Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Kraj

Walkę klas zastąpi w Polsce wojna płci? Ostatecznie wszyscy na tym stracimy

Najmocniej różnicującym elektoraty czynnikiem nie jest dziś poziom dochodów, lecz płeć. Najmocniej różnicującym elektoraty czynnikiem nie jest dziś poziom dochodów, lecz płeć. Chuttersnap / Unsplash
Badania CBOS rzucają nowe światło na polską politykę. Na niespełna dwa lata przed wyborami okazuje się, że coraz mniej dzieli nas zasobność portfela, a coraz mocniej płeć i różnice w stylach życia.

W lutym 2014 r. na łamach „Gazety Wyborczej” ukazał się głośny wywiad Grzegorza Sroczyńskiego z prof. Marcinem Królem. Większość zapamiętała go przez jedno zdanie: „byliśmy głupi” – gorzkie rozliczenie inteligentów z brakiem wrażliwości społecznej po 1989 r. Choć rozmowa była znacznie szersza i dotykała wielu wątków, to właśnie ta fraza zdominowała jej odbiór. Wypowiedziana na rok przed dojściem PiS do władzy, brzmiała jak polityczne mane, tekel, fares – proroctwo sformułowane zbyt późno, by można było cokolwiek w nim zmienić.

W 2015 r. PiS wrócił do władzy po długiej przerwie już nie jako partia konserwatywnych inteligentów, lecz – wchłaniając elektorat Samoobrony – formacja ludzi ekonomicznie wykluczonych i przez lata pomijanych. Programy socjalne wprowadzone przez rząd Beaty Szydło wryły się w pamięć wyborców tak mocno, że do dziś PiS pozostaje jedyną dużą partią, która realnie kojarzy się z interesami ludzi uboższych, mimo że rząd Donalda Tuska te programy waloryzował i wprowadził rentę wdowią.

Jak wydostać się z biedy

Potwierdzają to najnowsze badania CBOS (opublikowane w grudniu 2025). Pokazują, że elektorat PiS wyraźnie wyróżnia się najniższymi dochodami i najsłabszą oceną własnych warunków materialnych spośród wszystkich ugrupowań. Mamy tu do czynienia z elektoratem mocno wiejskim (aż 53 proc. mieszka na wsi), wyraźnie wiekowym (59 proc. stanowią osoby w wieku 55+, w tym 40 proc. powyżej 65. roku życia) oraz w dużej mierze niepracującym (54 proc. to osoby pozostające poza rynkiem pracy, głównie emeryci i renciści). Gołym okiem widać, że PiS stał się partią emerytów, co zresztą zaczyna dostrzegać także wierchuszka ugrupowania, sygnalizując, że jego przyszły premier powinien być „przed pięćdziesiątką”.

Na te dane warto nałożyć inne badanie CBOS i pytanie zadane respondentom w listopadzie ubiegłego roku: „Co Pana(i) zdaniem przede wszystkim decyduje o tym, że niektórzy ludzie nie mogą wydostać się z biedy?”. Najczęściej wskazywano „niezaradność życiową” (56 proc.), „lenistwo” (51 proc.) oraz alkoholizm (48 proc.). Odpowiedź „brak wsparcia i opieki ze strony państwa” zaznaczyło zaledwie 8 proc. respondentów. Co ciekawe, w 2007 r. na tak postawione pytanie państwo było oskarżane przez 24 proc. badanych, a w 2017 przez 15.

Choć nie wiemy, jak odpowiadali wyborcy poszczególnych partii, z badania jasno wynika jedno: Polacy coraz rzadziej postrzegają państwo jako kluczowego gracza w walce z biedą. Odpowiedzialność przesuwa się z systemu na jednostkę. Widać to również w sondażach PiS – ugrupowania, które jako jedyne konsekwentnie zbierało elektorat ekonomicznie wykluczonych, a dziś wraz z wyczerpywaniem się języka redystrybucji coraz wyraźniej traci polityczne znaczenie.

Czytaj też: Skąd ta nagła bieda? Trzeba zabrać, żeby dać. Bez zmiany zasad 800 plus i trzynastki pieniędzy nie będzie

Walkę klas zastąpi wojna płci?

Zagłębiając się w lekturę kolejnych tabelek, coraz łatwiej dojść do wniosku, że polityczna przepowiednia prof. Króla, która była niezwykle adekwatna dekadę temu, dziś sprawdza się coraz mniej.

Najmocniej różnicującym elektoraty czynnikiem nie jest dziś poziom dochodów, lecz płeć. Koalicja Obywatelska i Lewica mają wyraźnie sfeminizowany elektorat – kobiety stanowią odpowiednio 62 proc. i 65 proc. ich wyborców – podczas gdy Konfederacja Wolność i Niepodległość oraz Konfederacja Korony Polskiej są ugrupowaniami niemal jednoznacznie męskimi (76 proc. i 75 proc. mężczyzn). PiS pozostaje jedyną dużą partią względnie neutralną pod względem płci, co paradoksalnie jeszcze wyraźniej podkreśla polaryzację na pozostałych biegunach sceny politycznej.

Im młodsi wyborcy, tym szerzej zaczynają się rozwierać nożyce różnicy płciowej. W Portugalii na każdy głos młodej kobiety oddany na skrajną prawicę przypada niemal pięć głosów mężczyzn. Podobne proporcje obserwujemy w Chorwacji i Hiszpanii (dane European Policy Centre). Ta sama zależność powtarza się w całym demokratycznym świecie: od Korei Południowej, gdzie młodzi mężczyźni i kobiety głosują skrajnie różnie, po wybory stanowe w USA, jak w New Jersey, gdzie płeć stała się jednym z najsilniejszych predyktorów zachowań wyborczych.

Sama różnica w preferencjach nie jest niczym nowym – kobiety i mężczyźni zawsze głosowali nieco inaczej. Nowe jest to, że właśnie ta różnica wysuwa się dziś na pierwszy plan. Coraz częściej zdarza się, że wyborcy pochodzą z tej samej miejscowości, kończą te same szkoły, pracują w tych samych zawodach i zarabiają podobne pieniądze, a mimo to podejmują odmienne decyzje polityczne. O rozstrzygnięciu nie decyduje już klasa społeczna ani pozycja ekonomiczna, lecz właśnie płeć.

Elektorat młody, wielkomiejski

W tym miejscu warto wrócić do danych CBOS i spojrzeć na elektoraty innych partii właśnie przez pryzmat dochodów i miejsca zamieszkania, bo to one najlepiej pokazują, jak dalece klasyczny podział ekonomiczny przestaje dziś porządkować scenę polityczną.

Poza PiS niemal wszystkie duże ugrupowania mają elektoraty relatywnie zamożniejsze niż średnia oraz wyraźnie bardziej miejskie. Wyborcy KO i Lewicy częściej niż przeciętnie deklarują wysokie dochody – w elektoracie KO co piąty badany osiąga co najmniej 9 tys. zł netto miesięcznie, a wśród wyborców Lewicy dochody poniżej 3 tys. zł należą do rzadkości. Jeszcze wyraźniej widać to w subiektywnej ocenie sytuacji materialnej: aż 78 proc. wyborców KO i 80 proc. wyborców Lewicy ocenia swoje warunki życia jako dobre. To najwyższe wskazania spośród wszystkich ugrupowań.

Równie charakterystyczny jest profil terytorialny. Elektoraty KO, Lewicy i Razem są skoncentrowane w miastach, zwłaszcza średnich i dużych. W przypadku Lewicy ponad 80 proc. wyborców mieszka w miastach, a niemal połowa w ośrodkach liczących co najmniej 100 tys. mieszkańców. Podobnie wygląda elektorat Razem – młody, miejski i niemal nieobecny na wsi. Również Konfederacja Bosaka i Mentzena, choć często postrzegana jako formacja „antysystemowa”, wcale nie opiera się na peryferiach: jej elektorat ma strukturę miejsca zamieszkania zbliżoną do średniej, a sympatycy Ruchu Narodowego są wręcz nadreprezentowani w największych miastach.

Co więcej, wyborcy Konfederacji i Konfederacji Korony Polskiej częściej niż przeciętnie deklarują wysokie dochody – w obu przypadkach ponad jedna piąta osiąga co najmniej 9 tys. zł netto – a wśród wyborców Korony Polskiej szczególnie wysoki jest odsetek prowadzących własną działalność gospodarczą. Paradoks polega na tym, że mimo relatywnie dobrych dochodów ich ocena własnej sytuacji materialnej bywa niska, co pokazuje, że polityczne wybory nie wynikają już wprost z poziomu zarobków.

Z zestawienia tych danych wyłania się prosty wniosek: poza elektoratem PiS różnice dochodowe i terytorialne przestają być czynnikiem wyraźnie różnicującym wyborców. Mieszkańcy miast, często dobrze wykształceni i relatywnie zamożni, rozchodzą się politycznie w zupełnie inne strony: od liberalnego centrum po radykalną prawicę i lewicę. To kolejny sygnał, że oś konfliktu przesuwa się z ekonomii ku tożsamości, stylom życia i – jak pokazują wcześniejsze dane – płci.

Czytaj też: Czas korekty. Tusk lawiruje, Kaczyński też. Nawrocki zobaczył ścianę. Zaczyna się nowa gra

Styl życia, tożsamość, płeć

Partyjni liderzy już to zauważyli. Sławomir Mentzen, rozczarowany wynikiem Konfederacji w 2023 r., odprawił z ugrupowania Janusza Korwin-Mikkego – otwartego mizogina – i zaczął świadomie promować kobiety: Annę Bryłkę i Ewę Zajączkowską-Hernik. Obie z powodzeniem wystartowały w wyborach do Parlamentu Europejskiego i stały się częścią strategii mającej zdjąć z Konfederacji wizerunek formacji niemal wyłącznie męskiej.

Dane CBOS pokazują jednak, że efekt tej zmiany jest ograniczony. Elektorat Konfederacji pozostaje zdecydowanie męski, a obecność kobiet w pierwszym szeregu nie przełożyła się na wyraźne poszerzenie zaplecza wyborczego. Zmiana personalna okazała się łatwiejsza niż zmiana kodu kulturowego, w którym partia wciąż komunikuje się ze swoim elektoratem.

Z kolei Magdalena Biejat w kampanii prezydenckiej próbowała wykonać korektę w przeciwnym kierunku, mówiąc o obniżeniu wieku emerytalnego mężczyzn i konieczności szerszego dostępu do profilaktyki zdrowotnej skierowanej właśnie do nich. Jednak lata konsekwentnego budowania przekazu, w którym „lewica jest kobietą”, utrwaliły wizerunek tej formacji na tyle mocno, że pojedyncze postulaty adresowane do mężczyzn nie zdołały przełożyć się na realne poszerzenie elektoratu.

We wspomnianym na początku tekście prof. Król zarzucał progresywnym elitom, że zajęły się nierównościami płciowymi i seksualnymi, tracąc z oczu „proste nierówności ekonomiczne, które są skandalem”. Krytykował porzucenie XIX-wiecznych kategorii społecznych na rzecz tematów nowych, modniejszych i – jego zdaniem – zastępczych. Tyle że dekadę później okazuje się, iż to nie elity dokonały tej ucieczki w tożsamość, lecz całe społeczeństwo. Z danych CBOS wynika, że nierówności mobilizują dziś właściwie tylko elektorat emerycki. To, co Król widział jako dowód oderwania elit od rzeczywistości, stało się doświadczeniem powszechnym – konflikty ekonomiczne ustąpiły sporom o styl życia, tożsamość i płeć. I to one, a nie wysokość dochodów, zaczęły na nowo organizować polityczną wyobraźnię Polaków.

Przypuszczam, że na tym przesunięciu wszyscy ostatecznie stracimy. Świat nierówności ekonomicznych jest po prostu łatwiejszy do ogarnięcia. Używając języka marksistowskiego: gdy baza zaczyna ustępować nadbudowie, polityka odrywa się od codziennego doświadczenia ludzi i zaczyna kręcić się wokół symboli, emocji i tożsamości. Spory o pieniądze, pracę czy warunki życia można jeszcze negocjować. Spory o to, kim jesteśmy, rzadko prowadzą do kompromisu. Zamiast konfliktów, które da się rozbroić decyzją polityczną, dostajemy wojny, które żyją własnym życiem – i same w sobie stają się paliwem polityki.

Reklama

Czytaj także

null
Kraj

Węgierska azylantka Patrycja Kotecka. „Są sprawy, które mogą wyjść na jaw. To ją psychicznie rozkłada”

Inteligentna, odporna psychicznie i tajemnicza. Ma wpływy w mediach. Decydowała o tym, co się działo w Ministerstwie Sprawiedliwości. Od niedawna znajduje się pod ochroną węgierskiego rządu. Jaką rolę odgrywa Patrycja Kotecka-Ziobro?

Anna Dąbrowska
29.01.2026
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną