Po swojomu
Sw@da i Niczos dla „Polityki”: Wyrośliśmy na podlaskich weselach. Disco polo to nasza world music
BARTEK CHACIŃSKI: – „Muzyka taneczna” – jak to będzie brzmiało po podlasku?
NICZOS: – Muzyka tanciovalna.
Muzyka do zabawy, ale nastroje już nie zawsze. Jak na was i na waszą pracę wpływał kryzys uchodźczy na granicy białoruskiej?
SW@DA: – Na pewno mocno to nas dotknęło. Z jednej strony mamy przyjaciół, którzy pomagali uchodźcom w lesie, byli tacy, którzy dużo o tym pisali czy organizowali zbiórki, jak Mirek Miniszewski, ale wiem też o takich historiach, że ludzie z jednej strony pomagali, ale ich brat, siostra czy kuzynka pracowali w Straży Granicznej. I czasem dochodziło w jednej rodzinie do spotkań ludzi z dwóch różnych stron barykady. Więc na pewno wpływało to na nas – parę razy zostaliśmy poddani dodatkowej kontroli – choć nie wiem, czy na naszą muzykę. Jeśli tak, to podświadomie. Ale był to na Podlasiu jeden z mocnych tematów. Polska znalazła się w podobnym miejscu jak wcześniej Włochy czy Grecja. Tylko tamte przypadki oglądaliśmy w telewizji, a ten mieliśmy na własnym podwórku.
Wasza muzyka jest z założenia wielokulturowa, a tu pojawił się mocniej temat wielokulturowości, choć dotyczył ludzi przepychanych przez białoruskie służby graniczne.
S.: – Najmocniej dotknęliśmy tematu, kiedy Joanna Troc zaprosiła nas do napisania muzyki do spektaklu „Mały doktor wrócił” poświęconego dyrektorowi szpitala w Bielsku Podlaskim. Jest Kurdem, skończył medycynę w Białymstoku, pewnie w latach 80. czy 90., i nagle ta jego rzeczywistość, którą zostawił daleko ze sobą, zapukała mu do drzwi. Bardzo mocno wypowiadał się na temat tych działań zachęcających do przybycia tutaj. Pojawił się nawet w telewizji irackiej – z własnej inicjatywy apelował, żeby nie wierzyć tym ludziom, którzy ściągają przybyszów na granicę.
Czytaj też: Emi Buchwald dla „Polityki”: Potrzebujemy pierwiastka duchowości. Dziś nikt nie boi się zmór
Odkrywacie na nowo zapomnianą historię Podlasia, trochę jak Aneta Prymaka-Oniszk, której POLITYKA przyznała Nagrodę Historyczną za książkę „Kamienie musiały polecieć”…
N.: – Znamy się, ostatnio nawet się przypadkowo spotkaliśmy w lesie.
S.: – Na przechadzce. Pozdravlajem! Ona na pewno należy do Podlasie Bounce Crew.
W wolnym tłumaczeniu: Podlaski Skład Taneczny. Temu środowisku dziękowaliście na Paszportach. Co się za tym kryje?
N.: – To ludzie, którzy wspierają nas przez całą naszą drogę. Niektórzy tylko czują się częścią tej załogi i to już bardzo dużo, ale mamy mnóstwo osób, które nam pomogły. Nawet zwykłym słowem, bo my tak naprawdę od początku robiliśmy wszystko sami, a wokół ludzi, którzy nam pomagali, wytworzyła się wspólnota.
W naszym podkaście historycznym Prymaka-Oniszk opowiadała o różnych wariantach mikrojęzyka podlaskiego – że w Sokółce mówią „po prostu”, a już pod Bielskiem Podlaskim „po swojomu”.
N.: – Myślę, że każdy powie chyba inaczej. W okolicach Bielska spotykam się z określeniem „po swojomu”. To jest najczęstsze i w ogóle tak się wychowywałam, a określeń typu „język podlaski” czy „mikrojęzyk podlaski” zaczęłam używać niedawno przy okazji Eurowizji i towarzyszących konkursowi wywiadów. Na pewno są różnice w samym języku, ale wszyscy są w stanie się dogadać.
Podczas eliminacji do Konkursu Piosenki Eurowizji mieliście świetny odbiór, zdobyliście utworem „Lusterka” drugie miejsce – tuż za Justyną Steczkowską – ale doczekaliście się też niechętnych komentarzy, włącznie z oskarżeniami o banderyzm. Dalej się pojawiają?
S.: – Na pewno w mniejszym stopniu, już tak tego nie odczuwamy. Wtedy było to związane z tym, że mieliśmy szansę na reprezentowanie Polski w konkursie, a posługujemy się językiem mniejszości. Gdy ktoś przy okazji naszego utworu przywoływał Banderę, był to totalny absurd. Tego, że takie strachy siedzą w ludziach, to nawet nie wiedziałem.
N.: – Ciągle oczywiście zdarzają się komentarze typu „Co to za język?”, ale też zdecydowanie mniej.
Zaraz, ale Justyna Steczkowska, która wygrała, część tekstu śpiewa po angielsku. Bliższa nam jest już kultura polsko-białoruskiego Podlasia!
S.: – To jest paradoks. Ostatecznie plusów tego zainteresowania sytuacją było więcej. Widzimy, jak wpływa na sam język.
N.: – Zaczęło się dużo dziać wokół niego. Powstają podkasty, spektakle i książki – choćby podlaskie wydanie „Małego Księcia” przełożonego przez Jana Maksymiuka jako „Mały Prync”. To są takie miłe rzeczy, które się wydarzyły w ciągu tego roku. Nie wiem, na ile my się do tego przyczyniliśmy, ale na pewno idzie to w fajną stronę.
Czytaj też: Tomasz Kisilewicz o tym, jak stworzyć rewolucyjną grę. „Potrzebny jest element ludzki”
Z drugiej strony białoruski reżim umieścił was na swojej liście ekstremistów.
S.: – Musieliśmy uprzedzać naszych słuchaczy z Białorusi, żeby nas przestali obserwować, bo mogą mieć z tego powodu choćby problemy na granicy. Oczywiście przy okazji dostaliśmy bardzo dużo głosów wsparcia od znajomych Białorusinów, którzy też są na tej liście: „Gratulacje, że też jesteście terrorystami, ekstremistami, witamy w klubie”.
N.: – Białorusini byli z nami i wspierali nas na TikToku od samego początku. Pojawiają się na koncertach, czasem stanowią połowę widowni. Ale nie możemy zagrać w Mińsku. A granicy też lepiej nie przekraczać z włączoną muzyką Sw@da x Niczos w samochodzie.
Sw@da, jesteś z rodziny polsko- kolumbijskiej, czy to pochodzenie miało wpływ na twoją muzykę?
S.: – To może nie tyle rodzina, ile raczej spadek genetyczny. Bo ja nigdy nie poznałem mojego biologicznego ojca, widziałem go tylko na zdjęciach. Muszę jednak przyznać, że nawet nie zauważyłem, kiedy poszedłem muzycznie w tę stronę, gdy tylko usłyszałem po raz pierwszy reggaeton czy baile funk. Ale to musiało być bardzo, bardzo wiele lat temu i pamiętam, że chłopaki grający hip-hop dogryzali mi, że „co ty tam wyciągasz”. To było jeszcze zanim TikTok sprawił, że brazylijski baile funk stał się po prostu globalnym nurtem. Nie wiem, czy geny miały tu znaczenie, ale okazało się to dla mnie bliskie.
A jak się poznaliście?
S.: – W 2019 r. wymyślałem już rzeczy z pogranicza szeroko rozumianej światowej muzyki tanecznej i naszego Podlasia. Spodobały się organizatorom festiwalu Polskiego Radia Nowa Tradycja i zaprosili mnie do wzięcia udziału w konkursie. Mogłem wystąpić z laptopem albo zrobić to w żywszej formie. I odezwałem się do naszej znajomej Magdy Pietruk, a ona poleciła mi właśnie Nikę i jeszcze Wiolę z zespołu Żemerwa. Zostałem wtedy laureatem tego konkursu. Od tego czasu zaczęliśmy się regularnie spotykać, żeby pracować, czy ja miałem do zrobienia ścieżkę dźwiękową do filmu, czy coś innego, do czego potrzebny był biały głos.
I wtedy pojawił się pomysł wykorzystania dialektu podlaskiego w muzyce?
S.: – Siedzieliśmy, słuchaliśmy, pracując nad nową muzyką, i zachwyciło mnie to, jak melodyjny jest to język i jak dobrze łączy się z baile funkiem. Dla Niki był zresztą naturalnym kierunkiem.
N.: – Ja to nawet nie pomyślałam, że mogę śpiewać tak zwyczajnie po polsku. Dla mnie biały śpiew kojarzy się automatycznie z językiem podlaskim.
W tym czasie występowałaś już z polsko-białoruskim zespołem Hajda Banda?
N.: – Ja wtedy siedziałam już w Warszawie, działałam z Hajdą Bandą, a do Białegostoku przyjeżdżałam co jakiś czas do studia do Sw@dy. Dla mnie wszystko się zaczęło od muzyki instrumentalnej, od skrzypiec, śpiewać białym głosem zaczęłam później. Po drodze było dużo różnych zespołów mniej lub bardziej tradycyjnych czy właśnie białoruskich i ukraińskich, ale kiedy wyjechałam na studia do Warszawy, nie chciałam stracić kontaktu z muzyką, stąd też współpraca z Hajdą Bandą. Występowałam z nimi do końca tamtego roku, właśnie grają pierwsze koncerty beze mnie.
Masz jeszcze dzienną pracę?
N.: – Zakończyłam ją w poprzednim roku. Właściwie to był taki rok finalizowania różnych rzeczy, jedynie ta magisterka dzisiaj. No i teraz poświęcam się już temu projektowi w 100 proc.
S.: – Paszporty POLITYKI raczej nie przyczyniły się do tego, żebyśmy brali urlop, raczej przyspieszyły nam tempo.
N.: – Więc na razie zostawiam to wszystko za sobą jak coś, do czego będzie można wrócić.
Jaki był temat tej pracy magisterskiej, którą obroniłaś?
N.: – Pisałam o systemach rekomendacyjnych, odnosząc się np. do Spotify, ale na podstawie wizualizacji muzyki. Czyli o tym, w jaki sposób algorytmy takich serwisów czerpią z historii innych użytkowników, ale poprzez analizę rozkładu muzycznych częstotliwości w czasie, a nie metadane dołączone do utworu.
Czytaj też: Ant Łakomsk: Uprawianie sztuki napawa mnie trwogą. Boję się wiedzy, która za tym stoi
Czyli zajmujesz się jako informatyczka kluczowym tematem dla środowiska muzycznego. Czy niedługo tylko sztuczna inteligencja będzie w stanie odróżniać muzykę stworzoną przez algorytmy od pracy ludzkiej?
N.: – Na platformach streamingowych już w tej chwili sztuczna inteligencja pomaga oznaczać treści stworzone za pomocą AI. Ciekawe jest dla mnie to, czy ludzie dalej będą tej wygenerowanej muzyki chcieli słuchać.
S.: – I nie tylko muzyki. Zastanawiam się, czy za 10, 20 lat będziemy woleli obejrzeć serial, który stworzyli jacyś artyści i coś chcieli nam za jego pomocą powiedzieć, czy jednak wybierzemy serial wygenerowany w pięć minut, za to idealnie odpowiadający naszemu stanowi psychicznemu w danej chwili, odnoszący się do naszych przeżyć, korespondujący z tym, co się dzieje w naszym życiu.
Kiedy kontynuacja waszej płyty „#InDaWoods”?
N.: – Zamierzamy w tym roku skończyć kolejny album i mam nadzieję, że uda się go wydać jesienią. Chcemy zaprosić do współpracy innych artystów, a oprócz samego albumu stworzyć i dopracować coś bardziej jak performans, rytuał niż koncert.
A jaki będzie ten nowy materiał w stosunku do pierwszego?
N.: – Mnie się wydaje, że teraz szukamy czegoś w rodzaju płaczu przez taniec. Działa na nas to, gdy z jednej strony utwór jest, powiedzmy, taki bardziej z tych smutniejszych, ale ma w sobie coś takiego, że mimo wszystko chce się tańczyć.
S.: – Taniec ze łzami w oczach to chyba najlepsze, co można uzyskać na poziomie emocjonalnym. Takie pozornie rozbieżne emocje mogą być bardzo oczyszczające.
W kulturze latynoamerykańskiej rozpacz i euforia często ze sobą sąsiadują.
S.: – Tak. Ale to jest bardziej uniwersalne. W naszej tradycji również się pojawia. To powinno brzmieć tak, żebyś tańczył na weselu, chociaż tekst opowiada o jakichś straszliwych rzeczach, które się we wsi wydarzyły. Wszystko jest smutne jak grecka tragedia, ale co tam, wytańczysz to.
To prowadzi wprost do pytania, czy graliście już kiedyś na podlaskim weselu.
S.: – Byliśmy zaproszeni parę razy, ludzie zgłaszają się do nas na Instagramie. Ale jeśli chodzi o występy na weselach, to zagraliśmy tylko u brata Niki na weselu dwie piosenki.
N.: – Ale to nie było Podlasie, tylko Mazowsze.
Czytaj też: Aleksandra Słyż dla „Polityki”: Ta muzyka ma przytłaczać
Paszporty wręczaliśmy w tym roku w nowym studiu TVP im. Kory Olgi Sipowicz, według legendy budowanym dla Zenka Martyniuka. Jak się czujecie z tym cieniem Zenka unoszącym się nad Podlasiem?
S.: – Ja się czuję dobrze. Myślę, że na świecie jest dziś tyle problemów, że jak ktoś robi muzykę – taką czy inną – to i tak w jakimś sensie jest po stosunkowo jasnej stronie mocy. Kiedyś miałem jakiś większy problem z disco polo, ale dotarło do mnie, że to jest po prostu ważny element tego, co na Podlasiu się dzieje.
N.: – Na pewno też wyrośliśmy, przynajmniej ja właśnie, chcąc nie chcąc, na tych zabawach, weselach, prawdopodobnie też to jakoś wpływa na naszą twórczość.
S.: – Był taki moment mocnej ekspansji disco polo w Polsce i mocnego hejtu, wyśmiewania tego, co się tam dzieje – że jest to prosta muzyka. Ale jak sobie słucham world music z różnych części świata, to mi się wydaje, że disco polo jest jakimś odpowiednikiem rzeczy, w które naturalnie się przekształcała scena etniczna w różnych częściach świata, ona nabierała tego elementu klubowości. No i w Polsce z jakichś powodów, nieznanych mi, bo etnograficznie tego nie badałem, to ewoluowało w tę właśnie stronę.
To chyba największe wyzwanie: odpowiedzieć na emocje szerokiej publiczności i przy okazji zostać sobą?
S.: – Tak. Myślę, że tacy artyści, którzy naprawdę grają dla szerokiej publiczności elektroniczną muzykę taneczną i zapełniają stadiony – jak choćby David Guetta – owszem, myślą, jak do tego miejsca dotrzeć, ale też szczerze lubią taką muzykę. To po prostu taki moment w historii, w czasoprzestrzeni, że ta muzyka koresponduje bardzo dobrze z emocjami bardzo dużej liczby ludzi. I że po prostu musi się na taki sukces złożyć wiele elementów. W naszym wypadku ważne okazało się to, że nasze utwory są w tym konkretnym języku, który wywołuje tak wielkie emocje, bo za wschodnią granicą toczy się wojna, bo w Polsce mieszka wielu Ukraińców, a także Białorusinów, którzy przenieśli się tu po wyborach prezydenckich. A to wszystko w połączeniu z tym językiem tworzy jakiś ferment. I kiedy w tych okolicznościach wrzucamy klip na TikToka i jest w opisie coś o języku podlaskim, to czekamy tylko na pierwszy komentarz, że „nie ma takiego języka”. O, jest – dobra, lecimy, jest dyskusja, zaraz ktoś to prostuje, pojawia się odbicie sprostowania, a tiktok staje się wiralem. Elegancko.
ROZMAWIAŁ BARTEK CHACIŃSKI
***
Niczos (Nika Jurczuk) – wokalistka, raperka i skrzypaczka. Urodzona w Bielsku Podlaskim.
Sw@da (Wiktor Szczygieł) – producent muzyczny, także Podlasiak.
Płyta duetu Sw@da x Niczos „#InDaWoods”, opublikowana późną jesienią 2024 r., została nominowana do Fryderyka, a w lutym 2025 r. utwór „Lusterka” w finale krajowych eliminacji Konkursu Piosenki Eurowizji przegrał tylko z piosenką Justyny Steczkowskiej.
***
Rozmowy z laureatami Paszportów POLITYKI w każdą środę o godz. 11.40 w „Kulturze Osobistej” w TOK FM, na tokfm.pl i w aplikacji mobilnej.
***
Partnerem kategorii Muzyka Popularna jest Fundacja PZU.