Recenzja płyty: Low, „Hey What”
Kierowana przez mormońskie małżeństwo Alana Sparhawka i Mimi Parker grupa Low to zjawisko w świecie muzyki rockowej.
Kierowana przez mormońskie małżeństwo Alana Sparhawka i Mimi Parker grupa Low to zjawisko w świecie muzyki rockowej.
Swoje 20-lecie improwizujące trio RGG świętuje z rozmachem i z perfekcjonizmem większym niż dotąd, choć techniki i kontroli brzmieniowej nigdy im nie brakowało.
Kiedy dobrzy muzycy grają ze sobą ponad ćwierć wieku, a zaczynali jeszcze w szkole, mogą nagrać płytę niemal mimochodem i zawsze będzie ona na poziomie.
Od ponad pół wieku – od czasów Skaldów – z Krakowa trafia do nas artystyczny i zbierający przeróżne inspiracje pop.
108 minut z nierzadko na siłę wydłużonymi utworami to dużo.
Może faktycznie trzeba się zgodzić z Marią Peszek, która uważa, że jest to najpiękniejsza płyta, jaką nagrała.
Jest w „Satellite” sporo niecierpliwości, łączenia różnych inspiracji, nieoczekiwanych zwrotów akcji.
Zaskakująco skomplikowana sprawa z tą trzecią, ogromnie wyczekiwaną płytą nowozelandzkiej wokalistki Lorde.
Trudno to nawet opisać – po prostu trzeba posłuchać.
Repertuar znany z wykonań Mieczysława Fogga czy Adama Astona gra tutaj aż 12-osobowy zespół kierowany zza fortepianu i mikrofonu przez Noama Zylberberga, akcentujący partie smyczkowe, ale też klubową atmosferę.
Pod nazwą niezbyt zachęcającą – przynajmniej jeśli przeczytać ją po polsku – kryje się duet tworzący całkiem szlachetną odmianę muzyki pop.
„Happier Than Ever” to opowieść o ciężarze popularności, która niszczy życie.
Określenie Centenario znaczy stulecie, a właśnie w tym roku w marcu minęło sto lat od narodzin twórcy tango nuevo.
W atmosferę najbardziej dramatycznych dni w historii stolicy grupa Tomasza Organka prowadzi nas w lekkim i przebojowym nastroju.
Album wypełniony doskonałą muzyką, do delektowania się każdym utworem.
Dobra muzyka doskonale broni się po latach, a w wykonaniu takiej artystki jak Williams nabywa dodatkowych kolorów.
Po ponad 30 latach Krystian Zimerman powrócił do kompletu koncertów Beethovena.
Całość to łakomy kąsek dla najbardziej zagorzałych fanów brytyjskiego rynku muzycznego tamtych lat.
12 doskonałych rockowych, świetnie wykonanych piosenek.
Cała ta płyta to osobista kronika – zgrabna, momentami muzycznie zbyt gładka, ale w sumie przekonująca.