Kultura

Czytanie ze słuchu

Posłuchaj książki, czyli rzecz o polskich słuchowiskach

Joanna Szumacher i Paweł Cieślak. Ich „Kopyta zła” to najbardziej piosenkowe z nowych słuchowisk. Joanna Szumacher i Paweł Cieślak. Ich „Kopyta zła” to najbardziej piosenkowe z nowych słuchowisk. Robert Mainka / Polityka
Wiele lat po złotej erze Teatru Polskiego Radia przodujemy w dziedzinie komercyjnych słuchowisk, a do tego jeszcze przeżywamy wysyp ciekawych artystycznych form dźwiękowych.
Marcin Beme, założyciel Audioteki.Norbert Gajlewicz/materiały prasowe Marcin Beme, założyciel Audioteki.

Artykuł w wersji audio

Aktor Andrzej Masztalerz zastanawia się głośno: – A może wyrzucimy tę „włoską”? Przecież wiadomo, że jak pizzeria, to włoska. Po drugiej stronie szyby realizatorzy zgadzają się na zmianę i nowy tekst wyświetla się na prompterze. Czyta dalej. Wszystko idzie dobrze do czasu, gdy dociera do kolejnego problematycznego fragmentu. – …lecą na błotniastych skrzydłach? – urywa niepewnie. – Stop! – krzyczy reżyser – Miało być „błoniastych”. Drugie podejście… i znowu pomyłka. – Przynajmniej emocja była dobra! – pociesza Michał Szolc, jeden z właścicieli studia Sound Tropez, gdzie właśnie trwa nagranie słuchowiska opartego na opowiadaniu H.P. Lovecrafta.

Produkcja idzie pełną parą, bo co najmniej od kilku lat słuchowiska znowu są w modzie. Po tę formę sięgają i wielcy gracze, jak Audioteka – kojarzona przede wszystkim z branżą audiobooków – która pracuje z gwiazdorskimi obsadami i gigantycznymi budżetami – i muzycy niezależni, którzy słuchowiska nagrywają we własnych domach. Ci pierwsi już od 2008 r. produkują po kilka dużych słuchowisk rocznie, ci drudzy uaktywnili się nieco później. Ale w ciągu dwóch ostatnich lat na polskim niezależnym rynku wydawniczym pojawiło się ponad 15 słuchowisk, na dodatek niezwykle różnorodnych: od adaptacji „Chamowa” Mirona Białoszewskiego po baśnie karaimskie.

Słuchowisko poza radiem

Dwa rodzaje słuchowisk to dwa plemiona. Podczas gdy Audioteka do swojej realizacji „Karaluchów” Jo Nesbø zatrudniła czołówkę polskich aktorów – na liście lektorów znaleźli się Danuta Stenka, Bogusław Linda i Borys Szyc – trębacz Kamil Szuszkiewicz libretto do autorskiego słuchowiska „Robot Czarek” powierzył… syntezatorowi mowy. Podczas gdy Audiotekę stać na to, żeby muzykę i efekty dźwiękowe do „Karaluchów” nagrywać w Bangkoku – gdzie toczy się akcja powieści Nesbø – Paweł Cieślak i Joanna Szumacher rejestrowali słuchowisko „Kopyta zła”, oparte na pierwszym opowiadaniu Edgara Allana Poego, w studiu Cieślaka, gdy nie było ono zajęte przez inne zespoły nagrywające w nim swoje płyty.

Coś jednak łączy te dwa plemiona – nowe słuchowiska zerwały bowiem z medium, z którym odwiecznie kojarzono tę formę. W większości przypadków nie znajdzie się ich w radiu. W jaki sposób ten exodus wpłynął na to, czym jest, i czym może być, współczesne słuchowisko?

Od zawsze chciałem być gwiazdą rocka, ale nie potrafię śpiewać, tańczyć, jestem głuchy jak pień. Skończyło się więc na tym, że wykreowałem swój przemysł rozrywkowy – mówi Marcin Beme, założyciel Audioteki. W kontekście, zdawałoby się, statecznej branży, jaką jest rynek wydawniczy, ta deklaracja może nieco dziwić, ale w Bemem faktycznie jest coś z rockmana. Ubrany w spodnie do wspinaczki górskiej i kolorową rozpinaną bluzę z kapturem, mówi szybko i dużo, a angielskie wtręty tną mu zdania w nieoczekiwanych momentach.

Łatwo zrozumieć, po co mu były słuchowiska – superprodukcje po prostu tworzą pomost między światem książek a estradą. Można przy nich współpracować z uznanymi polskimi aktorami, popularnymi zespołami muzycznymi – do „Karaluchów” muzykę skomponował Wojtek Mazolewski, a singla promującego „Lśnienie” Stephena Kinga nagrał elektropopowy duet The Dumplings. Sama skala również kojarzy się raczej z produkcjami filmowymi niż z projektami wydawniczymi. Już przy pierwszym słuchowisku Audioteki, udźwiękowionej trylogii husyckiej Andrzeja Sapkowskiego, pod czujnym okiem Janusza Kukuły, dyrektora Teatru Polskiego Radia, pracowało: 200 aktorów, sztab realizatorów i dźwiękowców. Budżet tego przedsięwzięcia przekroczył roczne przychody Audioteki z 2009 r. – o czym Beme informuje z wyraźną ekscytacją, gestami malując w powietrzu wykres, z którego można odczytać stosunek „rewe” (od angielskiego revenues) do kosztów pierwszego tomu trylogii.

Zysk i prestiż

Czy warto było podejmować takie ryzyko biznesowe? Audioteka z pewnością na słuchowiskach nie straciła. Najbardziej kasowym przedsięwzięciem jak dotąd był pierwszy tom „Gry o tron”, który rozszedł się w kilkudziesięciu tysiącach egzemplarzy, ale i pozostałe realizacje miały podobny poziom sprzedaży. Z drugiej strony jest jasne, że superprodukcje powstają nie tyle dla zysku, co dla prestiżu i promocji. – W 2009 r. audiobooki były jeszcze czymś niszowym, nikt nie zwracał na nie uwagi. Zachodziłem wtedy w głowę, jak przebić się do mediów; projekt tak wielki jak „Narrenturm” Sapkowskiego zdawał się pewniakiem – wspomina Beme.

Okazało się, że miał rację. Szum w mediach zalegitymizował Audiotekę w oczach branży wydawniczej, która ograniczyła swoją nieufność w stosunku do audiobooków. Ze skutkiem przyzwoitym, bo Audioteka, dziś branżowy lider, tylko w zeszłym roku nagrała ponad 600 audiobooków, a w bieżącym planuje wyprodukowanie o 400 więcej. Przyniósł jej też klientów, bo z wewnętrznych badań firmy wynika, że nowi użytkownicy najchętniej kupują słuchowiska. Przyciągają ich nie tylko pisarskie marki, ale też zamaszysta promocja – w wypadku „Lśnienia” zaplanowano czytanie na żywo w reżyserii Kukuły i rekonstrukcję kilku pomieszczeń z hotelu Panorama – oraz nowinki techniczne. „Łowcę androidów” Philipa K. Dicka zrealizowano w technice binauralnej pozwalającej uzyskać przestrzenny dźwięk na zwyczajnych słuchawkach. – To był pierwszy taki audiobook na świecie! – ekscytuje się Beme. Na wątpliwość o to, czy głos Anny Dereszowskiej wirujący wokół słuchacza faktycznie jest potrzebny do sprzedaży kultowej powieści Dicka, odpowiada: – Nowinki ciekawią, szczególnie w Polsce, w kraju, gdzie nikt nie czyta książek. Na takim rynku łatwiej się przebić z komunikatem typu: „Dźwiękowe przeżycie. Spróbuj!”.

Podobny przekaz Audioteka kieruje na rynki zagraniczne. A warto pamiętać, że firma Bemego jest największym dystrybutorem nieanglojęzycznych audiobooków w Europie – szczególnie tam, gdzie kultura czytelnicza jest większa niż w Polsce. Zależność wydaje się prosta: tam gdzie się więcej czyta, więcej się też słucha. W Niemczech u niektórych wydawców audiobooki dostarczają nawet 30 proc. obrotów, dla porównania w Polsce jest to zaledwie 23 proc. Nic więc dziwnego, że i same słuchowiska są w Niemczech bardzo popularne. Tak samo jest w Czechach, w Austrii, w Hiszpanii czy w krajach anglosaskich.

Naturalnie wyjście słuchowiska z radia to nie tylko kwestia ekonomii i dystrybucji; zmieniła się też bowiem sama forma. Nawet sektor „komercyjny” zaskakuje odwagą realizacji; studio Sound Tropez na przykład zasłynęło z… udźwiękowionej serii komiksowej „Żywe trupy”. Właściwie pomysł był tak nowy, że gdy Michał Szolc napisał do agenta Roberta Kirkmana, autora „Żywych trupów”, o prawa, ten kompletnie nie wiedział, o co chodzi. Po prostu nikt na świecie nie podjął się przed nimi czegoś podobnego.

Dawid i Goliat

Jeszcze więcej eksperymentów zgotowali słuchaczom twórcy kojarzeni z niezależną sceną muzyczną bądź z teatrem. Aby porównać ich realizacje z tymi komercyjnymi, trzeba by posłużyć się figurami Goliata i Dawida. Słuchowiska tworzone przez niezależnych muzyków co prawda nie sprzedają się w tysiącach egzemplarzy i docierają jedynie do śladowej liczby odbiorców, ale jako forpoczta awangardy poszerzają konwencję tego do niedawna jedynie radiowego gatunku.

Dla mnie punkt wyjścia stanowi nie słowo, lecz dźwięk jako narzędzie komunikacji wykraczające poza ilustracyjność, muzyczną retorykę – twierdzi Michał Mendyk prowadzący wydawnictwo Bôłt Records. – W praktyce dotychczas realizowaliśmy i wydawaliśmy rzeczy oparte na słowie mówionym, ale zawsze odległym od aktorskiej deklamacji w klasycznym, teatralnym słuchowisku – dodaje. Istotnie, w ciągu kilku ostatnich lat nakładem wytwórni ukazało się kilka tytułów rewolucjonizujących formę znaną dotąd jedynie ze spektakli Teatru Polskiego Radia.

Jednym z nich jest „Samoobrona” Helmuta Kajzara w reżyserii Lukáša Jiřički i w udźwiękowieniu Roberta Piotrowicza, całkowicie znosząca ilustracyjną rolę muzyki w słuchowisku. W tej eksperymentalnej adaptacji literacka forma strumienia świadomości zostaje zrównoważona elektroakustyczną abstrakcją, rodem ze Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia. – Głos traktowałem w tym nagraniu jako element instrumentalny. Chciałem, aby nagranie niosło ze sobą określoną energię, napięcie, nawet bez rozumienia tekstu w języku polskim  – wspomina Piotrowicz.

We wspomnianym wcześniej „Robocie Czarku” Szuszkiewicza już sam proces twórczy jest świadectwem awangardowego podejścia do „teatru wyobraźni. Tekst libretta – rodzaj dziennika spisywanego przez robota z fobią społeczną i problemami rodzinnymi – powstał na początku w języku angielskim, chodziło bowiem o to, by jak najprostsze zdania po ponownym przełożeniu na polski i przeczytaniu przez syntezator mowy wiernie oddawały psychotyczną naturę Czarka. Sam autor traktuje to jako komiks dźwiękowy... – W słuchowisku tekst i dźwięk się uzupełniają i odnoszą do siebie, tak jak w książce z ilustracjami. W komiksie dymki są częścią obrazków i mnie również zależało na takim efekcie – precyzuje.

Równie udanym eksperymentem z formą słuchowiska jest „Fortepian Chopina” zrealizowany przez pianistę i kompozytora Marcina Maseckiego, dramaturga i animatora kultury Wojtka Zrałka-Kossakowskiego oraz realizatora dźwięku i artystę dźwiękowego Marcina Lenarczyka. „Fortepian” łączy elementy radiowego reportażu, sondy ulicznej, rekonstrukcji historycznej, nagrania terenowego i dźwiękowego przewodnika po warszawskim szlaku chopinowskim. Wynikiem tej mozaiki jest próba rozprawienia się z mitami narosłymi wokół życia i twórczości Chopina, denuncjująca frazesy i kalki pamięci, którymi posługują się i przypadkowi przechodnie, i rozmówcy Maseckiego z warszawskiej Akademii Muzycznej.

Podczas gdy w „Fortepianie Chopina” wątek edukacyjny stoi na uboczu, w „Sowach Polski – Podziale gatunkowym” Michała Szturomskiego jest on zdecydowanie pierwszoplanowy. Ten zbiór opowieści o sowach ilustrowany współczesną muzyką klubową ma charakter popularnonaukowego bryku. – Pomysł na edukacyjną formę wziął się z bardzo prozaicznego powodu – sam się chciałem czegoś ciekawego na temat sów dowiedzieć – wyjaśnia autor.

Techno i wodewil

Słuchowisko w gruncie rzeczy, jak twierdzi Paweł Cieślak, jest dość mocno zdefiniowanym gatunkiem. – Oczekuje się po nim spokojnie podanego tekstu i dźwięków podkolorowujących całość. Ja to zupełnie inaczej rozumiem – stwierdza współautor „Kopyt zła”, najbardziej piosenkowego ze wszystkich wspomnianych wcześniej słuchowisk. Wspólnie z Joanną Szumacher sięgnęli tu po cały arsenał stylistyk i z gracją przeskakują między współczesnym techno a przedwojennym wodewilem. Tu dźwięk nie komentuje tekstu, snując własną fabułę igrającą z przyzwyczajeniami słuchacza. Popkulturowy koloryt drzemiący w ich utworze oraz wyjście poza konwencję radiową dają również możliwość prezentacji na żywo. Premiera musicalowego show opartego na „Kopytach zła” przewidziana została na tegorocznej edycji festiwalu Tauron Nowa Muzyka.   

Eksperymenty z realizacjami słuchowisk poza sferą radiową, będące domeną praktyki artystycznej Bartosza Zaskórskiego, to z kolei przykład, jak można poszerzyć konwencję estetyczną słuchowiska i strukturę jego komunikacji z odbiorcą, wprowadzając w narrację element wizualny. Najnowsza prezentacja Zaskórskiego „Historia rury i inne historie miłosne”, pokazywana do 11 czerwca w bytomskiej Kronice, to słuchowisko podane w formie galeryjnej instalacji. Po przyłożeniu ucha do rury PCW usłyszymy historię młodego artysty, którego zawód miłosny pchnął do tworzenia sztuki konceptualnej.

Wszystko może być słuchowiskiem

Skąd się właściwie wzięła popularność tej formy wśród twórców? Raczej nie z nostalgii za „Rodziną Poszepszyńskich” albo bajkami dźwiękowymi w rodzaju „Byczka Fernando”. Niektórych typowe słuchowiska i teatr radiowy zwyczajnie irytowały; Piotrowicz wspomina, że zawsze drażniły go „odgłosy trzaskania drzwiami czy wchodzenia po schodach”. Innym były po prostu obojętne; dla Zrałka-Kossakowskiego ulubionym słuchowiskiem była sama fonia z TVP, łapana na odbiorniku radiowym, Lenarczyk z kolei uwielbiał się przysłuchiwać kłótniom sąsiadów.

I właśnie w podobnej różnorodności – bo w optyce Zrałka czy Lenarczyka wszystko może być słuchowiskiem – wypadałoby szukać przyczyn renesansu tej formy. Bo w słuchowisku odnajdzie się znakomicie i dramaturg, i muzyk, i dźwiękowiec na co dzień pracujący przy filmie. Posługując się tą formą, wszyscy oni niskim kosztem mogą opowiedzieć własną historię za pomocą dźwięku, co jest ekscytującym wyzwaniem, bo dźwięk jest przecież niezwykle plastycznym medium, dającym nieskończone możliwości. Można nim i zrekonstruować osławione wyrzucenie fortepianu Chopina z Pałacu Zamoyskich, i oddać grozę świata opanowanego przez zombie, których dźwięki – ku uciesze ekipy Sound Tropez – wydobywane były za pomocą warzyw i owoców. Łamany por imitował trzask kości, a tasak wbity w kapustę naśladował odgłos roztrzaskiwanej czaszki (tu historia słuchowisk zatacza kolejne koło, bo i w złotej erze Teatru Polskiego Radia realizatorzy posługiwali się podobnymi metodami).

– Gdy oglądam telewizję przez dłuższy czas, przestaję myśleć. Obraz mnie pochłania. Mam wrażenie, że formy bez obrazka pozwalają wejść głębiej w historię – stwierdza Marcin Lenarczyk. Być może w czasach dominacji obrazu warto więc uciekać w język dźwięku? A słuchowisko wydaje się najlepszym kursem.

Polityka 21.2016 (3060) z dnia 17.05.2016; Kultura; s. 96
Oryginalny tytuł tekstu: "Czytanie ze słuchu"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Janusz Dzięcioł w szponach szołbizu

Wyluzowany Janusz Dzięcioł powtarza do kamery, że nie lubiłby siebie, gdyby się zmienił, dlatego się nie zmieni, chociaż kto wie, co sława przyniesie. Szołbiznes, mówią ludzie, jest jak walec, każdego rozgniecie, każdą głębię duchową zniweluje. Czy normalny człowiek po wygraniu bardzo popularnego programu telewizyjnego może z wygranym półmilionem złotych w kieszeni wrócić do bloków, do pracy?

Sławomir Mizerski
30.06.2001
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną