ograniczeń epidemicznych. Nauczycielki i pracownicy obsługi – nawet gdyby chcieli – nie dostali przy tym możliwości skorzystania z testów na obecność koronawirusa. Jednocześnie w codziennych dyskusjach właśnie funkcjonowanie przedszkoli niektórzy przedstawiają jako dowód na to, że można pracować z dziećmi w epidemii „i nic strasznego się nie dzieje”. – To bardzo krzywdzący i zafałszowany obraz – podkreśla Anna Zabielska, dyrektorka jednego z warszawskich przedszkoli. – Nauczycielki i pracownicy administracyjni chorują. Od maja niemal ciągle ktoś jest na zwolnieniu, przez co konieczne jest łączenie grup dzieci, choć w świetle wytycznych należy tego unikać. Tuż przed świętami na covid zachorowało osiem z 22 naszych nauczycielek, a także panie woźne. Ponieważ kilka kolejnych osób było na zwolnieniach z innych powodów, byłam zmuszona zawiesić pracę placówki. Przedszkola na pewno nie są dowodem na to, że w epidemii można spokojnie pracować – uważa Zabielska.

Najpierw szczepienia nauczycieli

Każdy dzień przynosi kolejne apele o to, by przyspieszyć szczepienie nauczycieli. Zostali wpisani do tzw. pierwszej grupy, ale przed nimi szczepionkę mają otrzymać seniorzy. Ponieważ to duża grupa (ok. 10 mln osób), przedstawiciele władz przyznają, że pracownicy oświaty mogą liczyć na pierwsze zastrzyki najwcześniej w kwietniu. We wtorek z apelem w tej sprawie wystąpiło do władz Społeczne Towarzystwo Oświatowe.

„Uważamy, że tylko priorytetowe potraktowanie szczepień nauczycieli pozwoli zakończyć szkodliwy stan przejściowy, z którym mamy do czynienia w oświacie już od kilku miesięcy. Nie zapewni tego proponowane testowanie nauczycieli, bo to działanie spóźnione, które w żaden sposób nie zlikwiduje lęku przed zarażeniem i jego konsekwencjami. Z dużym prawdopodobieństwem nie uchroni nas też przed ponownym wzrostem zakażeń i zamykaniem szkół, odbierając zwłaszcza uczniom klas starszych nadzieję na częstszy kontakt z rówieśnikami. Taki pesymistyczny scenariusz może się ziścić tym bardziej, że według ostatnich doniesień nowe mutacje wirusa z większą łatwością przenoszą się z dzieci na dorosłych. Apelujemy o to, by szczepienia nauczycieli odbyły się w pierwszym dostępnym terminie w ramach grupy 1 oraz by plan szczepień został zsynchronizowany z powrotem dzieci do szkół. Mamy nadzieję, że uczniowie już wkrótce wrócą do szkół i do normalnej nauki, ale naszym zdaniem będzie to możliwe dopiero wtedy, gdy nauczyciele zostaną zaszczepieni. W przeciwnym razie szkoły nie zostaną otwarte na stałe, a jedynie na chwilę, do kolejnego zamknięcia” – pisze zarząd STO.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Tata Maty: Młodzi ludzie są mądrzejsi, niż my myślimy, że są

Z prof. Marcinem Matczakiem o tym, dlaczego nie warto być zbyt posłusznym.

Martyna Bunda
07.09.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną