Nowe badania: jak jeść, żeby trzymać linię. Dla kultury „foodie” to pewnie zła wiadomość
W kulturze, która celebruje różnorodność – także tę na talerzu – propozycja, by jeść w kółko to samo, brzmi niemal jak dietetyczna prowokacja. A jednak najnowsze badania psychologów z Drexel University sugerują, że właśnie taka strategia może być zaskakująco skuteczna w odchudzaniu.
Naukowcy przeanalizowali dzienniki żywieniowe ponad stu osób uczestniczących w programie redukcji wagi. I okazało się, że ci, których dieta była bardziej powtarzalna i kalorycznie stabilna, tracili więcej kilogramów. Ale sedno tej historii nie tkwi w jedzeniu – tylko w głowie. Odchudzanie to nie tyle walka z kaloriami, ile z własną uwagą, impulsem i zmęczeniem decyzyjnym. Każdy posiłek to wybór, a każdy wybór kosztuje. Psychologowie od dawna wiedzą, że zdolność do samokontroli nie jest nieskończona – wyczerpuje się w ciągu dnia. W świecie nadmiaru jedzenia oznacza to, że im więcej decyzji podejmujemy, tym większe ryzyko, że w końcu „odpuścimy”.
Sama idea nie jest dla nauki całkiem nowa. Już wcześniej badacze wskazywali, że powtarzalność sprzyja tworzeniu nawyków, a różnorodność – zwłaszcza w obrębie smaków – może zwiększać ilość spożywanego jedzenia. Nowością jest raczej to, że tym razem udało się uchwycić te mechanizmy na dużą skalę, w realnych zachowaniach ludzi, a nie tylko w deklaracjach czy krótkich eksperymentach.
Czytaj też: Jak jeść to samo i się nie nudzić. Mnie ta monotonia pomogła zrzucić 70 kg
Co zjeść? Ile?
Powtarzalna dieta działa jak automatyzacja – przenosi jedzenie z poziomu świadomego wyboru na poziom nawyku. Nie trzeba już za każdym razem rozstrzygać, co zjeść i ile. Decyzja została podjęta wcześniej – a to radykalnie zmniejsza obciążenie psychiczne. Badacze odwołują się do teorii nawyków, zakładającej, że zachowania powtarzane w stabilnych warunkach stają się coraz mniej „kosztowne” poznawczo i coraz bardziej zautomatyzowane. W praktyce oznacza to, że osoba jedząca codziennie podobne posiłki musi wkładać mniej wysiłku w utrzymanie diety niż ktoś, kto stale improwizuje.
Jest jeszcze drugi mechanizm – mniej oczywisty. Różnorodność zwiększa przyjemność jedzenia. Każdy nowy smak podtrzymuje zainteresowanie i apetyt, dlatego przy szwedzkim stole jemy więcej, niż kiedy dostajemy jedno danie. Powtarzalność działa odwrotnie, bo oswaja bodziec, obniża jego atrakcyjność, a w konsekwencji zmniejsza ilość spożywanego jedzenia.
Stabilność kalorii wpisuje się w ten sam schemat. Osoby, które jadły codziennie podobną liczbę kalorii, osiągały lepsze efekty. Nie musiały „zarządzać” dietą w ciągu tygodnia, kompensować ani negocjować ze sobą po bardziej obfitych dniach, czyli ich strategia była prostsza – a więc psychologicznie tańsza.
Można to zresztą zobaczyć także poza kuchnią. Niektórzy ludzie sukcesu – od Steve’a Jobsa po Marka Zuckerberga – celowo ograniczali swoją garderobę do jednego zestawu. Nie chodziło o styl, lecz o ekonomię uwagi: im mniej decyzji trzeba podjąć rano, tym więcej energii zostaje na sprawy naprawdę istotne. Z jedzeniem może działać podobny mechanizm – rutyna zamiast wyboru.
Czytaj też: Chude lata dla otyłych. Czy Ozempic to naprawdę Święty Graal? Jesteśmy świadkami rewolucji
Monotonia kilku dań
Czy to oznacza, że najlepsza dieta to monotonna lista kilku dań? Niekoniecznie. Badanie nie rozstrzyga, co jest przyczyną, a co skutkiem – możliwe, że osoby bardziej zdyscyplinowane po prostu częściej wybierają rutynę. Ale pewne wydaje się jedno – w świecie nadmiaru problemem nie jest brak wiedzy, co jeść, lecz przeciążenie wyborami. A skoro tak, to skuteczna dieta może polegać nie na większej kontroli, lecz na jej sprytnym ograniczeniu.
Paradoks jest więc uderzający, że to wcale nie różnorodność i kreatywność, lecz powtarzalność i nawyk mogą okazać się najskuteczniejszym narzędziem zmiany. I być może największym luksusem współczesnej diety jest wcale nie wybór, ale jego brak.
Być może dlatego najłatwiej byłoby wrócić do tego, jak większość z nas jadała w dzieciństwie, czyli bez objadania się, analizowania każdego kęsa i ciągłego myślenia o tym, co będzie następne. Jedzenie nie było ani nagrodą, ani projektem, ani elementem tożsamości – raczej krótkim przystankiem między ważniejszymi sprawami. Gdy uczyniliśmy z niego jedno z głównych źródeł przyjemności i autoekspresji, kontrola nad nim okazała się znacznie trudniejsza.
To niezbyt dobra wiadomość dla kultury „foodie”, która każe nam traktować każdy posiłek jak małe wydarzenie. Wygląda na to, że z punktu widzenia metabolizmu najbezpieczniejsze są raczej dni, w których nic się nie dzieje. Skuteczna i zdrowa dieta może wymagać czegoś, co wydaje się niemal kulturowo nie do przyjęcia – powrotu do jedzenia, które nie domaga się naszej uwagi.
Warto też pamiętać, że przez większość historii ludzie jadali właśnie tak: prosto, powtarzalnie i sezonowo. Różnorodność była luksusem – a wraz z nią pojawiały się problemy z nadmiarem. W tym sensie współczesne zalecenia brzmią jak odkrycie, a są raczej powrotem do dawnej normy.
Na szczęście badacze Drexel University odnotowali też pewien wyjątek, który brzmi znacznie bardziej przyjaźnie: niewielkie odstępstwa od rutyny – zwłaszcza w weekendy – nie tylko nie szkodziły, ale czasem wręcz sprzyjały chudnięciu. Być może dlatego, że dawały poczucie ulgi i chroniły przed narastającą frustracją, jednym z głównych wrogów długotrwałych zmian. Nawet najbardziej zdyscyplinowany nawyk potrzebuje bowiem od czasu do czasu oddechu.