Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Społeczeństwo

Moda rynku wynajmu: castingi na lokatora. Pieniądze i refleks to za mało

Mieszkanie na wynajem Mieszkanie na wynajem Nguyen Dang Hoang Nhu / Unsplash
Mikroapartamenty, mieszkania podzielone na sześć pokojów, wirtualne spacery zamiast staromodnego oglądania lokalu i referencje od poprzednich najemców. To nie wszystko, czym potrafi zaskoczyć obecny rynek wynajmu. Nastała era castingów.

Pokój w mieszkaniu na warszawskim Mokotowie, 400 m od galerii handlowej. Prócz kanapy jest rozkładany fotel, więc właściciel dopuszcza, że mogą w nim mieszkać dwie osoby. W mieszkaniu są jeszcze cztery inne pokoje, jednoosobowe. Dwie łazienki i dwie lodówki, do tego kuchenka indukcyjna, mikrofalówka, czajnik, naczynia, sztućce, garnki – wszystko do obejrzenia w 3D, przez internet. Cena za pokój: 2 tys. zł miesięcznie plus opłaty (500 zł). No i jednorazowa kaucja, też 2,5 tys. zł. „Imprezowiczom, palaczom oraz posiadaczom czworonogów dziękujemy”.

Ciasny, ale jasny pokój w centrum Łodzi. Jeden z pięciu w mieszkaniu. Pojedyncze łóżko, biurko i szafa. Wśród udogodnień lampka biurkowa, lustro i dywanik. 1,7 tys. zł miesięcznie plus opłata za wywóz nieczystości (według stawek miejskich). Jeżeli ktoś się zdecyduje od razu, za październik zapłaci „jedynie” 1,2 tys. Plus kaucja.

We Wrocławiu jest do wynajęcia miejsce w pokoju dwuosobowym („obecnie mieszka tam pani pracująca z Ukrainy i pozostaje jedno wolne łóżko”). Dwa łóżka, biurko, krzesła, regały, lustro. Cena: 950 zł miesięcznie, kaucja – 1050 zł. Nie do negocjacji, kto pierwszy, ten lepszy.

Jeszcze rok temu takie oferty wydawały się absurdalne. Ponad tysiąc złotych za pokój w mieszkaniu z pięciorgiem innych osób. Dziś to standard – mówi Kasia, która pokoju do wynajęcia w Warszawie szukała ponad dwa miesiące. – 1,6 tys. zł miesięcznie to teraz średnia cena za pokój w stolicy. W mieszkaniu przerobionym na sześciopokojowe, z jedną łazienką i kuchnią. Zdarzają się też uczciwsze oferty – od zwykłych ludzi albo tych, którzy szukają współlokatorów. Ale żeby zdobyć takie lokum, trzeba najpierw wygrać casting.

Czytaj też: Mieszkaniowe wyzwanie. Rynek wynajmu nie daje rady

Kanapa, piwo i majtki

Pola zorganizowała w życiu trzy castingi. Pierwszy siedem lat temu, gdy przeprowadziła się do Warszawy na studia. Z koleżanką szukały trzeciej osoby do mieszkania na Żoliborzu. – Ogłosiłyśmy to na Facebooku, ale chętnych nie było wielu. W sumie zgłosił się jeden chłopak, a nam zależało na czasie, więc się zgodziłyśmy, mimo że wolałyśmy mieszkać z dziewczyną – opowiada. – To był błąd. Chłopak nie dość, że nie sprzątał, to jeszcze całe dnie siedział na kanapie w salonie w samych majtkach z piwem i pizzą. Miło nie było, ale przemęczyłyśmy się jakoś przez te pół roku.

Pod koniec studiów rodzice Poli kupili dwuosobowe mieszkanie w Warszawie. Z początku mieszkała w nim z siostrą, ale gdy ta rok temu się wyprowadziła, Pola postanowiła znaleźć kogoś na jej miejsce. – Znowu wystawiłam ogłoszenie na Facebooku, ale tym razem chętnych było znacznie więcej – mówi 26-latka. – Chłopcy, dziewczyny, ludzie ze zwierzętami, obcokrajowcy – był nawet jeden chłopak, który napisał, że co prawda lokalizacja mu nie odpowiada, ale chętnie zaprosi mnie na spacer. Słowem: było w kim wybierać, dlatego zdecydowałam, że tym razem na rozmowę zaproszę same dziewczyny. Wybrałam taką, z którą najlepiej mi się rozmawiało, szybko złapałyśmy wspólny język. I rzeczywiście mieszkało mi się z nią dobrze – co prawda nie dbała o czystość, ale była cicha, spokojna, rzadko bywała w mieszkaniu, a wieczorami lubiłyśmy napić się winka i porozmawiać. We wrześniu ogłosiła, że musi się wyprowadzić, natychmiast.

Czytaj też: Zamieszanie w mieszkaniach. Kiedy będzie taniej?

Pół godziny na zrobienie wrażenia

Kolejne ogłoszenie na Facebooku i znów mnóstwo chętnych. Jeszcze więcej niż przed rokiem. Dosłownie dziesiątki kandydatów chciało wynająć pokój od Poli, niektórzy nawet bez oglądania, kaucję byli gotowi wpłacić przelewem od razu. Mimo że w ciągu roku podniosła cenę z 900 do 1,3 tys. zł, a stan pokoju w międzyczasie się pogorszył.

Większości z nich Pola nawet nie odpowiedziała, bo szkoda czasu. Osobom z Ukrainy i innym obcokrajowcom – bo bała się, że nie wywiążą się z umowy. Osobom ze zwierzętami – bo rodzice nie życzą sobie zwierząt w mieszkaniu. Mężczyznom – jak dawniej. Tym, którzy mają na profilach ukryte informacje o sobie, pseudonimy albo w ogóle nie mają zdjęć profilowych – bo to podejrzane.

Zostały same dziewczyny w wieku podobnym do Poli. Każdą z nich zaprosiła na rozmowę i oglądanie mieszkania. Przyjmowała w odstępach co pół godziny. Pytała, jak im się podoba Warszawa, gdzie do tej pory mieszkały, co robią, jaki mają tryb życia. Kandydatki nie były zdziwione castingiem, już to przerabiały. Wszystkie były zdecydowane, gotowe zapłacić za pierwszy miesiąc. Skarżyły się na standardy innych mieszkań, że opisy i zdjęcia daleko odbiegają od stanów faktycznych, zwykle są to mieszkania przerobione na wielopokojowe, byle tylko więcej zarobić, a właściciele nie odbierają albo nie informują, że już nieaktualne.

W sumie wszystkie były w porządku, ale wybrałam tę, z którą najlepiej mi się rozmawiało. Była bardzo, ale to bardzo szczęśliwa – kończy Pola.

Czytaj też: Mieszkania na skażonej ziemi. Ludzie chcą tu mieszkać, a nie powinni

„Wszystko w porządku, ale nie”

Nie wszyscy wynajmujący są tacy jak Pola i nierzadko mają specyficzne wymagania. Daria z Łodzi zawiniła tym, że studiuje informatykę. Poprzedni lokator też ją studiował i był nocnym markiem, lubił np. grać na gitarze po zmroku. Nie widząc związku, Daria usłyszała, że „ludzie z tego kręgu tacy są”.

Adam, lat 28 (od dziesięciu lat pracuje w branży IT), przejechał ponad 100 km, żeby obejrzeć mieszkanie w Krakowie. Następnego dnia odebrał wiadomość, że „właścicielka ma obawy co do wynajmu dla tak młodej osoby, dlatego ostatecznie nie zdecyduje się na podpisanie umowy”.

Natomiast Kasia, ta, która szukała pokoju przez ponad dwa miesiące, została raz poproszona o PIT-y z ostatnich dwóch lat i telefon do poprzedniej osoby, od której wynajmowała. – Ostatecznie oglądałam trzy pokoje, ale nie zliczę, ile telefonów wykonałam, żeby doszło do zaproszenia – opowiada. – Jeżeli mieszkanie wyglądało na zdjęciach w porządku i mieściło się w moim zakresie cenowym – ok. 1,2 tys. zł – to zwykle było nieaktualne. Nawet 10 minut po opublikowaniu ogłoszenia. Albo nikt nie odbierał – czasami pod wieloma różnymi ofertami widniał jeden numer, więc od razu odpadało kilka opcji. A gdy już dochodziło do spotkania, to albo pokój w niczym nie przypominał tego ze zdjęć, albo odpadałam w castingu – kontynuuje.

To irytujące: po kilku tygodniach poszukiwań pokoju niczym igły w stogu siana udaje ci się umówić na spotkanie, przychodzisz na miejsce, wydaje ci się, że wypadasz dobrze, łapiesz kontakt z innymi lokatorami, a na końcu słyszysz, że niby wszystko okej, ale masz 26 lat, a dziewczyny 23 i wolą mieszkać z rówieśniczką. Albo słyszysz, że się odezwą, bo po tobie jest umówionych jeszcze pięć osób, tyle samo przyszło przed tobą, przy czym te raczej będą miały pierwszeństwo. Kompletna strata czasu – sumuje Kasia.

Czytaj też: Mieszkanie do wynajęcia? Ofert jak na lekarstwo

Wścibskie pytania, niewybredne uwagi

W końcu, jakoś na początku września, zrozumiała, że prędzej skończy jej się umowa z dotychczasowym właścicielem, nim znajdzie pokój w Warszawie. I zaczęła szukać mieszkania. Na szczęście nowego lokum zaczął szukać też jej chłopak, więc uradzili, że wynajmą wspólnie – będzie taniej. Budżet łączny – 3 tys. zł (w tym opłaty). Stawka poniżej przeciętnej, więc i poszukiwania nie były łatwe. Także ze względu na charakter niektórych wynajmujących. – Przed pokazaniem mieszkania jedna kobieta długo i wnikliwie lustrowała mnie przez telefon. Była niezwykle wścibska i pozwalała sobie na niewybredne uwagi. Na przykład zapytałam, czy pokoje są nieprzechodnie, a pani zamiast odpowiedzieć na pytanie, zasugerowała, że na pewno nie chcemy z chłopakiem ścielić łóżka. Odpowiedziałam, że po prostu chcemy mieć osobne miejsca do pracy i żeby czasami móc pobyć oddzielnie, na co ona, że nie wie, w jaki sposób ze sobą wytrzymamy, skoro nie chcemy przebywać razem.

Były pytania o ich związek: jak długo są razem, czy się dogadują, jak często się kłócą. – Nawet pytanie o to, czym się zajmuję, nie zostało pozostawione bez komentarza. Usłyszałam, że muszę być dość szalona, skoro pracuję z ludźmi, i że to niezbyt normalne być trenerem zdolności poznawczych. Natomiast usłyszawszy, że mój chłopak jest przedstawicielem handlowym, pani powiedziała, że to niezbyt dobrana para i dziwne, że w ogóle się zeszliśmy. Znosiłam te upokorzenia, bo naprawdę zależało mi na tym mieszkaniu. Ostatecznie kobieta miała się odezwać, ale się nie odezwała – kończy Kasia.

Ostatecznie Kasia i jej chłopak wynajęli mieszkanie bez castingu. – Poszczęściło się nam. Starsza kobieta chyba nie do końca znała obecne realia, więc zgodziła się wynająć nam dwupokojowe mieszkanie za 3 tys. zł. Inna sprawa, że wcześniej przez pół roku stało puste, bo zastanawiała się, czy w ogóle chce je komuś udostępnić. Zaproponowała najem okazjonalny, co oznacza, że w razie potrzeby łatwiej jej będzie nas eksmitować i wyegzekwować zaległości. Dla mnie to jest w porządku. Ważne, że mam już ten koszmar za sobą.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Kim pan jest, panie W.? Skąd się wziął i na czym dorobił cichy bohater afery taśmowej

Cała Polska usłyszała o zeznaniach Marcina W. Najpierw, że Marek Falenta sprzedał Rosjanom słynne „taśmy prawdy”; potem, że Michał Tusk przyjął 600 tys. euro łapówki. Ale równie ciekawe jak zeznania są biznesy Marcina W. I jego związki z CBA.

Marek Czarkowski
05.12.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną