Badania kosmiczne – drogie, ale niezbędne

Miliony wystrzelone w kosmos
Dr Aleksandra Bukała, dyrektor generalna firmy Sener Polska zajmującej się inżynierią kosmiczną, o tym, kiedy zbudujemy własnego satelitę i dlaczego nigdy.
Sonda Cassini-Huygens wchodzi na orbitę Saturna. Misja sondy zakończyła się w połowie tego roku. Okrzyknięto ja najbardziej udaną misją kosmiczną w historii.
JPL/NASA

Sonda Cassini-Huygens wchodzi na orbitę Saturna. Misja sondy zakończyła się w połowie tego roku. Okrzyknięto ja najbardziej udaną misją kosmiczną w historii.

Wizualizacja europejskiej sondy Juice (Jupiter Icy Moon Explorer), która ma zostać wystrzelona w kierunku Jowisza w 2022 r.
ESA

Wizualizacja europejskiej sondy Juice (Jupiter Icy Moon Explorer), która ma zostać wystrzelona w kierunku Jowisza w 2022 r.

Dr Aleksandra Bukała
materiały prasowe

Dr Aleksandra Bukała

Juliusz Ćwieluch: – Czego szukamy w kosmosie?
Dr Aleksandra Bukała: – W misjach poza orbitą Ziemi głównie sprawdzamy, czy mamy towarzystwo we Wszechświecie.

Pani w to wierzy?
Jako inżynier nie chcę wierzyć, chcę wiedzieć. Przemawia do mnie wypowiedź głównej bohaterki z filmu „Kontakt”, że Wszechświat jest większy niż największa rzecz, jaką możemy sobie wyobrazić. A jeżeli bylibyśmy w nim sami, byłoby to straszne marnotrawstwo przestrzeni.

Nie przeraża pani świadomość tego ogromu?
Raczej fascynuje. Przy technice, którą obecnie dysponuje ludzkość, jeszcze bardzo długo będziemy więźniami naszego Układu Słonecznego. Daleki Wszechświat jest ciągle poza zasięgiem naszego poznania. Próbujemy go podglądać na wszystkie możliwe sposoby z Ziemi i za pomocą sond kosmicznych, ale to zaledwie namiastka poznania. O prawdziwej eksploracji na razie możemy tylko pomarzyć.

Dlaczego się tak zacięliśmy na zdobycie Marsa?
Bo jest blisko. Technologicznie załogowa misja na Marsa jest w naszym zasięgu. Moglibyśmy tam dolecieć. Pomijając destrukcyjny wpływ długiego stanu nieważkości, trzeba jeszcze rozwiązać wiele problemów, w tym tych związanych z powrotem. Z pewnością będzie trudniej wrócić niż z Księżyca, bo trzeba pokonać grawitację Marsa bez użycia kosmodromu, którego tam nie mamy. Na szczęście przyciąganie Czerwonej Planety to zaledwie 40 proc. ziemskiego.

Pewnie znaleźliby się ochotnicy gotowi polecieć w jedną stronę.
NASA, która prowadzi najbardziej zaawansowany projekt załogowej eksploracji Marsa, kategorycznie stawia warunek powrotu całej załogi. I takie jest, myślę, oczekiwanie ludzi. Nie chcemy wysyłać naszych emisariuszy na pewną śmierć. W przypadku programów kosmicznych opinia publiczna ma ogromne znaczenie. Myślę, że samobójcza misja byłaby zabójcza dla dalszego finansowania badań kosmicznych. Pieniądze to dziś największa bariera dla rozwoju naszej branży. Śmiejemy się z kolegami, że rynek kosmiczny ruszy z kopyta dopiero, kiedy opanujemy sztukę teleportacji.

Lądowanie na Księżycu oglądało pół miliarda ludzi. Dlaczego komos przestał być sexy dla przeciętnego Kowalskiego?
Nawet nasza telewizja transmitowała na żywo lądowanie na Księżycu w 1969 r. Rodzice opowiadali mi, z jakimi emocjami siedzieli wtedy przed telewizorem. Dziś brakuje czegoś, co by porwało ludzi. Może załogowa misja marsjańska mogłaby odnowić to zainteresowanie. Coraz ciężej jest porwać ludzi codziennością branży kosmicznej. Barierą jest wiedza i stopień skomplikowania projektów. Bardzo wielu aspektów sama nie rozumiem, choć żywo się tym interesuję. Złote lata zainteresowania branża kosmiczna chwilowo ma za sobą. Kosmos ciągle jednak oddziałuje na ducha romantyzmu ludzkości. Ma również silne oddziaływanie na te mniej wyrafinowane potrzeby człowieka, czyli rozrywkę i militaria. Nad naszymi głowami latają tysiące satelitów, w tym wiele komunikacyjnych i szpiegowskich.

Dzięki którym nasze telewizory pękają od nadmiaru kanałów. A dowódca jednej armii podczytuje z kosmosu gazetę dowódcy wrogiego obozu. Absurd.
W branży od dawna trwa dyskusja, czy zmierzamy we właściwym kierunku. Są i tacy, którzy negują samą ideę eksploracji, twierdząc, że przeznaczone na ten cel miliardy dolarów można z powodzeniem przeznaczyć na poznanie własnej planety. Dzięki badaniom z kosmosu moglibyśmy zarządzać zasobami Ziemi w sposób znacznie bardziej zrównoważony.

Kosmosem rządzą pieniądze?
Wyniesienie jednego kilograma ładunku na orbitę okołoziemską to koszt od 25 do 50 tys. dolarów. Rozbudowane urządzenie waży średnio 10 ton. Proszę sobie samemu policzyć, ile kosztuje samo wystrzelenie ładunku. A koszty transportu stanowią zazwyczaj zaledwie 20 proc. kosztów całej misji.

Dlaczego to jest takie drogie?
Bo musi niezawodnie działać. Nie potrafimy jeszcze dokonywać opłacalnego ekonomicznie serwisowania urządzeń w kosmosie. Taniej wychodzi gruntowne przetestowanie wszystkich komponentów na Ziemi, niż narażenie się na awarię na orbicie. Weźmy przykład satelitów telekomunikacyjnych. Większość z nich to tzw. satelity geostacjonarne, które trzeba umieszczać na wysokości 36 tys. km nad Ziemią. Jest to orbita bardzo zatłoczona, bo operatorzy telewizji satelitarnej bardzo sobie ją cenią. Powstało szereg międzynarodowych uregulowań prawnych zarządzających miejscem na niej. Za to również trzeba zapłacić. Na dodatek każdy musi trzymać się dokładnie w przyznanym mu miejscu. Dlatego satelity telekomunikacyjne są ogromne. Przy czym zdecydowana większość masy satelity to paliwo. Satelity dryfują, ale co kilka tygodni trzeba ustabilizować ich pozycję. I to pochłania spore ilości paliwa. Kończy się paliwo, kończy się życie satelity.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną