Kultura

Lubisz filmy superbohaterskie? Oto komiksy dla ciebie

Lubisz filmy superbohaterskie? Oto komiksy dla ciebie

. . KŻ / mat. pr.
Wraz z rosnącą popularnością kina superbohaterskiego zwiększa się zainteresowanie materiałami źródłowymi, a więc komiksami. Podpowiadamy, po które warto sięgnąć.

Trwa triumfalny pochód superbohaterów przez kina. Tylko w najbliższych miesiącach czekają nas premiery takich filmów jak „Kapitan Marvel”, „Shazam!” i „Avengers: Endgame”. A potem: „Spider-Man: Daleko od domu”, „Dark Phoenix”, „The New Mutants” oraz „Joker”. Wraz z rosnącą popularnością tego typu kina zwiększa się zainteresowanie materiałami źródłowymi, a więc komiksami. Oto propozycje dla tych, którzy po seansie szukają przedłużenia przygody już w wersji papierowej.

„Ant-Man. Druga szansa”

W Kinowym Uniwersum Marvela Człowieka-Mrówkę, czyli Scotta Langa, gra komik Paul Rudd. Jego Ant-Man jest wygadany, nieco fajtłapowaty, mało superbohaterski (ma kryminalną przeszłość), a fundamentem jego tożsamości jest miłość do córki Cassie, która po rozwodzie rodziców zamieszkała z mamą. Chęć pozostania w życiu córki motywuje Scotta do ułożenia sobie normalnego życia i stabilizacji. To dlatego m.in. zakłada firmę ochroniarską – bo kto zaprojektuje lepsze systemy antywłamaniowe niż wybitny ekszłodziej?

To losy Scotta Langa opowiedziane w drugim filmie z nim w roli głównej („Ant-Man i Osa”). Przy okazji jednak doskonale oddające fabułę komiksu „Druga szansa”. Co prawda nie mówimy o wiernej ekranizacji (Marvel nigdy nie kręci filmów w taki sposób), bo w komiksie brak choćby Osy, niemniej wiele motywów reżyser Peyton Reed pożyczył od duetu Nick Spencer (scenarzysta) i Ramon Rosanas (rysownik). Przykładem scena z telefonem w roli wielkiego kina domowego.

Film i komiks są bardzo zbliżone, nawet jeśli nie fabularnie, to charakterem historii: lekkiej, zabawnej, opartej na charyzmie głównego bohatera, ale podszytej dramatem rodzinnym i opowieścią o ojcostwie.

.KŻ/mat. pr..

„Aquaman. Antologia”

Na każdą niedoskonałość filmu „Aquaman” (w tytułowej roli Jason Momoa) reżyser James Wan mógłby odpowiedzieć taczką pieniędzy, którą heros zarobił na całym świecie. To jeden z najbardziej kasowych obrazów w historii kina superbohaterskiego. Wyprzedził nawet trylogię o Batmanie Christophera Nolana.

Sukces jest zaskakujący, bo trudno określić Aquamana mianem wielbionego bohatera. Wręcz przeciwnie. Choć od lat u boku Supermana czy Batmana walczy w Lidzie Sprawiedliwości, dotychczas był raczej obiektem żartów. W skrócie: to był ten gość, który „gadał z rybami”.

W Polsce ukazał się niedawno komiks „Aquaman. Antologia”. Nie jest to zwykła fabuła, ale – jak sugeruje już tytuł – zbiór różnych historii, dobranych tak, by odzwierciedlały najważniejsze momenty z dziejów bohatera: od przaśnych (z dzisiejszej perspektywy) początków, przez mroczność lat 90., po współczesność. Szalenie interesujące są zwłaszcza poprzedzające każdą opowieść obszerne komentarze.

.KŻ/mat. pr..

„Rękawica Nieskończoności”

Jak już wspomnieliśmy, filmy Marvela nigdy nie są wiernymi ekranizacjami komiksów. Tu było podobnie. „Rękawica Nieskończoności”, tak jak „Avengers: Wojna bez granic”, opisuje zgromadzenie przez tytana Thanosa Klejnotów Nieskończoności i wysiłki Avengers, by go powstrzymać, ale na tym podobieństwa – z małymi wyjątkami – się kończą.

Sam komiks ma już swoje lata, powstał w innych czasach, można nawet powiedzieć, że jest nieco staroświecki, zwłaszcza graficznie. Ale składa się to na niesłabnący urok „Rękawicy...”, która po blisko trzech dekadach wciąż zachwyca i może służyć za wzór, jak kreślić fabuły z prawdziwym rozmachem.

Właśnie to najbardziej urzeka w scenariuszu Jima Starlina i rysunkach Rona Lima i George’a Pereza – olbrzymia skala, brak ograniczeń, niekiedy wręcz szaleństwo kreacji. Walki toczą tu potęgi ucieleśniające rzeczywistość czy wszechświat.

Bliższa „Wojnie bez granic” jest nowsza „Nieskończoność” z serii „Marvel NOW!”, także bardzo udana. Ale „Rękawica…” to przykład klasyki z gatunku nieśmiertelnych.

.KŻ/mat. pr..

„Batman. Długie Halloween”

W przypadku popularnego Mrocznego Rycerza można narzekać co najwyżej na nadmiar wyśmienitych tytułów – w zestawieniu równie dobrze mógł się znaleźć „Rok zerowy” (z którego czerpał Nolan przy pierwszym filmie) czy kultowy „Powrót Mrocznego Rycerza” ze scenariuszem Franka Millera. Ale najlepszego detektywa w świecie komiksu, który bada prawdziwie kryminalną sprawę, znajdziemy w „Długim Halloween”.

Scenariusz Jepha Loeba broniłby się, nawet gdyby to nie Batman był głównym bohaterem. Oczywiście, same powiązania personalne tego akurat herosa z jego przeciwnikami dają fabule bardzo dużo. Ale fundamentem jest po prostu trzymająca w napięciu zagadka kryminalna i doskonale kreślona atmosfera noir.

Poza tym rysownik Tim Sale, wspomagany przez kolorystę Gregory’ego Wrighta, wspiął się na szczyt artystycznych możliwości, dając jeden z najwspanialszych przykładów sztuki komiksowej.

.KŻ/mat. pr..

„Deadpool. Martwi prezydenci

Choć tzw. Najemnik z Nawijką, czyli obdarzony niezwykłymi mocami regeneracji wyszczekany antybohater, w komiksach pojawia się od jakiegoś czasu, na światową karierę czekał do premiery filmu „Deadpool”. Aktor Ryan Reynolds wyniósł tę postać na szczyty superbohaterskiej popularności, głównie za sprawą odpowiedniej mieszanki akcji, rubasznego humoru, niewyszukanych żartów i przełamywania tzw. czwartej ściany – bo Deadpool zdaje sobie sprawę, że jest bohaterem komiksu.

Polski rynek zaczął powoli nadrabiać zaległości i wydawać książki z tym bohaterem w głównej roli. Najbardziej imponują kolejne tomy serii „Marvel Classic”, czyli twardookładkowe zbiorcze wydania najważniejszych historii z udziałem Deadpoola. Sęk w tym, że to nieodrodne dzieci lat 90. i jako takie mocno już trącą myszką. Fanom należałoby więc podpowiedzieć skromniejsze objętościowo tytuły z serii „Marvel NOW!” – cienkie, białe tomiki, w atmosferze i pokręceniu zbliżone do tego, co można zobaczyć na ekranie. Wprawdzie cykl potrzebuje chwili, by okrzepnąć i nabrać rozpędu, ale z tomu na tom tendencja jest raczej zwyżkowa.

.KŻ/mat. pr..

„Wonder Woman”

Superman i Batman, towarzysze przygód Wonder Woman, doczekali się zdecydowanie większej liczby wybitnych komiksów. Ich koleżanka pojawiała się raczej we wspólnych seriach, jak świetna „Nowa granica” Darwyna Cooke’a czy „Superman. Czerwony syn” ze scenariuszem Marka Millara. Można obwiniać zdominowany przez mężczyzn rynek komiksowy albo nieco pomnikowy charakter Diany, księżniczki Amazonek.

Oba te argumenty zbija Greg Rucka, który doskonale zrozumiał ideę postaci Wonder Woman, przelewając ją na karty komiksu w Polsce opublikowanego w serii „DC Deluxe”. Rucka wykorzystał wspomnianą „pomnikowość” jako zaletę. Korzenie bohaterki, jej zaangażowanie w politykę i pomoc humanitarną przekuł zaś w unikatowe cechy komiksu. Jego seria to niezwykle kompleksowe spojrzenie na Wonder Woman, stanowiące idealny wstęp również dla laików, bo pokazujące, skąd pochodzi (wyspa Amazonek, głębokie zakorzenienie w greckiej mitologii i czerpanie z tamtejszego bestiariusza), jak i do czego doszła ta bohaterka (Diana jest ambasadorką swojego narodu). Rucka stworzył historię ciekawszą niż filmowa, pokazując pełniejszą, bardziej intrygującą postać. Bez efekciarstwa.

Czytaj także: Czy sukcesy „Czarnej Pantery” i „Wonder Woman” odmienią kino komiksowe?

.KŻ/mat. pr..

„All-Star Superman”

Człowiek ze Stali tak jak Batman mógłby narzekać na nadmiar świetnych tytułów ze swoim udziałem. Autor niniejszego zestawienia za najlepszy uważa „Czerwonego syna”. Ale jeśli szukamy komiksu, który wprowadzi do uniwersum nowych odbiorców i ukaże Supermana w najbardziej charakterystycznym wydaniu, to należałoby wybrać opasły tom ze scenariuszem Granta Morrisona i rysunkami Franka Quitely’ego.

Superman jest tu pomnikowy, nieco wyobcowany (w końcu to obcy, potomek rasy dużo bardziej zaawansowanej niż nasza). Opowieść jest zaś pełna dramatyzmu i dobrze wydobywa esencję bohatera. W „Człowieku ze stali” w reżyserii Zacka Snydera można znaleźć zdania żywcem wycięte z komiksowych dymków. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że Morrison i Quietly stworzyli jeden z najlepszych komiksów superbohaterskich w historii.

Czytaj także: Zapomniani twórcy komiksowych superbohaterów

.KŻ/mat. pr..

„Shazam!”

Podobnie jak Aquaman Shazam ma długą historię, ale nie jest szeroko rozpoznawalny. Z pewnością ze względu na zawiłe przejścia „prawne” tej postaci, która powstała jako kopia Supermana. Twórcy bohatera mają za sobą przegrany proces w tej sprawie.

Kapitan Marvel (bo tak wcześniej się nazywał) jest jednak czymś więcej niż zrzynką z Supka. Zyskał z czasem popularność i wyrósł na samodzielnego herosa. Symbolicznie w doskonałej scenie z „Kingdom Come” rozgromił Supermana piorunami.

Tym, którzy planują wybrać się do kina na „Shazama!”, polecam komiks ze scenariuszem Geoff Johnsa i rysunkami Garry’ego Franka i Brada Andersona. Można w nim znaleźć najbardziej aktualną wersję tej postaci, z uporządkowaną przeszłością i ustalonym już charakterem. Wedle zapowiedzi to właśnie z tego komiksu korzystali filmowcy, szukając inspiracji.

Czytaj także: Superbohaterowie mrocznej przyszłości

.KŻ/mat. pr..

„Wolverine. Staruszek Logan”

Znany głównie z grupowych występów z X-Men Logan doczekał się kilku świetnych solowych przygód. Klasyczny jest „Staruszek Logan” ze scenariuszem Marka Millara i Steve’a McNivena, którym w dużej mierze inspirowali się twórcy filmu „Logan”, kończącego ekranową karierę Hugh Jackmana w roli Wolverine’a i Patricka Stewarta w roli Profesora X.

Trzeba jednak donieść, że „Staruszek Logan” to historia postapokaliptyczna, rozgrywająca się w odległej przyszłości, na gruzach naszego świata, po śmierci większości znanych nam herosów. Rzecz ponura, ale ze świetnym klimatem i – jak to u Millara – z bardzo ciekawym scenariuszem. Inna estetyka zaś, choć z początku może przytłoczyć, stanowi ciekawą odmianę wobec tego, co zwykle widzimy i w komiksach, i w kinie superbohaterskim.

.KŻ/mat. pr..

„Astonishing X-Men: Niebezpieczni”

Scenarzysta serii Joss Whedon znany jest przede wszystkim jako reżyser filmu „Avengers”, pierwszego spektakularnego przeboju w Kinowym Uniwersum Marvela, pokazującego pełen potencjał tej filmowo-komiksowej franczyzy. Jego Iron Man, Kapitan Ameryka, Thor, Hulk i reszta urzekali zwłaszcza świetną dynamiką relacji i doskonałym połączeniem humoru z akcją.

Po lekturze komiksu Whedona łatwo zgadnąć, dlaczego akurat ten człowiek został zatrudniony do przeniesienia „Avengersów” na ekran – wszystko, co zagrało w filmie i za co pokochało go tak wielu fanów, można było dostrzec już w „Astonishing X-Men”. Działa tu przede wszystkim bohater zbiorowy, czyli drużyna, targana różnymi napięciami, z mnóstwem indywidualności, które jednak nie dominują (no, może poza Kitty Pryde, ulubienicą Whedona).

X-Men nie doczekali się wielu naprawdę dobrych komiksów ze swoim udziałem, bo też „zarządzanie” tak wieloma bohaterami nie jest łatwe. Pojawiające się nieustannie w tle kwestie społeczne też mogą przytłaczać. I tym bardziej trzeba docenić wysiłki Jossa Whedona.

Czytaj także: Zwiastuny „Avengers” kłamią. Dla dobra widza?

.KŻ/mat. pr..
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

„Nie prowadzimy lekcji z masturbacji”, czyli na czym polega edukacja seksualna

Nie chodzi o to – jak wydaje się niektórym – żeby pokazywać techniki masturbacyjne. Raczej o to, żeby specjaliści wytłumaczyli rodzicom i wychowawcom, że coś takiego jak masturbacja dziecięca istnieje.

Dominika Buczak
17.06.2019
Reklama