Muzyka

Pani Hendrix

Recenzja płyty: St. Vincent, „St. Vincent”

materiały prasowe
Oryginalne partie mocno wybitej na pierwszy plan gitary.

Ciekawego gitarzystę z wyobraźnią tradycyjnie już opatruje się etykietką „nowego Hendriksa”. A co z gitarzystkami? St. Vincent, czyli Annie Clark, należy się taki przydomek za oryginalne partie mocno wybitej na pierwszy plan gitary. Odważne i przełamujące liryzm melodyjnych partii wokalnych. Jak przystało na muzykę rockową – ale coraz rzadziej się to zdarza – gitary wymykającej się spod kontroli. Clark, którą znamy z grupy Polyphonic Spree, a także jako protegowaną Sufjana Stevensa i współpracowniczkę Davida Byrne’a, to przy tym artystka kompletna. Świetnie pisze i aranżuje, jest wokalistką o szerokich umiejętnościach – brzmiącą tu chwilami delikatnie niczym Kate Bush, a zaraz potem jak Sinead O’Connor (w żarliwie przewrotnym fragmencie „Wolę twoją miłość od Jezusa”). Jej autorski styl unikający rockowych klisz momentami nawiązuje brzmieniowo na tej nowej, czwartej już płycie do The Flaming Lips. Jeśli zatem hasło „Hendrix” kogoś jeszcze przyciąga, należy je wykorzystać, by przyciągnąć do twórczości Amerykanki. A potem porzucić na zawsze, gdy już się przekonamy, że jest wyjątkowa.

 

St. Vincent, St. Vincent, Seven Four

Polityka 13.2014 (2951) z dnia 25.03.2014; Afisz. Premiery; s. 79
Oryginalny tytuł tekstu: "Pani Hendrix"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Polska ma ludzi na sumieniu. A ja? Co z moim sumieniem?

Taktyka stanu wyjątkowego i bezwzględnych pushbacków nie przyniosła spodziewanych rezultatów. Łukaszenka nadal prowadzi swój sabotaż, a nawet go nasila. Polska ma ludzi na sumieniu. A ja? Co z moim sumieniem?

Renata Lis
23.09.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną