Rasizm – choroba globalna

Porządek ras
Dla współczesnych rasistów kolor skóry stał się mniej ważny niż podrzędność kulturowa ich wrogów. Tak rozumiany rasizm to dziś globalna zaraza.
Parada neonazistów niemieckich. Monachium 2005 r.
Rufus46/Wikipedia

Parada neonazistów niemieckich. Monachium 2005 r.

Wolf/Corbis

Groźba wybuchu trzeciej wojny światowej na rosyjsko-ukraińskiej granicy czy wirus ebola, który dotarł już do Berlina – wszystko to w zeszłym tygodniu zeszło na drugi plan, bo nad Europą zawisł duch Schadenfreude. Gdyby wnioskować z czołówek największych europejskich gazet, w tych dniach mieszkańcy Starego Kontynentu najbardziej przejęli się zamieszkami w 20-tys. Ferguson w stanie Missouri, które wybuchły, gdy biały policjant zastrzelił czarnoskórego nastolatka.

Największe używanie mieli jednak ci, którzy akurat w tej sprawie powinni siedzieć cicho. Irański MSZ zapraszał amerykańskich polityków na szkolenia z praw człowieka, Chińczycy tłumaczyli, że rasizm będzie na zawsze wpisany w amerykańską psyche. W rosyjskich mediach furorę robił termin „AfroMajdan”.

Ameryka niewątpliwie ma problem z rasizmem, ale przypisywanie jej wyjątkowości w tym względzie jest doprawdy niesprawiedliwe – przekonuje Francisco Bethencourt, historyk rasizmu z King’s College w Londynie. Różnica między Ameryką i jej oskarżycielami polega głównie na tym, że Amerykanie potrafią o rasizmie rozmawiać, choć nie zawsze ze skutkiem. Natomiast w takich krajach, jak Rosja czy Chiny, rasizm ma się bardzo dobrze, ale jest tematem tabu. Jeszcze ciekawszy jest przykład Europy, która już dawno uznała, że idea rasizmu została naukowo skompromitowana, a jej oświecone społeczeństwa raz na zawsze zabezpieczyły się przed tą chorobą za pomocą szczepionki „Holocaust”.

Nic bardziej mylnego, rasizm ma się doskonale. Ale od czasów Arthura de Gobineau zmienił formę do tego stopnia, że klasyczne definicje już za nim nie nadążają. Dla większości współczesnych badaczy rasizm nie jest już dziś definiowany na podstawie różnic fizjologicznych czy nawet etnicznych, ale względem „niewydolności kulturowej”. W Europie Zachodniej współcześni rasiści nie mierzą już czaszek niechcianych imigrantów, tylko podkreślają ich „kulturowe zacofanie” i niezdolność do życia w wyższej cywilizacji. I taki rasizm to choroba globalna.

Abraham Orteliusz, słynny flamandzki kartograf, wydał w 1570 r. pierwszy drukowany atlas świata Theatrum Orbis Terrarum. Dzieło szybko zyskało miano bestsellera, a jego strona tytułowa na kilka wieków ustaliła porządek ras. Są tam więc cztery kobiety. Najwyżej na tronie zasiada piękna Europa, wyposażona w symbole mądrości, sprawiedliwości i moralności. Poniżej Azja, ugrzeczniona, dystyngowana, ale też zdolna do nieludzkiego okrucieństwa. Obok niej Afryka, której suknia ledwo trzyma się na biodrach, podkreślając jej lubieżność i barbarzyństwo. I w końcu na samym dole leży naga Ameryka i trzyma w dłoni odrąbaną głowę.

Każda cywilizacja ma taką porządkującą świat legendę. W chińskiej wersji pojawia się boski garncarz, który ulepił człowieka z gliny. Dopiero za trzecim razem wiedział, kiedy go wyciągnąć z pieca – ani za czarnego, ani za białego. Wyszedł mu piękny, żółty człowiek, i tak powstali Chińczycy.

Rasizm w Azji

Rasizm w wersji azjatyckiej, może poza reżimem Czerwonych Khmerów, nigdy nie zaowocował spójną ideologią, która przerodziłaby się w systematyczną dyskryminację. Co też nie oznacza, że jest mniej bolesny dla swoich ofiar. Książka holenderskiego antropologa Franka Dikottera „Dyskurs rasizmu we współczesnych Chinach” z 1992 r. przytacza historię chińskiego medalu Ulepszacza Rasy z przełomu XIX i XX w. Był on przyznawany wszystkim Azjatom, którzy żenili się z czarnymi kobietami i mieli z nimi dzieci w imię „oczyszczania czarnej rasy”.

W XX w. tradycyjne przeświadczenie o niższości kulturowej czarnych wymieszało się z zachodnim „rasizmem naukowym” i zaowocowało jedynym w swoim rodzaju konstruktem: „żółci” odwiecznie zmagają się z równymi sobie „białymi”, poza polem tej walki są „czarni”, „brązowi” i „czerwoni”. Przy czym chińskie odczucia wobec Europejczyków są wciąż mieszanką niechęci oraz braku zaufania i jednocześnie zazdrości i podziwu.

Jak opisuje Dikotter, Koreańczycy, tak jak Chińczycy, dorobili się własnej hierarchii ras. Najwyżej są oni sami i ich najwięksi wrogowie Japończycy. Obie nacje przeszły zresztą podobną drogę, od izolacji do nieco wymuszonej otwartości. Nienawidzą się nawzajem, w latach 90. w Japonii najprostsze aparaty fotograficzne zyskały miano bakachon camera, czyli aparatów dla idiotów i Koreańczyków. W przypadku ludzi z Zachodu pogarda często miesza się natomiast ze zdystansowaniem. Europejczyk w tokijskim metrze raczej nie musi się martwić o miejsce, bo tubylcy zaraz się od niego odsuną. Zresztą tak jak w publicznej toalecie.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj