Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Kraj

Notatnik polityczny. Trzy lekcje z Budapesztu dla Warszawy. Po pierwsze, wróg nie wystarczy, żeby wygrać

Peter Magyar i Donald Tusk Peter Magyar i Donald Tusk Facebook
Klęska Viktora Orbána to cios dla skrajnie prawicowej międzynarodówki, ale w kontekście przyszłorocznych wyborów w Polsce wnioski z Węgier nie są wcale tak oczywiste, jak mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać.

Wygrana opozycyjnej Tiszy Petera Magyara i odsunięcie od władzy po 16 latach Viktora Orbána zrobiły w Polsce ogromne wrażenie. Tym większe, że manipulacje przy ordynacji wyborczej, kontrola nad większością przekazu medialnego i poparcie administracji Donalda Trumpa sprawiały, że Orbán jawił się jako przywódca nieusuwalny, a jego autorytarny system władzy domknięty na wieki wieków. Węgierskie wybory były też przedłużeniem polskiego konfliktu politycznego, swoistym sprawdzianem, czy w następnych latach nad Wisłą jesteśmy skazani na triumfy populistycznej, skrajnej prawicy. Okazało się, że nie, a wraz z porażką Fideszu przegrał w Budapeszcie również PiS, a także Konfederacja i Korona Polska – zobaczyliśmy, że wahadło polityczne w Europie nie wychyliło się aż tak bardzo na prawo, jak mogło się wcześniej wydawać.

Ponieważ triumf Magyara wzbudził w Polsce silne emocje, w przestrzeni publicznej zaroiło się od efektownych, szybkich analogii między sytuacją na Węgrzech a naszymi wyborami w 2027 r. Spróbujmy na zimno zastanowić się, które podobieństwa rzeczywiście są realne, a które są jedynie atrakcyjną fatamorganą.

Czytaj też: Wyścig do centrum. Odstawiony do kąta Morawiecki i dołujący PSL. Czy ten flirt ma szansę?

Po pierwsze, nie wystarczy wskazać wroga

Przegrana kampania Fideszu opierała się w dużym stopniu na demonizowaniu Petera Magyara, który według narracji obozu Orbána miał zwiastować nadejście apokalipsy: kryzysu, wojny, upadku chrześcijańskich wartości. Magyar miał z jednej strony być posłusznym wykonawcą woli prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego, wciągnąć Węgry w wojnę z Rosją. Z drugiej – pozostawać w służalczej pozycji wobec brukselskiej biurokracji, zadaniowany, by wprowadzić na Węgrzech wszelkie unijne dziwactwa i bezeceństwa, indoktrynować dzieci w szkołach oraz ogólnie burzyć fundamenty chrześcijańskich wartości. Jednym słowem, Magyar był diabłem, przy którym wszelkie grzechy Orbána i Fideszu miały stać się w oczach węgierskiego społeczeństwa niewiele znaczącymi i chwilowymi niedogodnościami.

W kontrze do tej opowieści postawa Tiszy i jej lidera była pragmatyczna. To nie była retoryka rewolucji, a raczej koniecznych wiosennych porządków: wymieść korupcję i układy, naprawić tkwiącą w stagnacji gospodarkę, dokonać korekty w systemie ochrony zdrowia, odbudować relacje z Zachodem i odblokować środki UE. Tam, gdzie Fidesz poruszał się w sferze politycznej metafizyki, tam Tisza operowała konkretem. Nakoksowany ideologią prawicowy populizm przegrał z centroprawicowym umiarkowaniem i potrzebą bezpiecznej zmiany.

Jak to przekłada się na polskie warunki? Można postawić hipotezę, że ani do utrzymania władzy, ani do jej zdobycia nie wystarczy wskazanie przez KO lub PiS zdemonizowanego wroga. Kto lepiej wyważy proporcje między mobilizacją twardego elektoratu i polaryzacyjnym przekazem (głosuj, by odsunąć Tuska, głosuj, by nie wrócił Kaczyński) a wiarygodnym, „przyziemnym” konkretem, ten zyska przewagę. Strona rządowa ma tu atut w postaci sprawczości – posiada narzędzia, żeby zrobić coś, o czym opozycja tylko mówi. PiS zaś może skorzystać z wilczego prawa opozycji, jakim jest żerowanie na kłopotach władzy, nawet jeśli przyczyną negatywnie odbieranych społecznie zjawisk (np. wzrostu cen) jest sytuacja zewnętrzna.

Dziś zarówno w wypadku KO, jak i PiS jesteśmy na etapie działań zmierzających do utwardzania wyborczej bazy. Ale za rok wyzwaniem dla obu dominujących formacji będzie znalezienie sposobu na rozszerzenie przekazu. Pytanie bieżące brzmi, czy Prawo i Sprawiedliwość będzie jeszcze miało ku temu możliwości, bo scenariusz, w którym frakcja Mateusza Morawieckiego opuszcza partię, zostawi ugrupowaniu Kaczyńskiego tylko jeden kierunek: jazdę na ścianę z gazem wciśniętym do dechy.

Czytaj też: Kaczyński z Morawieckim trzymają się na muszce, ale boją się strzelić. W nowym sondażu PiS ma 18 proc.

Po drugie, jedna partia to nie jedna lista

Zagadką przed polską batalią o władzę w 2027 r. jest siła polaryzacji. Przed każdymi wyborami mówi się o jej nadchodzącym rozszczelnieniu i za każdym razem po przeliczeniu głosów okazuje się, że od 2007 r. obie największe partie zdobywają razem zazwyczaj grubo powyżej 60 proc. głosów. Dziś pierwsze oznaki zmiany widzimy po prawej stronie – ze słabnącym PiS-em na czele – i jeśli ten trend się pogłębi, będzie też wyzwaniem dla KO: tym trudniej zwierać szeregi przeciwko odwiecznemu wrogowi, im bardziej on słabnie i nie przeraża tak jak dawniej.

W węgierskich wyborach mieliśmy do czynienia (również ze względu na ordynację wyborczą z zaszytymi w niej jednomandatowymi okręgami) z wyścigiem de facto dwupartyjnym. Tisza i Fidesz zdobyły razem niemal 92 proc. wszystkich głosów. Była to też rozgrywka wewnątrz prawicy, bo stawkę złożoną ze zradykalizowanego Fideszu i umiarkowanej prawicy Tiszy uzupełniła (z 5,6 proc. poparcia) skrajnie prawicowa, nacjonalistyczna formacja Mi Hazánk. Liberałowie i lewica zostali wymieceni ze sceny politycznej, a Tisza nie była koalicyjnym, różnorodnym szwedzkim stołem, złożonym z bardzo różnych formacji, tylko jedną, spójną programowo partią z jednym silnym przywódcą.

To istotna kwestia w polskim kontekście, ponieważ sprawia, że przełożenie doświadczenia węgierskiego na projekt jednej listy partii obozu rządowego jest dalece nieadekwatne. Jedną sprawą jest rzeczywiście zbytnie rozdrobnienie partii tworzących dziś gabinet Donalda Tuska, bo przy odrobinie pecha nawet 10 proc. głosów po tej stronie sceny politycznej może zniknąć pod progiem. Ale lekarstwo w postaci jednej listy wyborczej łączącej Marka Sawickiego z Agnieszką Dziemianowicz-Bąk może mieć wiele skutków ubocznych i z całą pewnością w żadnym stopniu nie będzie powtórką z rozwiązania węgierskiego. Politycy koalicji 15 października muszą znaleźć własny sposób na sensowną konsolidację, bo w polskich warunkach węgierskiej Tiszy w krótkim okresie zwyczajnie skopiować się nie da.

Po trzecie, uwaga na siłę antyrządowej emocji

W niepewnych czasach, przy politycznym rozwibrowaniu i wysokim poziomie społecznego lęku i frustracji, nie wolno nie doceniać siły antyrządowej emocji. Każda, nawet najbardziej stabilna, osadzona, okopana w systemie politycznym i pewna siebie władza może wpaść w turbulencje. I nigdy nie wiadomo, co może być impulsem. Ponad dwa lata temu na Węgrzech proces upadku rządów Orbána zapoczątkowało ułaskawienie przez prezydentkę Węgier Katalinę Novak osoby skazanej za tuszowanie przypadków pedofilii. W tym jednym, niespodziewanym momencie społeczeństwo węgierskie zaczęło sobie uświadamiać, jak bardzo jest sfrustrowane i zmęczone elitami władzy. Zaczęło zadawać sobie fundamentalne pytania, na które odpowiedzią okazał się Peter Magyar.

Sytuacja w Polsce jest rzecz jasna inna: rząd Tuska nie rządzi przez 16 lat, tylko przez trzy. Sytuacja gospodarcza jest o wiele lepsza. Pamięć o ośmiu latach rządów PiS wciąż jest żywa u dużej części wyborców, co osłabia siłę perswazji głównej siły opozycyjnej. Do tego nasza scena polityczna mimo dominacji od ponad 20 lat dwóch dużych, walczących ze sobą partii, jest o wiele bardziej różnorodna niż na Węgrzech, a mniejsze podmioty mają całkiem stabilne – choć niewielkie – poparcie. Jednak duża część emocji społecznych jest podobna, bo generowana przez wydarzenie zewnętrzne: zmęczenie niestabilnością, strach przed przeszłością, frustracja ekonomiczną niepewnością. Jedna chwila nieuwagi obozu władzy, jeden duży błąd i może znaleźć się ktoś, kto – jak Magyar na Węgrzech – stanie się odpowiedzią na pytania zadawane sobie przez ludzi codziennie.

A poza tym...

A poza tym w poniedziałek wieczorem dojdzie do spotkania na szczycie Prawa i Sprawiedliwości Jarosława Kaczyńskiego z Mateuszem Morawieckim. W dramatycznych chwilach czasów słusznie minionych zadawano sobie pytanie „wejdą czy nie wejdą”, dziś czekamy na rozwiązanie zagadki pt. „wyjdą czy nie wyjdą”. Na szczęście ma ona o wiele mniejszy ciężar gatunkowy, a jej rozwiązanie zbyt dużo w naszym życiu nie zmieni.

Tym bardziej że prawdopodobnie w PiS dojdzie w końcu do jakiegoś kruchego kompromisu, bo rozłam nikomu się nie opłaca, a dużo sensowniej jest zagrać na czas. Morawiecki pokazał, że dysponuje w partii realną siłą i podmiotowością, a dla Kaczyńskiego lepiej mieć frakcję Morawieckiego w odwodzie, gdyby jednak jesienią się okazało, że „operacja Czarnek” i błyskotliwe mądrości na temat OZE-sroze nie przyniosły oczekiwanych rezultatów.

Reklama

Czytaj także

null
Społeczeństwo

Polak sprzedaje broń Ukrainie. „To nie były łatwe pieniądze. Trochę rozdałem za darmo”

Pomyślałem: „Przyszła wojna, przyszły standardy”. Ale było to dosyć naiwne myślenie – mówi Piotr Sapieżyński, prezes firmy Alfa sprzedającej broń Ukrainie.

Juliusz Ćwieluch, Paweł Reszka
09.04.2026
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną