Notatnik polityczny. PiS przegrał w Budapeszcie. Przegrała wizja prawicy Orbána, Kaczyńskiego i Trumpa
Oddajmy głos prezesowi PiS, który w wywiadzie dla węgierskiego tygodnika „Mandiner” mówił tak: „Wygrana Fideszu i Viktora Orbána byłaby bardzo ważna dla Węgier, ale i dla Europy. Wpisałaby się w przewidywany przez niektórych cykl wydarzeń, wielką zmianę, razem z naszym powrotem do władzy w Polsce i wygraną prawicy we Francji. Mogłaby powstać siła, która zmieniłaby Europę”.
Łomot, który Orbán dostał od Węgrów, jest oczywiście sprawą węgierską, ale ponadstandardowe zaangażowanie PiS i prezydenta po stronie Fideszu pozwala na wplecenie tego wyniku także w polską perspektywę.
Czytaj też: Węgierska zmiana. Orbán przegrał z kretesem, idzie TISZA. Zaczyna się nowa era w Europie
PiS traci sojusznika w Europie
Po pierwsze – przegrała wizja prawicy, państwa i Unii, którą podzielali Orbán, Kaczyński i także ponadnormatywnie wspierający węgierskiego premiera Donald Trump. Kurs Orbána, który z umiarkowanego niegdyś Fideszu zrobił partię narodowo-populistyczną, coraz bardziej radykalną i antyeuropejską, okazał się w końcu kursem kolizyjnym ze ścianą. Nie pomogły sztuczki z ordynacją wyborczą, nie pomogło opanowanie mediów i wszelkie przewagi wynikające z opanowania aparatu państwa. Za mniej więcej rok odbędą się wybory prezydenckie we Francji i gdyby tam przegrało Zjednoczenie Narodowe, to bastionem prawicy w Unii byłyby Włochy Giorgii Meloni, która idzie drogą inną niż Orbán i Kaczyński.
Po drugie – PiS traci sojusznika w Europie i jest w niej jeszcze bardziej osamotniony.
Po trzecie – Kaczyński traci kapitał polityczny, który zainwestował w Orbána. To zawsze marnie wygląda, gdy się stawia na kulawego konia, zwłaszcza gdy okazuje się on poza tym koniem trojańskim Rosji. A dowodów na to nie brakowało. Do Budapesztu udali się przed wyborami Karol Nawrocki i Mateusz Morawiecki, wycieczkę na Węgry zrobił sobie także zastęp ziobrystów. Efekty marne, ani cnoty, ani – nomen omen – rubla.
Czytaj też: Triumf TISZY. „Wyzwoliliśmy Węgry. Kto kradł, kto zdradził, odpowie za to”
Po czwarte – znów głośno jest o panach posłach Zbigniewie Ziobrze i Marcinie Romanowskim, którzy od dłuższego czasu korzystają z węgierskiej gościny jako azylanci; teraz muszą się spakować i poszukać schronienia gdzieś indziej (pewnie USA). To też będzie kamyk w bucie PiS, bo można przypomnieć o aferze z Funduszem Sprawiedliwości, a przy okazji także o innych dokonaniach PiS.
Taki obraz się rysuje po gorącej węgierskiej niedzieli. Pozostaje tylko pytanie, na które odpowiedzi nie znamy – czy triumf Petera Magyara to odtworzenie polskiego 15 października 2023 r., czy raczej zapowiedź polskiej jesieni 2027 r.
A poza tym...
A poza tym wciąż jesteśmy bardzo daleko od przywrócenia funkcji życiowych Trybunału Konstytucyjnego. Ustawodawcy zabrakło niestety wyobraźni; nikomu nie mieściło się w głowie, że prezydent Polski może się zbiesić i nie przyjąć ślubowania od legalnie wybranych przez Sejm sędziów, choć jest to jego obowiązek. Obowiązku tego nie znosi nawet fakt, że parlament z wyborem sędziów zwlekał ponad miarę. Karol Nawrocki miał pełne prawo napiętnować to zaniedbanie koalicji, ale nie miał prawa z sześciorga sędziów wybrać sobie dwoje według swojego widzimisię i pozostałą czwórkę pominąć.
Co będzie dalej, wiemy. Trybunał Konstytucyjny rozstrzygnie spór kompetencyjny po myśli prezydenta, co da Nawrockiemu (oraz Bogdanowi Święczkowskiemu i PiS) pretekst do nieuznawania sędziów za sędziów. W dalszej perspektywie – jeśli prawica weźmie władzę w 2027 r. – rządzący ogłoszą, że muszą uzupełnić skład Trybunału i na miejsce czwórki sędziów wybiorą dublerów; to już zresztą mamy przetrenowane.
Powiedzmy to wprost – Jarosław Kaczyński nie pozwoli, by kilkoro sędziów tamowało jego ambitne legislacyjne zamierzenia, tak jak na to nie pozwolił w 2015 i 2016 r. Nie bez powodu rządy PiS zaczęły się wówczas od skoku na Trybunał. Przekazy dnia na końcówkę 2027 r. już są gotowe, PiS będzie musiał tylko odkurzyć zeszłotygodniowe tyrady Zbigniewa Boguckiego i Mariusza Błaszczaka. Sędziowie nie są sędziami, bo nie złożyli ślubowania wobec prezydenta – i tyle będzie z kontrolnej funkcji Trybunału.
Teoretycznie wielka władza TK – na wniosek 50 posłów lub 30 senatorów Trybunał Konstytucyjny może orzec o niezgodności ustawy z konstytucją – pozostanie teoretyczna, bo Beata Szydło już dekadę temu odkryła cudowne rozwiązanie tego problemu. W razie wyroku, który się nie podoba, wystarczy ogłosić, że tego wyroku nie ma.
W świecie, którego nie ma, mogłoby być inaczej. Można sobie przecież wyobrazić zmianę ustawy o Trybunale. Zakaz wybierania na sędziów byłych parlamentarzystów (lub kilkuletnią karencję). Odbiorcą ślubowania powinien być marszałek Sejmu (jak sensownie zresztą proponował Stanisław Piotrowicz z PiS lata temu). Można by też zmienić reguły wyboru sędziów, np. wprowadzić większość trzech piątych głosów, by wymusić jakieś porozumienie między partiami. Pomysłów jest więcej, bieda w tym, że one wszystkie wymagają dobrej woli polityków, zdolności do zawarcia kompromisu (i jego uszanowania) oraz przyjęcia do wiadomości, że aby konstytucja działała, musi istnieć i działać respektowany przez klasę polityczną sąd konstytucyjny. A to nie jest miejsce, w którym teraz jesteśmy. To miejsce, od którego coraz szybciej się oddalamy.