Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Świat

Wybory w Izraelu. I Netanjahu, i Eisenkot może ogłosić się zwycięzcą. Prawdziwa próba przed nimi

Preferuj w Google
Dodaj nas do ulubionych źródeł w Google, aby częściej widzieć „Politykę” w wynikach wyszukiwania.
x
Zwolennik Beniamina Netanjahu całuje jego plakat wyborczy w sztabie Likudu, 27 października 2026 r. Zwolennik Beniamina Netanjahu całuje jego plakat wyborczy w sztabie Likudu, 27 października 2026 r. Ammar Awad / Reuters / Forum
Według wyników exit poll żaden obóz nie zdobył większości. Czekają nas zapewne długie negocjacje koalicyjne, które mogą nie doprowadzić do powstania alternatywnego rządu.

Wyniki opublikowane tuż po zamknięciu lokali wyborczych wskazują, że więcej mandatów zdobył obóz zmiany z Gadim Eisenkotem na czele (52–53), obóz rządzący może liczyć na 50. Jednak to Likud Beniamina Netanjahu prawdopodobnie będzie największą partią w Knesecie (24–25 mandatów), Jaszar Eisenkota zdobył 21–23. A więc obaj politycy mogą ogłosić się zwycięzcami. Progu wyborczego nie przekroczyły dwa prawicowe ugrupowania, które mogły być zapleczem dla Netanjahu.

W sztabie Demokratów Jaira Golana, którzy są częścią obozu zmiany, zapanowała radość, ale powodów do świętowania jeszcze nie ma. – Nie odnieśliśmy wyraźnego zwycięstwa. Przed nami długa droga do stworzenia rządu. Może być różnie – przyznaje Adar, który przyszedł tu z żoną.

Exit poll Kanału 14, tuby propagandowej Netanjahu, wskazuje, że obóz rządowy zdobył 60 głosów (o jeden mniej, niż potrzeba do 61-mandatowej większości), a ekipa Eisenkota tylko 43.

Najważniejszy wniosek, jaki płynie z tych wyborów, to że większość Izraelczyków głosowała przeciw Netanjahu – obóz Eisenkota i partie arabskie (17–18 miejsc w Knesecie) zdobyły w sumie 70–73 mandaty.

Jak powstaje rząd Izraela

Co teraz? Prawo przewiduje trzy próby utworzenia rządu. Zwykle trwa to od 20 do 100 dni. W ciągu tygodnia od ogłoszenia oficjalnych wyników wyborów do 120-osobowego Knesetu prezydent odbywa konsultacje z przedstawicielami wszystkich frakcji parlamentarnych. Misję sformowania rządu powierza temu członkowi Knesetu (zazwyczaj liderowi największej partii), który ma największe poparcie i szansę na zebranie większości. Wybrana osoba ma 28 dni na zbudowanie koalicji.

Prezydent może wydłużyć ten czas o kolejne dwa tygodnie. Jeśli się nie uda, może poprosić innego członka Knesetu o podjęcie próby utworzenia rządu – kandydat ma na to 28 dni, nie więcej.

W trzecim kroku 61 członków Knesetu może zwrócić się do prezydenta z wnioskiem o powierzenie misji kolejnej osobie, która otrzymuje na to 14 dni. Jeśli i to się nie powiedzie, ogłaszane są nowe wybory.

Historia pokazuje, że lider, któremu jako pierwszemu powierzono zadanie utworzenia rządu, potrafi je zrealizować. Jak będzie teraz? Wszystko wskazuje, że bez poparcia partii arabskich żadnemu z kandydatów to się nie uda. Potencjalnie większe szanse miałby Eisenkot, choć hipotetyczni koalicjanci przed wyborami odgrażali się, że nie wejdą w sojusz z Arabami. Partie arabskie mogłyby pomóc stworzyć rząd mniejszościowy lub nawet większościowy, gdyby największy oponent tego rozwiązania Awigdor Liberman, lider formacji Nasz Dom Izrael, wycofał się do opozycji (7–8 mandatów).

Ustawa zasadnicza dopuszcza utworzenie rządu mniejszościowego, ale pod warunkiem, że popierająca go większość względna jest liczniejsza niż grupa posłów, którzy są mu przeciwni.

Netanjahu znów straszył

Obserwowanie wyborów w Izraelu z bliska to ciekawe doświadczenie. W odróżnieniu od Polski nie obowiązuje tu w zasadzie cisza wyborcza – poza agitowaniem w lokalach wyborczych i publikowaniem sondaży w dniu wyborów można niemalże wszystko.

Beniamin Netanjahu zagrał tą samą kartą co w 2015 r. – straszył „hordami Arabów” zmierzających do urn. Już rano było jasne, że frekwencja będzie rekordowa – do godz. 10 głos oddało ok. 17 proc. osób (ok. 1,2 mln spośród ponad 7 mln uprawnionych). Potem padały kolejne rekordy, w tym ten sprzed prawie 50 lat. Netanjahu zaczął więc publikować komunikaty do swojej bazy wyborczej: „Lewaczki prowadzą do głosowania arabskie kobiety”. Opublikował też zdjęcie z podobizną jednego z arabskich polityków z podpisem: „Arabskie autobusy Ahmeda Tibiego już czekają”.

Kanał 14 zorganizował nawet debatę o tym, czy Iran zrzuci bombę atomową na Tel Awiw, jeśli Netanjahu przegra. To nawiązanie do zdjęcia opublikowanego w jego mediach społecznościowych kilka dni przed wyborami, na którym przy wsparciu AI wygenerowano obraz grzyba atomowego nad Tel Awiwem. Jeden z dyskutantów z poważną miną stwierdził, że „tysiące ludzi zostanie spalonych żywcem”. Oczywiście nikt nie zadał sobie trudu, by wyjaśnić, że Iran nie posiada bomby atomowej. Co więcej, jego program jądrowy został rzekomo zniszczony podczas dwóch serii ataków – w czerwcu 2025 i wczesną wiosną tego roku.

Obserwatorzy donosili o kolejnych nieprawidłowościach w lokalach wyborczych, w których głosowali Arabowie i Beduini. W dwóch beduińskich wioskach ponoć celowo odcięto prąd, gdzieś zabrakło kart wyborczych, gdzieś przedłużano głosowanie bez wyraźnego powodu. Z kolei w lokalach, gdzie głosowali głównie zwolennicy rządu, raportowano nadprogramowe karty wyborcze. Przypomnijmy: Izraelczycy nie zakreślają nazwisk, po prostu wybierają karteczkę z symbolem partii, którą popierają, wkładają ją do koperty i wrzucają do urny. Mandaty otrzymuje tylu kandydatów danej listy, ile proporcjonalnie oddano na nią głosów.

„Tylko Bibi”

Byłam dziś w kilku miastach i przyglądałam się, jak Izraelczycy traktują ten dzień. W Pisgat Ze’ev, żydowskim osiedlu we Wschodniej Jerozolimie, bastionie prawicy, ludzie postanowili wykorzystać wolne i od rana ruszali na zakupy. Każdy, kogo spotkałam, mówił, że „tylko Bibi”. – Nie ma silniejszego polityka niż on. Trudno zaufać komukolwiek innemu – powiedziała 50-letnia Rivka. – Od 30 lat głosuję na Likud, tym razem też. Mój syn właśnie wrócił z wojny. Tylko w ten sposób zapewnimy sobie bezpieczeństwo. Bibi gwarantuje nam ścisły sojusz z Ameryką, nikt nie ma równie dobrych kontaktów z Donaldem Trumpem – mówił Haim z Jerozolimy.

Ludzie rozmawiali o polityce, choć oczywiście nie wszędzie tak samo. W Bnei Brak, ok. 200-tysięcznym mieście, w ponad 90 proc. zawsze głosującym na obóz Netanjahu, a właściwie partie religijne, pytałam, skąd się bierze to poparcie. Odpowiedź za każdym razem była ta sama: „Rabin mi tak powiedział”. – Nie głosujemy na tego czy tamtego. Ufamy, że rabin wskaże nam osobę, która ochroni nasze wartości – przyznaje Esther Weber z Bnei Brak.

Po drodze zajrzałam jeszcze do Ra’anany, zamożnego miasta niedaleko Tel Awiwu. To jak znaleźć się w innej rzeczywistości. Najgęściej zaludnione miasto w kraju, siódme pod tym względem miasto na świecie, na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie mocno zaniedbanego: wszędzie walają się śmieci, chodniki są wąskie, matkom towarzyszy co najmniej pięcioro dzieci.

W porównaniu z tym Ra’anana przypomina nasz Sopot czy inny kurort. Czysto, elegancko, ładne wille w centrum miasta. To tutaj mieszka Naftali Bennett, jeden z liderów partii BeJachad (Razem). – Chciałam na niego głosować, ale za bardzo ufa Lapidowi, którego uważam za lewicowego polityka. Wydaje mi się, że tylko Liberman zagwarantuje nam to, czego potrzebujemy: bezpieczeństwo i to, by w końcu wszyscy służyli w wojsku. Trudno prowadzić wojny z tyloma wrogami, gdy nie mamy dość żołnierzy – mówi Lidia, której dziadkowie pochodzili z Polski.

Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Polskie tabu. Samotne matki nie mają już siły. Umierają w biegu, ale po kawałku, żeby dzieciom nie było smutno

Samotne matki na wizytach w poradni albo na konsultacjach na SOR nie mówią wszystkiego, bo boją się, że lekarz je zamknie na oddziale. I dlatego nie mówią o myślach samobójczych.

Aleksandra Grabowiecka
16.10.2026

Subskrybuj, by korzystać bez ograniczeń.
5 zł / tydzień przez miesiąc rok.

Kup dostęp
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną