Recenzja spektaklu: „Thaïsa”, reż. Romuald Wicza-Pokojski

Premiera po stu latach
Dzieło Masseneta zagościło na polskich deskach scenicznych po raz pierwszy od wieku, a na pewno pierwszy raz w Gdańsku.
Marcelina Beucher (Thaïs) i Marcin Bronikowski (Atanael).
Krzysztof Mystkowski/KFP

Marcelina Beucher (Thaïs) i Marcin Bronikowski (Atanael).

I dobrze, bo w dziedzinie opery francuskiej mamy duże luki w wykształceniu. „Thaïs” jest operą specyficznie eklektyczną, z nawiązaniami do muzyki bliskowschodniej i egzotyki w ogóle, ale także zawiera typowo romantyczne melodie, jak słynna skrzypcowa „Medytacja”, pojawiająca się kilka razy. Treść – między uduchowieniem a przewrotnością: mnich Atanael (w tej roli znakomity Marcin Bronikowski) pragnie nawrócić kurtyzanę ze swej rodzinnej Aleksandrii, tytułową Thaïs (Marcelina Beucher o ładnym głosie, ale tracącym urodę na wysokich dźwiękach). Udaje mu się to i prowadzi ją przez pustynię do klasztoru, czego ona fizycznie nie wytrzymuje i niedługo po przybyciu do celu umiera. Tymczasem on zdaje sobie sprawę, że naprawdę chodziło mu o jej miłość, że ta prawda, do której chciał ją przywieść, to w istocie kłamstwo. Jest to więc historia o zgubnych skutkach fanatyzmu, a więc dobra na dzisiejsze czasy. Szkoda tylko, że reżyseria jest w gruncie rzeczy naszkicowana. Minimalistyczna, raczej współczesna scenografia i kostiumy, także współczesne, są dziełem Alicji Kokosińskiej; obecny jest też wciąż na scenie zespół baletowy (choreografia Izabeli Sokołowskiej-Boulton) – grupa „nagich” ciał symbolizujących grzeszne myśli. Może nie jest to spektakl piękny, ale na pewno ciekawy w słuchaniu.

Jules Massenet, Thaïs, reż. Romuald Wicza-Pokojski, Opera Bałtycka

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną