Notatnik polityczny. Histeryczna kampania PiS i Nawrockiego przeciw SAFE nie wynika z troski o państwo
Nominacja Przemysława Czarnka na kandydata PiS na premiera i weto Karola Nawrockiego do ustawy dotyczącej SAFE – te dwa nieodległe w czasie wydarzenia są fragmentami jednego procesu. PiS radykalizuje się w galopującym tempie, co przybiera formę groteskową, gdy wojujący z OZE-sroze Czarnek zapowiada demontaż dotowanych z pieniędzy unijnych paneli fotowoltaicznych na swoim domu; na następnym okrążeniu powinien obiecać, że wykopie sobie w ogródku biedaszyb. Lub formę groźną, gdy prezydent zgodnie z życzeniem PiS próbuje zablokować udział Polski w programie SAFE.
Wróćmy do elementarza: SAFE to mechanizm, do którego przystąpiło 19 państw Unii. Po pożyczkę z Komisji Europejskiej zgłosiły się Węgry Viktora Orbána i Włochy Giorgii Meloni. W tych wszystkich państwach ewidentnie rządzą jacyś dyletanci; trzeba było przenikliwości Jarosława Kaczyńskiego, żeby odkryć, że ten SAFE to oddanie suwerenności i poddanie się niemieckiej dominacji.
Powiedzmy to raz jeszcze: w interesie Polski jest wzmocnienie zdolności obronnych Unii. I uświadomienie sobie przez rządy i społeczeństwa państw unijnych, że trzeba dbać, także wspólnie, o bezpieczeństwo. SAFE to jeden z kroków na tej drodze.
Dodajmy, że USA – nie tylko za Donalda Trumpa, ale za jego czasów szczególnie – traktują Europę jako rejon peryferyjny. I przypomnijmy, że Unia to nie jest jakiś zewnętrzny twór, który umyślił sobie zwasalizować plemię Polan. Dodajmy dla porządku, że z Przemyśla jest cztery razy bliżej do ostrzeliwanego przez Rosję Lwowa niż do Warszawy.
Czytaj też: Weto ws. SAFE. Dla Rosji gorzej uzbrojona i bardziej skłócona Polska to świetna wiadomość
Argumenty przeciw SAFE dorabiane naprędce
Histeryczna kampania PiS i Nawrockiego przeciw SAFE nie wynika z troski o interes państwa, a argumenty – że od pożyczki trzeba będzie spłacać odsetki, że grozi nam utrata suwerenności – są dorabiane naprędce. Za swoich rządów PiS – nie dbając nawet o pozory przejrzystości – za ok. 20 mld dol. kupił sprzęt wojskowy w Korei. A jeszcze kilka miesięcy temu szef klubu PiS Mariusz Błaszczak poganiał rząd, by ten się nie spóźnił ze złożeniem wniosków w programie SAFE oraz pisał o szansach, jakie ten mechanizm tworzy dla polskiej armii.
Dzisiejszy sprzeciw PiS i weto Nawrockiego są o tyle groźne, że rozszerzają pole konfliktu politycznego na kwestię bezpieczeństwa, która szczęśliwie była z niego dotąd niemal wyłączona. KO ma na tym polu parę grzechów – choćby bezrozumne zachowanie na początku wojny hybrydowej na granicy z Białorusią – ale Donald Tusk po powrocie do Polski zmienił przekaz swojej partii.
Kaczyński natomiast chciał wysadzić w powietrze program SAFE, bo tak mu wychodzi z politycznych kalkulacji, bo Unię traktuje jako wroga. Wciągnął do swojej gry – próby wzmocnienia polaryzacji i rywalizacji z Koroną i Konfederacją – prezydenta. Nawrocki zignorował argumenty wojskowych, interes polskiego przemysłu zbrojeniowego, sondaże; skleił się na dobre (i złe) z PiS.
Wszystko wskazuje na to, że przez najbliższe półtora roku czeka nas taka młócka rządu z PiS i prezydentem, jakiej jeszcze nie widzieliśmy.
Czytaj też: Sejm wybrał sześcioro sędziów do Trybunału Konstytucyjnego. To była najłatwiejsza część operacji
A poza tym...
Sejm wybrał w piątek sześcioro sędziów Trybunału Konstytucyjnego. To dobry moment na zadumę po śmierci tej szacownej instytucji. I nie chodzi nawet o to, że zapewne nikt z tej szóstki nie zostanie zaproszony do pałacu prezydenckiego na uroczystość ślubowania. Szef Kancelarii Prezydenta Zbigniew Bogucki z mównicy sejmowej już zapowiedział, że Karol Nawrocki nie pozwoli na „łamanie konstytucji” i krytykował rządzących za chęć przejęcia Trybunału.
Późno się pan minister Bogucki zorientował, że rządzący chcą Trybunału „pod butem rządu i premiera”, bo nie był tak pryncypialny, gdy za rządów PiS gorączkowo i wielokrotnie nowelizowano ustawę o Trybunale, by przejąć nad nim kontrolę. Nie oburzał się też – chyba że w duchu – gdy posłowie PiS prosto z sejmowych ław przesiadali się do Trybunału.
PiS twierdzi, że nowi sędziowie powinni byli być wybrani w miarę zwalniania się miejsc w TK, a nie teraz hurtem. Wynikałoby z tego, że już nigdy żaden sędzia nie powinien być wybrany; niewykluczone zresztą, że minister Bogucki uważa, że prawo do wyboru sędziów ma tylko większość tworzona przez PiS.
Mniejsza jednak o nonsensy wygadywane przez prezydenckiego ministra. Istota rzeczy jest taka, że Trybunał Konstytucyjny jest instytucją martwą. Reliktem minionej epoki, w której ustrojodawca wierzył, że potrzebne są w państwie bezpieczniki ograniczające władzę rządzących. Temu służyły przepisy konstytucji dające sędziom TK długą kadencję, a jego wyrokom – moc ostateczną. I te orzeczenia były traktowane serio.
Dziś Trybunał nie odgrywa żadnej roli. I w przewidywalnej przyszłości żadnej nie odegra. A politycy czują się bezkarni. Beata Szydło nie publikowała wyroków? Jedyną przykrością, jaka ją spotkała, to konieczność częstego kursowania z Przecieszyna do Brukseli i pensja w euro zamiast w złotych. Donald Tusk też nie publikuje wyroków. Posłowie PiS wysłali zaś do Trybunału wniosek, by uznał za niekonstytucyjne przepisy, na podstawie których sami tych sędziów wybierali. Kiepski ten kabaret.
A nawet gdyby Nawrocki zaakceptował wybranych w piątek sędziów, nawet gdyby większość wybrała kolejnych sędziów i ekipa Bogdana Święczkowskiego – wzorowo apolitycznego prezesa Trybunału – znalazłaby się w mniejszości, to i tak nic się nie zmieni. Trybunał pozostanie instytucją martwą.
Nawrocki nawet teraz w zasadzie z usług TK nie korzysta. Na 28 dotychczasowych wet przypada zero wniosków o prewencyjną kontrolę konstytucyjności.
A gdyby władzę w 2027 r. przejęła prawica, to ewentualne wyroki TK dla siebie niekorzystne uzna po prostu za nieistniejące. Takie czasy, nie Francja-elegancja.