Nauka

Wojna bez rewolucji

Amerykański żołnierz przygotowuje do startu samolot bezzałogowy Raven Amerykański żołnierz przygotowuje do startu samolot bezzałogowy Raven Wikipedia
Cud ery informacyjnej miał zagwarantować Stanom Zjednoczonym zwycięstwa militarne. Wygląda na to, że nie stało się nic.
F 117 - niewidzialny symbol amerykańskiej przewagi technologicznejTMWolf/Flickr CC by SA F 117 - niewidzialny symbol amerykańskiej przewagi technologicznej

Kiedy żołnierze Saddama Husajna szykowali się do odparcia amerykańskiego ataku w Zatoce Perskiej w 1991 r., nie mogli nawet przypuszczać, że ich przeciwnik tym atakiem otworzy nową epokę. Prawdziwy wehikuł czasu przetoczył się po pustyni, pozostawiając rozdarte brzuchy irackich czołgów. Wielu przerażonych Irakijczyków nie zdążyło nawet spostrzec, skąd nadleciały amerykańskie pociski. Wróg potrafił być niewidzialny – umiał uderzać daleko zza horyzontu i spoza zasięgu ognia irackiego wojska. Inteligentne rakiety odnajdywały cele z precyzją do jednego metra. Sami zaś Irakijczycy, za sprawą amerykańskich satelitów i samolotów zwiadowczych, byli śledzeni w dzień i w nocy. Na każdy ich ruch amerykańskie dowództwo mogło odpowiedzieć błyskawiczną kontrą.

Zaczęła się wtedy nowa wojna i epoka tak druzgocącej przewagi jednej strony, jaką można tylko porównać do użycia ciężkich karabinów maszynowych maxime przeciw derwiszom w bitwie pod Omdurmanem nad Nilem w 1898 r., która wstrząsnęła młodym Winstonem Churchillem, wtedy w roli dziennikarza. Było to – jak pisał ten utalentowany autor – „mechaniczne rozsiewanie śmierci, które kulturalne narody doprowadziły do monstrualnej perfekcji”. Derwiszów było ponad 50 tys., lecz cała wojna trwała tylko kilka godzin, trupy ich leżały całymi stosami, zabito jedną piątą tej armii, a 95 proc. doznało ran. Sami Brytyjczycy stracili zaledwie 48 żołnierzy.

Rewolucja pola walki

Rewolucja w Dziedzinie Wojskowości (Revolution In Military Affairs), w skrócie RMA, to pojęcie dobrze znane teoretykom wojskowym. Amerykańscy specjaliści rozpoczęli ją w latach 80. ubiegłego stulecia. Transformację w armii zainspirowała rewolucja informacyjna ostatnich dziesięcioleci XX w. W 1994 r. wysoki urzędnik amerykańskiego ministerstwa obrony przedstawił RMA jako toczącą się właśnie rewolucję w technologii. Zapewniał, że ta rewolucja zmieni sposób prowadzenia wojen i zagwarantuje niespotykaną dotąd przewagę tym, którzy skorzystają z jej dobrodziejstw. Więc USA zyskiwały szansę na zdystansowanie potencjalnych wrogów i przedłużenie o wiele kolejnych dekad hegemonii militarnej na świecie. W 1996 r. najwyższy rangą oficer amerykańskiej armii, przewodniczący Kolegium Połączonych Sztabów John Shalikashvili wydał dokument Joint Vision 2010, w którym przedstawił koncepcję dalszego rozwoju amerykańskiej armii, uwzględniającego najnowsze zdobycze technologii, i prawdopodobny obraz tych sił w 2010 r.

Pomysł był prosty. Joint Vision 2010 przewidywało integrację sił powietrznych, lądowych i morskich oraz narzędzi umieszczonych w przestrzeni kosmicznej. Kluczem do sukcesu było unowocześnienie systemów łączności i przetwarzania informacji, a także zmiany restrukturyzacyjne w samej armii, następujące w ślad za postępem technologicznym. Nowe metody działania, wypracowane dzięki dostępnym narzędziom (satelitom, bezzałogowym i niewidzialnym dla radarów samolotom, inteligentnym pociskom), miały zagwarantować USA skuteczność we wszelkiego rodzaju wojnach konwencjonalnych, nie wyłączając operacji humanitarnych i walki z terroryzmem. Zaczynała się era, w której brudną robotę za tradycyjnego żołnierza miały odwalać maszyny i systemy informacyjne.

W filmie „Avatar”, kandydacie do tegorocznych Oscarów, główny bohater Jake Sully posługuje się drugim wcieleniem – avatarem, humanoidalnym robotem utworzonym z substancji organicznej przy wykorzystaniu ludzkiego DNA. Tę postać Sully kontroluje na odległość za pomocą myśli – komputer transmituje do avatara impulsy elektryczne z jego mózgu i przekazuje z powrotem to, co maszyna widzi, słyszy i czuje. Gdy avatar ginie, Sully może żyć dalej (więcej o naukowych i nienaukowych pomysłach w filmie „Avatar” na s. 64).

To wizja science fiction, ale zgrabnie ujmuje marzenie o nieśmiertelności na wojnie, która uczyniłaby z prawdziwej walki rodzaj gry komputerowej (o tych i innych aspektach robotyzacji pisaliśmy w artykule „Wojna nerdów”, POLITYKA 32/09). Tutaj jednak chodzi o coś innego. Współczesna rewolucja technologiczna jest w gruncie rzeczy o wiele prostsza niż wizje futurologów. Chodzi przede wszystkim o wykorzystanie informacji.

Pierwsza wojna w Zatoce, znana jako pierwsza wojna ery informacyjnej, była wybitną ilustracją postępu cywilizacyjnego, jeśli termin postęp cywilizacyjny jest tu na miejscu. Telewizja CNN niemal na żywo przekazywała zdjęcia z pola walki. Amerykańskie dowództwo – dzięki nagraniom z bezzałogowych samolotów szpiegowskich, obrazom satelitarnym i innym systemom – śledziło w czasie rzeczywistym to, co dzieje się na froncie. Amerykanie, wiedząc więcej niż przeciwnik, łatwo uprzedzali ruchy irakijskiej armii.

Informacyjną przepaść spotęgowało odcięcie przeciwnika od jego, ubogich zresztą, źródeł informacji. Wysłany już na początku z misją bojową samolot F-117 Stealth zbombardował wylot przewodów klimatyzacyjnych irackiej sieci telefonicznej w centrum Bagdadu. Zniszczenie kabli pozbawiło irackie centrum dowodzenia jednej z głównych dróg łączności z terenem. Pociski Tomahawk uwalniały nad irackimi rozdzielniami energetycznymi wstążki z włókna węglowego, co powodowało zwarcie i wyłączenie znacznych fragmentów sieci energetycznych. Helikoptery wystrzeliwały chmury antyradiacyjne, które paraliżowały iracką obronę przeciwlotniczą. Zniszczono irackie radary. W ten sposób ogłuszono i oślepiono iracką armię.

Próżnię informacyjną mogła wypełnić amerykańska propaganda. Samoloty zrzucały deszcze ulotek. Jak podaje Dorothy E. Denning w książce „Wojna informacyjna i bezpieczeństwo informacji”, ulotki trafiły do 294 tys. żołnierzy irackich (98 proc. całej armii). W istocie nie toczono z nimi wielkich walk. Prawie 87 tys. żołnierzy irackich poddało się siłom koalicji i większość z kapitulujących trzymała w ręku ulotki lub miała je schowane w ubraniu.

Armie z przeszłości, żołnierze z przyszłości

Rzeczywiście więc Amerykanom nie potrzeba było już żołnierzy? To nie takie proste. Mimo niekwestionowanych zasług technologii przynależnych do epoki informacyjnej, zwycięstwa nie odniesiono za pomocą samych środków tego rodzaju. – W Iraku toczyły się dwie równoległe wojny – przypomina gen. prof. Bolesław Balcerowicz z Zakładu Studiów Strategicznych Instytutu Stosunków Międzynarodowych UW. – Jedna z użyciem najnowocześniejszych technologii – wojna ery informacyjnej; druga, tradycyjna – z użyciem ogromnego wojska. Ta druga angażowała m.in. amerykańskie, francuskie i brytyjskie dywizje pancerne. Po stronie Amerykanów wzięło udział około miliona żołnierzy i personelu pomocniczego. Mimo innowacji technologicznych, skuteczne okazały się tradycyjne metody. Ostateczną klęskę zadało zmasowane uderzenie armii. Nawet przy stosunkowo niedużym oporze wroga trzeba było ten ogromny teren zająć.

Ale wielkie armie – wedle teoretyków RMA – to relikt dawnej epoki. Ich miejsce zajmą bardziej mobilne i mniej rzucające się w oczy oddziały, dysponujące jednak ogromną siłą rażenia o niespotykanej dotąd precyzji. Przy tym ideałem byłoby takie zastosowanie środków, które w minimalnym stopniu naraża na straty własne.

Przedsmakiem wojny bez strat była już ta w Jugosławii w 1999 r. Od marca do czerwca natowskie F-16 przeprowadzały bombardowania z bezpiecznej wysokości 5 tys. m. Do akcji w ogóle nie wprowadzono wojsk lądowych. Operacja przeszła do historii jako pierwsza, w której po stronie interweniującej nie zginał ani jeden żołnierz. Według Human Rights Watch, straty Serbów sięgnęły 524 zabitych. To niewiele, biorąc pod uwagę, że pod Waterloo w ciągu 10 godzin zginęło lub zostało rannych blisko 40 tys. ludzi. Entuzjaści technologii byli wniebowzięci. Miała to być zapowiedź wojen sterylnych. Bez strat w ludziach dla beneficjentów technologii i z małymi stratami dla ich adwersarzy.

Jednak wirtualną wojnę – jak ją nazywano – można było też uznać za porażkę. Przede wszystkim taktyka uderzeń z powietrza nie zmusiła Serbów do zaprzestania czystek etnicznych. Przeciwnie, rozzłoszczeni nalotami Serbowie, widząc swoją bezsilność względem odległego wroga, zaostrzyli represje wobec Albańczyków w Kosowie (liczbę ofiar po obu stronach szacuje się na 10 tys. zabitych i 800 tys. wypędzonych). Oznaczało to właściwie klęskę operacji natowskiej, bo przerwanie czystek etnicznych było oficjalnym celem jej wszczęcia. Okazało się, że nawet z najnowocześniejszymi technologiami sukces bez ryzyka nie jest możliwy.

Przewaga asymetryczna

Sukcesów w zastosowaniu RMA ery informacyjnej jest jak na lekarstwo. Wydatnie ujął to emerytowany kapitan William Toti, obecnie pracownik Raytheon Company, jednej z największych firm zbrojeniowych świata. Toti twierdzi, że RMA nie przydaje się w dzisiejszym świecie, bo nie pasuje do charakteru współczesnych wojen. – RMA w żaden sposób nie zapobiegłaby rzezi 800 tys. ludzi, jakiej w 100 dni dokonano w Rwandzie, ani nie pomogłaby garstce najlepszych żołnierzy amerykańskich – Rengerów i Delt – w przegranym starciu z kilkoma tysiącami chłopców z karabinami i granatnikami w Mogadiszu, nie zwiększyłaby naszego potencjału w walce takiej jak w Bośni w 1995 r., kiedy w 48 godzin wymordowano 7 tys. ludzi. Wszystkie te udoskonalone czujniki pozwoliłyby nam co najwyżej szybciej odnaleźć groby – kończy Toti.

Analitycy RMA nawiązują też do pojęcia tzw. wojny asymetrycznej. Zachodzi ona wtedy, kiedy jedna strona, dysponując dużo mniejszym potencjałem, ucieka się do całkiem innych metod walki, które pozwalają niwelować tę przewagę. Do takich metod należą zarówno partyzantka jak i terroryzm. Ilustracją jest dzisiejszy Afganistan. Tu po raz kolejny technologia epoki informacyjnej nie odgrywa decydującej roli. Oto przykład: koroną amerykańskiej dominacji w sferze informacyjnej i technologicznej jest dron – bezzałogowy samolot, dzięki któremu Amerykanie dniem i nocą obserwują afgańskie wioski. Samolot taki łatwo może wykryć czołg i go zniszczyć, co w regularnym konflikcie stanowiłoby broń nie do przecenienia. Tylko że Afgańczycy nie mają czołgów. Samolot nie rozpozna idącego drogą człowieka, a tym bardziej nie odgadnie jego intencji. W takim konflikcie nie może być zatem w pełni wykorzystany.

Po drugie, i chyba jeszcze ważniejsze, o wyniku tego rodzaju konfliktów nie decyduje starcie potencjałów militarnych na polu bitwy, lecz to, co następuje potem: długotrwały proces stabilizacyjny. Ten etap, w którym ważą się losy pokoju, rządzi się własnymi prawami. Polega – mówiąc patetycznie – na walce o serca ludności, a nie o cele wojskowe.

W sprawie serca technologia jest bezsilna. Wbrew makiawelizmowi, na dłuższą metę decydująca okazuje się moralność. Jeśli podejmuję działania, które gwałcą wartości wyznawane przez ludność miejscową, użyję drona, który przez pomyłkę ostrzela niewinnych ludzi, albo jeśli postępuję cynicznie lub, nie daj Boże, moje działania nie pokrywają się z głoszonymi przeze mnie wzniosłymi ideami sprawiedliwości i demokracji, pobity naród nie przyjmie narzucanych rządów i praw albo wykorzysta pierwszą nadarzającą sposobność, aby wbić nóż w plecy pogardzanemu prawodawcy. Niemoralne postępowanie przedłuża konflikt i – jak to ujął znany anglosaski historyk wojskowości Colin Gray – jest strategicznie nieskuteczne.

Dobrą ilustracją trudności związanych z wdrażaniem pokoju jest znowu Afganistan. Głównodowodzący siłami amerykańskimi gen. Stanley McChrystal uzyskał od prezydenta Baracka Obamy dodatkowe wojsko. Siły międzynarodowe zwiększą się o ok. 30 proc. – do ok. 110 tys. żołnierzy. Gdyby nie posiłki, to – według samego McChrystala – Amerykanów w Afganistanie czekałaby niechybna klęska. A i teraz rzecz nie jest bynajmniej przesądzona. Istotą problemu jest to, czy Amerykanom uda się stworzyć w Afganistanie silne państwo, ze skuteczną i oddaną armią i policją.

Tu znowu wraca sprawa walki o serca. Jednak właśnie w tym wymiarze siły międzynarodowe stoją niemalże na straconej pozycji. Jak tłumaczy gen. prof. Stanisław Koziej, wykładowca w Akademii Obrony Narodowej, Amerykanie są postrzegani, jakby byli przybyszami z Marsa. Od Afgańczyków dzieli ich nie tylko bariera językowa, ale i cywilizacyjna. I to może mieć większe znaczenie niż cała ich technologia.

Zaletom RMA jako rewolucji zmieniającej sposób prowadzenia wojen przeczy sama historia. Zdarzały się wynalazki, które wprawiały w osłupienie współczesnych i trudno było sobie odtąd wyobrazić obraz przyszłych wojen. Takim wynalazkiem był wspomniany maxime, były też katapulty, muszkiety, samoloty czy radary. Jednak na każdą broń z czasem znajdowało się antidotum – w postaci zmiany taktyki walki lub kolejnej innowacji technologicznej. Wynalazki na swój sposób rewolucyjne, z dzisiejszego punktu widzenia wydają się zaledwie kolejnym krokiem na drodze postępu.

RMA epoki informacyjnej, która święciła triumfy 20 lat temu w Zatoce, nie pomogła jeszcze wygrać żadnej wojny. Przykłady z Iraku czy Afganistanu pokazują, że konflikty są nadal długotrwałe i kosztowne. Przecenianie technologii wojskowych, w porównaniu z innymi istotnymi czynnikami mającymi wpływ na przebieg konfliktów, grozi wplątywaniem całych społeczeństw w długotrwałe wojny o charakterze asymetrycznym ze wszystkimi ich konsekwencjami, a więc terroryzmem włącznie.

Optymizm lat 90. ustępuje trzeźwej ocenie. Jeszcze w 2000 r. dwie trzecie amerykańskich żołnierzy wierzyło, że jednym ze skutków RMA będzie tym łatwiejsze angażowanie się USA w przyszłe konflikty zbrojne na świecie. Czas miażdżącej przewagi technologicznej jednak nie nadszedł. Wojny nadal zabijają ludzi, a na dodatek nie przynoszą zwycięstw.

 

Polityka 7.2010 (2743) z dnia 13.02.2010; Świat; s. 79
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Nauka

Suszarki do rąk są za głośne dla dzieci – alarmuje 13-letnia badaczka

Dzieci to doskonali obserwatorzy, dostrzegający często to, co umyka dorosłym. 13-letnia Nora Louise Keegan zrobiła to niedawno na łamach międzynarodowego czasopisma naukowego, pisząc o hałasie z elektrycznych suszarek do rąk.

Piotr Rzymski
12.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną