Starmer przetrwał, ale kryzysu nie zażegnał. Nijakie premierostwo musi się skończyć
„Zamierzam kontynuować misję kierowania rządem i krajem” – oświadczył Keir Starmer po posiedzeniu jego gabinetu we wtorek. Szef laburzystów jest pod ostrzałem po wyborach samorządowych. Partia Pracy straciła aż 1229 miejsc we władzach lokalnych, a 1372 nowe mandaty padły łupem Reform UK Nigela Farage’a, ojca brexitu i antagonisty wszelkich form liberalizmu.
Starmer nie chce odejść
Te liczby nieco fałszują ogólny obraz brytyjskiej polityki, wszak, jak przypomina „The Guardian”, laburzyści nadal mają największy stan posiadania w samorządach (ponad 31 proc. wszystkich stanowisk), podczas gdy Reform kontroluje tylko 5 proc., tak samo jak inny wielki zwycięzca czwartkowego głosowania: Partia Zielonych. Niemniej trend widać i trudno go odwrócić. To populiści z lewej i prawej strony mają inicjatywę, narrację, zyskują kolejne przyczółki, podczas gdy Starmer utknął na mieliźnie intelektualnej – i nic nie wskazuje, żeby był w stanie szybko się z niej wydostać.
„Guardian”, „New Statesman” czy „Prospect” już rok temu wydały na niego wyrok, zakładając, że majowa porażka go pogrzebie. Rzeczywiście, pod względem zysków i strat mandatów to były najgorsze wybory samorządowe w historii partii.
Starmer mówił członkom swojej formacji, że „opinia publiczna nie przyjęłaby dobrze zmiany przywództwa”, nawiązując do chaosu, który wywołali torysi: mieli pięciu premierów przez 14 lat, w 2024 r. ponieśli wielką porażkę i osunęli się w polityczny niebyt.
Ale Starmer brzmi już jak zdarta płyta. Nie oferuje żadnych nowych rozwiązań, brak mu energii i impetu, powtarza klisze o „odpowiedzialności za zły wynik partii”. A jednocześnie nic nie zmienia. Jest mniej popularny niż Liz Truss, katastrofalna szefowa rządu z Partii Konserwatywnej, która utrzymała się u władzy 44 dni i odeszła z powodu presji rynków finansowych.
Czytaj też: Kryzys w Wielkiej Brytanii. Czy Epstein obali rząd Starmera? Gdzie nie spojrzeć: katastrofa
Brexit był błędem
Właściwie nie wiadomo nawet, o co mu chodzi i czy ma plan na dalsze rządzenie. W poniedziałek opublikował w „Guardianie” gościnny esej, w którym tłumaczył, że „debata nie toczy się między lewicą a prawicą, tylko między dobrobytem wszystkich albo przywilejami dla wybranych”. Odniósł się do dwóch starych-nowych osi sporu, które znów definiują brytyjską politykę. Pierwszą z nich jest podział klasowy. „The Economist” opublikował niedawno wymowny wykres pokazujący poparcie dla partii w zależności od zasobu portfela. Ci wyborcy, którzy nie mają oszczędności, miewają problemy z płaceniem rachunków za energię albo korzystają z mieszkań komunalnych, najczęściej popierają Zielonych albo Reform, czyli jeden z dwóch brytyjskich populizmów.
Z kolei osoby z klasy średniej, zamożne lub bardzo zamożne, mieszkające w dużych miastach, popierają partie starego typu, właściwie bez względu na ich ideologię. Niknie więc podział programowy w elektoratach torysów i laburzystów, a nawet Liberalnych Demokratów. Wybór między nimi w dużej mierze zależy już tylko od kandydata.
Drugą osią sporu staje się brexit, który triumfalnie wraca na scenę polityczną. Wiele lat temu popularna była opinia, że premier, który nie rozbroi brexitu, zostanie przez brexit usunięty ze stanowiska. To może przydarzyć się Starmerowi. Z jednej strony próbuje przyciągnąć Wielką Brytanię z powrotem do Europy, z drugiej – urzędnicy w Brukseli nie wiedzą, jakie propozycje ma dla Unii. Cały czas mowa o partnerstwie w obronności, wspólnym długu i rynku, ale Starmer rządzi prawie dwa lata, a konkretów brak.
Nikt przy zdrowych zmysłach nie uważa dzisiaj brexitu – w takim kształcie, w jakim został przeprowadzony – za dobry pomysł. Danych nie da się oszukać, imigracja z krajów pozaeuropejskich skoczyła do niebotycznych rozmiarów, nowych bilateralnych układów handlowych nie ma i raczej nie będzie, a zapowiedziane benefity gospodarcze nigdy się nie zmaterializowały. Brytyjczycy wiedzą, że brexit był błędem.
Przeprowadzone 16–17 kwietnia badanie sondażowni YouGov pokazuje, że aż 55 proc. Brytyjczyków chciałoby powrotu do struktur unijnych na pełnych prawach członkowskich. Przeciw zagłosowałoby tylko 33 proc. Bliższej współpracy z Brukselą, choć bez odzyskiwania statusu członkowskiego, chce 63 proc. osób, przy opozycji wynoszącej zaledwie 20 proc. Nawet 40 proc. wyborców Reform UK chciałoby zbliżenia ze wspólnotą. Powrotu do Europy chce zdecydowana większość elektoratów laburzystów, Zielonych i Liberalnych Demokratów. Tymczasem Starmer nadal mówi komunały, jakby był na te liczby ślepy.
Wprawdzie powiedział w poniedziałek, że jest gotów „porzucić swoje czerwone linie” w kwestii brexitu, ale nie zapowiedział np. pełnego powrotu do jednolitego rynku w kolejnej kadencji. Cały czas balansuje na krawędzi, boi się odważnych ruchów, a nawet deklaracji, jak ognia unika rozmowy o pełnym powrocie do UE. „To szczyt brexitu. Status quo jest niemożliwy do utrzymania, preferowany przez rząd częściowy dostęp do wspólnego rynku jest niepraktyczny, a alternatywy – nierealne” – pisze Anand Menon, szef think tanku UK in the Changing Europe, na łamach „New Statesman”.
Czytaj też: Uwodziciel. Peter Mandelson: przez takich jak on państwa wpadają w ręce szalonych populistów
Kto za Starmera?
Niektórzy komentatorzy wieszczą laburzystom apokaliptyczną przyszłość. Alistair Campbell, jeden z ojców założycieli New Labour czasów Tony’ego Blaira, współautor popularnego podkastu „The Rest is Politics”, powiedział w najnowszym odcinku, że Partia Pracy wchodzi w strefę zagrożenia egzystencjalnego. Laburzyści mogą skończyć jak Partia Socjalistyczna we Francji, dziś posiadająca ułamek dawnych wpływów.
Problem w tym, że Starmera nie bardzo ma kto zastąpić. Media promują ministra energii Eda Milibanda jako premiera tymczasowego. Jest też Andy Burnham, burmistrz aglomeracji Manchesteru, ale najpierw musiałby uzyskać mandat w Westminsterze.
Możliwe, że to on dokończy kadencję. Małe są jednak szanse na to, że przywróci laburzystom rolę partii dominującej na lewo od centrum. W czasach gigantycznych przemian technologicznych, klimatycznych i demokratycznych potrzeba reform, żeby usprawnić zarządzanie państwem. Tymczasem Starmer wyrósł już na premiera z największą awersją do ryzyka w historii Wielkiej Brytanii. Jego premierostwo jest po prostu tak nijakie, że równie dobrze mogłoby go nie być.