Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Kraj

Notatnik polityczny. Kaczyński podjął decyzję. A gdyby tak kandydatem PiS na premiera został Mariusz Błaszczak...

Mariusz Błaszczak i Jarosław Kaczyński Mariusz Błaszczak i Jarosław Kaczyński Kacper Pempel / Forum
Prezes Jarosław Kaczyński ogłosił, że w marcu przedstawi kandydata PiS na premiera, przy czym chyba nikt przytomny nie sądzi, że wskazany pomazaniec przetrwa półtora roku w tej zaszczytnej roli. Znaczyłoby to bowiem, że odniósł spektakularny na sukces i wybił się na niepodległość, a to w PiS jest grzech śmiertelny i niewybaczalny.

Lider Prawa i Sprawiedliwości zawitał 19 lutego w gościnnych progach Radia Maryja, gdzie obwieścił, że w jego „głowie i sercu” zalągł się oraz zakwitł przyszły polski premier. Kaczyński nie ujawnił nazwiska, ale zapowiedział, że uczyni to w marcu. Ogłoszenie wzbudziło zrozumiałe poruszenie, więc przez kilka dni media serwowały nam zestawy potencjalnych kandydatów: Bogucki, Bocheński, Jaki, Szefernaker, Czarnek. Na liście zmieściła się nawet wiceprezeska PiS Anna Krupka, ale jej wybór świadczyłby o dużym poczuciu humoru Jarosława Kaczyńskiego. Można też spekulować o prezydencie Stalowej Woli Lucjuszu Nadbereżnym, który zbiera w ostatnich dniach entuzjastyczne recenzje w prawicowych mediach oraz wśród części członków Prawa i Sprawiedliwości – zachwycał się nim między innymi Janusz Kowalski.

Jednym słowem, na dziennikarskiej giełdzie zmieścili się niemal wszyscy, a i tak brakuje Mateusza Morawieckiego, więc na pewno byłemu premierowi jest przykro. Ale być może niepotrzebnie, bo prezes Kaczyński w rozmowie u Redemptorystów wprost powiedział, że „różnego rodzaju zasługi, zdolności, nie mogą być tym, co jest jedyną przesłanką wyboru”, z czego wynika, że największe szanse mają osoby bez zasług oraz o umiarkowanych zdolnościach. Jakimś pocieszeniem dla Morawieckiego może być też fakt, że zapowiadany kandydat to oczywiście wabik: prezes uznał – niekoniecznie trafnie – że spór frakcyjny w jego formacji napędza głównie konflikt o partyjną nominację na szefa rządu, więc chciał w ten sposób zakończyć wewnętrzną wojnę. Bo w strategii Kaczyńskiego z partią trzeba postępować jak z dzieckiem: jak mu się nudzi i płacze, to warto rzucić szkrabowi jakąś zabawkę, żeby się zajął czymś wesołym. A potem się zobaczy. Ktoś złośliwy mógłby również zauważyć, że ogłaszanie nazwiska przyszłego premiera przez partię, która ma trudność z dobiciem do 25 proc. w sondażach, jest jednak nieco ekscentryczne.

Czytaj też: Nawrocka tuż za Kwaśniewską. Polacy kupili wizerunek dziewczyny z sąsiedztwa?

Premier z PiS jako etykieta zastępcza

Zresztą chyba nikt przytomny nie sądzi, że kandydat na szefa rządu wskazany w najbliższych tygodniach przez Kaczyńskiego rzeczywiście kiedykolwiek zostanie premierem. Kłóciłoby się to z całą historią polityczną prezesa PiS. Każdy jego analogiczny wybór z przeszłości był bowiem wyborem z kapelusza, decyzją podejmowaną ad hoc, zależnie od politycznych okoliczności. Tak było z Kazimierzem Marcinkiewiczem, tak było z Beatą Szydło i tak było z Mateuszem Morawieckim.

Zresztą w ogóle pomysł, że sztucznie wykreowany lider, wypchnięty do partyjnego pierwszego szeregu półtora roku przed wyborami, przetrwa ten czas w dobrym politycznym zdrowiu, jest nad wyraz naiwny. Jeśli przyszły kandydat doskonale się sprawdzi, wydobędzie Prawo i Sprawiedliwość z sondażowej zapaści i z powrotem uczyni z partii hegemona po prawej stronie sceny politycznej, sam podpisze na siebie wyrok: oznaczałoby to bowiem, że wyrasta na samodzielną postać polityczną, a takiej osoby z PiS na czele rządu Kaczyński z całą pewnością nie zaakceptuje. Jeśli natomiast wskazany pomazaniec będzie radził sobie średnio, to po prostu szybko się o nim zapomni i schowa do partyjnej drewutni, dając na pocieszenie funkcję szefa gabinetu cieni, zespołu pracy twórczej dla Polski albo jakiegoś zespołu programowego bez znaczenia, żeby nie było mu za bardzo smutno.

Wniosek z tego prosty: jeśli prezes Kaczyński do 2027 r. gwałtownie nie podupadnie na zdrowiu, wybór kandydata na premiera to tak naprawdę wybór kamikadze – człowieka, który zgodzi się poświęcić godność i własne ambicje dla dobra partii. Żeby było zabawniej, 13 lat temu, również w marcu i również dokładnie półtora roku przed wyborami, prezes Kaczyński jako kandydata na premiera wskazał prof. Piotra Glińskiego, który swoją mowę programową wygłosił w pamiętnej formie przemówienia z tabletu trzymanego na sejmowej mównicy przez prezesa. Co zresztą jest doskonałą metaforą sposobu działania lidera PiS: na ekranie mogą zmieniać się ludziki, ale to Jarosław Kaczyński zawsze trzyma tablet. Do samego końca – jego lub partii.

Nikomu, kto poważnie myśli o przyszłej funkcji szefa rządu, nie powinno się spieszyć, żeby zostać kukiełką w teatrzyku Kaczyńskiego. Najlepiej przygotowanego do tej funkcji szefa Kancelarii Prezydenta Zbigniew Boguckiego przed kopnięciem partyjnym zaszczytem chroni prezydent Nawrocki, podobnie rzecz się ma z Pawłem Szefernakerem, który dodatkowo jak na premiera ma chyba zbyt krotochwilny wizerunek. Kandydatem namaszczonym przez prezesa chętnie zostałby za to któryś z czołowych „maślarzy” – Przemysław Czarnek lub Tobiasz Bocheński – ale głównie po to, żeby z pozycji siły wykończyć frakcję „harcerzy” Morawieckiego. Co z kolei byłoby nie na rękę Kaczyńskiemu, bo tak wielkie wzmocnienie jednej frakcji niosłoby dla niego ryzyko jeszcze większego osłabienia kontroli nad partią.

Cóż, z tego splotu sprzecznych interesów i partyjnych potrzeb wyjście jest tylko jedno: kandydatem na premiera powinien zostać Mariusz Błaszczak. Może metrykalnie już nie taki młody, ale za to w duchu całkiem rześki. Z przeszłością szefa resortu obrony, a więc biegły w temacie, który rozpala opinię publiczną. Do bólu lojalny. Nie obrazi się w związku z tym, jeśli za kilka miesięcy wymieni się go na kogoś innego, albo w ogóle zapomni, że dostał taką nominację.

No dobrze, z tym Błaszczakiem oczywiście żartujemy, ale jego profil dobrze obrazuje, kogo szuka Jarosław Kaczyński; nie realnego kandydata, tylko człowieka, który zgodzi się być etykietą zastępczą.

A poza tym...

A poza tym w opublikowanym w poniedziałek najnowszym sondażu United Surveys dla WP Prawo i Sprawiedliwość odnotowało kolejny spadek poparcia, uzyskując 21,5 proc. wskazań. Doszliśmy więc do momentu, kiedy z marzeń o sondażowej „czwórce z przodu” największa (jeszcze) partia opozycyjna przeszła do obawy, że za chwilę z przodu będzie miała jedynkę. Dzieli ją od tego już tylko skala błędu pomiaru. Żeby było jeszcze ciekawiej, w tym samym badaniu Konfederacja i Korona Polska mają razem 23 proc., na prawicy doszło więc do wirtualnej mijanki bloku skrajnej prawicy z PiS.

Na pewno jesteście też Państwo ciekawi notowań nowej inicjatywy Centrum, która powstała po rozpadzie Polski 2050: otóż formacja Pauliny Hennig-Kloski może dziś liczyć na potężne 0,7 proc. poparcia.

Reklama

Czytaj także

null
Społeczeństwo

Tragedia na torach. Takiego wypadku nie było w Polsce od lat, robi się groźnie. Kto zawinił?

Takiego wypadku nie było w Polsce od lat. Niedawno na przejeździe kolejowo-drogowym w Ziębicach zginęło młode małżeństwo. Nie zadziałały nie tylko rogatki, ale doszło też do awarii sygnalizacji świetlnej. Iwona i Krystian osierocili dwuletnią córeczkę. Czy przejazdy kolejowe w Polsce to przejazdy śmierci?

Katarzyna Kaczorowska
10.02.2026
Reklama