Habemus Czarnek. Nowy maszynista pociągu Kaczyńskiego dał sygnał do odjazdu w prawo
Sprzedawane mediom opowieści o nowej twarzy, polityku młodego pokolenia i odświeżeniu wizerunku partii okazały się zręczną i skuteczną zasłoną dymną. Gdy opadł kurz spekulacji, na scenę hali „Sokół” w Krakowie w roli kandydata PiS na premiera wyszedł Przemysław Czarnek – wiceprezes partii i zarazem jej prawoskrzydłowy, który jako minister edukacji wzbudzał największą społeczną niechęć od czasów Romana Giertycha. Nowe otwarcie Prawa i Sprawiedliwości uosabia polityk flirtujący swego czasu ze skrajnie prawicowym ONR, marsze równości nazywający promocją zboczeń i wynaturzeń, wreszcie człowiek, który całkiem chętnie spekuluje, co by musiało się wydarzyć, żeby Polska wyszła z Unii Europejskiej.
Cel polityczny wskazania Czarnka jest jasny: to gra na maksymalną mobilizację i podkręcenie polaryzacji. PiS docisnął dziś pedał gazu, ale pytanie, czy nie jest to aby kurs na zderzenie ze ścianą, pozostaje otwarte.
Jarosław Kaczyński – jak zwykł to robić regularnie w czasach politycznej dekoniunktury – postawił na konsolidację. W wystąpieniu poprzedzającym ogłoszenie Czarnka lider PiS powiedział to jasno i dosadnie: dość „partyjnej ojkofobii”, dość wskazywania błędów ośmiu lat rządów, bo rządziliśmy świetnie, a będziemy rządzić jeszcze lepiej. „Nasze rządy dały sobie radę, zmieniły kraj na korzyść w bardzo trudnych warunkach. Kto będzie kontynuował publiczną, naszą własną, bo niestety robią to ludzie z naszej partii, krytykę, kto będzie się wpisywał w nieuczciwe ataki na te rządy, ten będzie musiał się liczyć z tym, że zostanie odrzucony” – grzmiał prezes z mównicy.
Jednym słowem od dziś ma się zakończyć wewnętrzna wojna w Prawie i Sprawiedliwości: „maślarze” dostali swojego kandydata, ale za cenę porzucenia ataków na „harcerzy” Morawieckiego. Na papierze ten ruch Kaczyńskiego wygląda dobrze, ale czy podnieceni wyniesieniem swojego lidera na piedestał „maślarze” skutecznie zduszą żądzę wykończenia „harcerzy”, to wcale nie jest takie pewne.
Czytaj też: Pan Czarnek idzie na premiera. Oto co nas jeszcze może czekać
Maszynista Kaczyńskiego gromi lewactwo. Co mówił Czarnek?
A sam kandydat Czarnek? Otóż kandydat Czarnek w krakowskiej hali „Sokół” był w siódmym niebie: pokrzykiwał, opowiadał anegdoty, żartował i śpiewał – czasami trudno było się zorientować, czy to wystąpienie polityczne, czy komediowy stand-up komika sympatyzującego z Konfederacją. Zachwycony sobą był przemawiający, zachwycona była też publiczność, z prezesem Kaczyńskim na czele. Treść natomiast oszałamiała rozmachem, ponieważ Przemysław Czarnek postanowił opowiedzieć wszystko o wszystkim: między innymi o hodowli kur, wydobywaniu węgla, antykulturze, błędzie antropologicznym, niewdzięcznych Ukraińcach, Matce Bożej jako królowej Polski, mężczyznach na polowaniach, kobietach wychowujących patriotów oraz europejskim lewactwie duszącym rolnika.
Na szerokim planie było to przemówienie populistycznego lidera skrajnej prawicy. Dowiedzieliśmy się, że trzeba „pogonić dziadostwo” w postaci rządu „pustego łba” Tuska, a także Niemców, którzy chcą nas zniewolić i uzależnić finansowo przez zdradziecki SAFE, a priorytetem jest stworzenie „normalnej Polski” dla „normalnych Polaków”. „U nas nie przyjęły się półbaby, półchłopy, ćwierćbaby, ćwierćchłopy. Nie ma innych płci, jest kobieta i mężczyzna” – krzyczał Czarnek. Dużo miejsca poświęcił również krzywdzie rolników i drobnych przedsiębiorców, kilkukrotnie atakując PSL jako łże-konserwatystów, którzy chcą wprowadzać w Polsce małżeństwa jednopłciowe, bo tym według Czarnka jest ustawa o statusie osoby najbliższej.
Dowiedzieliśmy się też szczegółowo, czego ma nie być, oraz mogliśmy sobie plastycznie zwizualizować, jak to będzie, gdy silna Polska personifikowana przez premiera Czarnka pojedzie do Brukseli i huknie pięścią w stół: „To państwo ma pojechać do Brukseli i powiedzieć: nie mamy już ETS w Polsce, nie ma żadnego ETS, nasze firmy nie będą tego płacić. Nie mamy żadnego miksu energetycznego, żadnego Zielonego Ładu, żadnych oze-sroze, my mamy nasz miks węglowy, bo my mamy nasze bogactwa naturalne i wara wam od nich”.
Co ciekawe, jeśli chodzi o – jak raczył był się wyrazić poseł Czarnek – „oze-sroze”, jest tu pewna sprzeczność z postulatami zaprezentowanymi w piątek przez Mateusza Morawieckiego na wydarzeniu „Powered by Poland”, wśród których znajdziemy i taki, że odnawialne źródła energii mają być ważnym elementem polskiego miksu energetycznego.
Jak widać, jeśli chodzi o spójność przekazu, PiS ma jeszcze deficyty i „kilka niedociągnięć jest” – jak mawiał klasyk.
No ale to się zapewne jeszcze jakoś ułoży i dociągnie, a na dziś – jak przekonywał nas kandydat Czarnek – ważny jest fakt, że partyjna maszyna ruszyła i nie zamierza odstawiać nogi: „My tu z hali Sokoła (…) wsiadamy do tego znakomicie naoliwionego, przygotowanego pociągu szybkich prędkości, polskiego pociągu szybkich prędkości. (…) Jak słyszałem, mam być maszynistą w tym pociągu. Ale kierownikiem pociągu jest i będzie prezes Kaczyński”.
Czytaj też: Kaczyński ucieka do tyłu, a musi gonić. Rewolucja znów pożarła własne dzieci
Rozklekotany tabor PiS
Czy z tej mąki będzie chleb? Czarnek ma ugruntowaną pozycję w partyjnym aparacie, jest kochany przez twardy elektorat PiS, a jego kulturowy radykalizm i wolnorynkowy sznyt mają dać nadzieję na dialog ze zwolennikami Konfederacji i Korony Polskiej. Kaczyński postanowił za pomocą Czarnka zatkać odpływ wyborców, zabezpieczyć prawą flankę i dać sobie czas na stopniowe odrabianie strat. Zwłaszcza że ugrupowanie Grzegorza Brauna jako klasyczne Tymczasowe Ugrupowanie Protestu może z biegiem miesięcy tracić powab nowości i sondażową dynamikę.
Jednocześnie wskazanie Czarnka oznacza, że w sensie strategicznym PiS ostatecznie już porzucił marzenia o „czwórce z przodu”, czyli o wyniku wyborczym w okolicach 40 proc. Były minister edukacji ma bowiem swoje oczywiste ograniczenia wizerunkowe w bardziej centrowym elektoracie i jak wskazało przemówienie w hali „Sokół”, nie ma najmniejszego zamiaru ich pokonywać.
Ale kłopot może być też z letnimi, młodszymi wyborcami, którzy przepłynęli do Konfederacji Bosaka i Mentzena. Dla tej części młodego, prawicowego elektoratu był to sprzeciw wobec praktyki rządów PiS, a Czarnek jednoznacznie się z nimi kojarzy. Ba, jest jednym z tych polityków ówczesnego obozu władzy, który ma na swoim koncie głośną aferę: mowa o „Willi+”, czyli szczodrym finansowaniu z publicznych pieniędzy organizacji prawicowych pod przykrywką dotacji dla organizacji pozarządowych. To wspomnienie raczej nie osłabi w omawianej grupie wizerunku Prawa i Sprawiedliwości jako „socjalistycznej partii władzy”, która cynicznie rozdawała pieniądze na prawo i lewo według własnego widzimisię.
Nadzieją Kaczyńskiego jest za to polaryzacyjny potencjał Przemysława Czarnka. Im bardziej będzie atakowany, im mocniej uda się PiS-owi wciągnąć Koalicję Obywatelską w zdefiniowany przez siebie spór, tym większe szanse, że Prawo i Sprawiedliwość znów stanie się po prawej stronie głównym punktem odniesienia, odbierając kapitał społecznego zainteresowania Konfederacji i partii Grzegorza Brauna. Pytanie tylko, czy na taki zabieg nie jest za późno. Trzymając się metafory pociągu, prezes Kaczyński postanowił dołączyć do rozklekotanego taboru starą lokomotywę, ale z ambitnym i nieco nadpobudliwym maszynistą. Może ten skład gdzieś dojedzie, może pasażerowie wreszcie przestaną z niego wysiadać, ale równie prawdopodobne jest, że wykolei się na pierwszym zakręcie.