Rynek

Krótszy tydzień pracy – eksperyment, który się sprawdza (w Nowej Zelandii)

Rawpixel / PantherMedia
Można? Można. Pewna firma w Nowej Zelandii wprowadziła czterodniowy tydzień pracy. Oczywiście za tę samą płacę. I to działa.

Firma nazywa się Perpetual Guardian i jest aktywna w branży powierniczej. Zatrudnia na stałe 250 osób. Wiosną Nowozelandczycy przeprowadzili dwumiesięczne testy z krótszą pracą. Okazało się, że wzrosło zadowolenie pracowników. Z wewnątrzfirmowych ewaluacji wynika, że rok temu mniej więcej połowa załogi mówiła, że daje radę godzić życie prywatne i służbowe. Po marcowej i kwietniowej próbie ten wskaźnik skoczył do prawie 80 proc. A do tego wyszło, że praca przez cztery zamiast pięciu dni w tygodniu nie jakoś obniża znacząco mocy przerobowych przedsiębiorstwa. Przy okazji ujawniły się bowiem znaczące możliwości lepszej organizacji zadań. Firma poszła więc na całego i od czerwca tydzień pracy został skrócony o jedną piątą. Przy zachowaniu dotychczasowych wynagrodzeń. Dla tych, którzy nadal wolą przychodzić do biura pięć razy w tygodniu – tyle że na krócej – zostawiono i taką możliwość.

Czytaj więcej: Globalni niewolnicy. Prof. Harry Cleaver o tym, jak się wyzwolić z niewoli pracy

Czas na realizację wizji Keynesa?

Nowozelandzki eksperyment doskonale wpisuje się w trwające od dawna dyskusje nad tym, by pracować mniej. Fundamentalnym argumentem zwolenników jest to, że w większości rozwiniętych gospodarek pracuje się dziś tyle samo co 100 lat temu. A w niektórych przypadkach nawet więcej, bo współczesna praca bardzo często wylewa się poza ustawowe osiem godzin czy faktyczne miejsce pracy. W tym samym czasie produktywność bogatych gospodarek wzrosła wielokrotnie. Wielu obserwatorów – zwłaszcza tych z lewej – pyta więc coraz śmielej, czy nie czas na realizację słynnej wizji Johna Maynarda Keynesa z broszury „Ekonomiczne perspektywy dla naszych wnucząt”. Anglik wieszczył w niej, że do 2030 r. obywatele rozwiniętego świata zostaną wreszcie wyzwoleni z konieczności zarabiania na życie. A ich głównym wyzwaniem stanie się raczej ułożenie sobie świata, w którym praca nie odgrywa już tak centralnej roli jak kiedyś. Normą (według Keynesa) stanie się bowiem trzygodzinny dzień pracy (15 godzin tygodniowo). Co przy wysokiej wydajności gospodarczej oraz szerokiej bazie popytowej zupełnie wystarczy do wyprodukowania takiej ilości dóbr i usług, przy której każdy obywatel będzie mógł się utrzymać na przyzwoitym poziomie.

Czytaj także: A może by tak rzucić pracę? 21 sygnałów wypalenia

Polacy nie chcą pracować krócej

Na razie od wizji Keynesa jesteśmy bardzo daleko. Zwłaszcza w takich krajach, jak Polska, gdzie faktyczny czas pracy należy do najdłuższych wśród krajów OECD. Co gorsza, w zasadzie odzwyczailiśmy się nawet od myślenia, że mogłoby się to kiedykolwiek zmienić. Przekonała się o tym wiosną Partia Razem, zbierając podpisy pod obywatelską inicjatywą skrócenia ustawowego czasu pracy do 35 godzin. Razemitom potrzebnych podpisów zebrać się nie udało i musieli pomysł zawiesić.

Zobacz wideo: 35-godzinny tydzień pracy? Pomówmy o tym

Eksperymenty z wolniejszym tempem życia (i krótszym tygodniem pracy)

W krajach rozwiniętych jest trochę lepiej. Gdy po kryzysie 2008 r. zachwiała się hegemonia myślenia neoliberalnego, powrócił również temat czasu pracy. Najpierw pod postacią dzielenia się zatrudnieniem w czasie ostrego uderzenia kryzysu. Potem, w 2014 r., multimiliarder Carlos Slim rzucił hasło nowego paktu między kapitałem a pracą. Jego pragmatycznym efektem miałoby stać się wprowadzenie 3-dniowego tygodnia pracy. W zamian za zgodę społeczną na podniesienie wieku emerytalnego do 75 lat. Z kolei progresywny brytyjski think tank New Economic Foundation zaczął lobbować na rzecz 21-godzinnego tygodnia pracy (to jakieś 4 godziny dziennie). Argumentował, że zbyt szybkie tempo życia pcha nas nieuchronnie (konsumpcja, coraz szybszy transport) w kierunku ekologicznego samobójstwa.

Czytaj także: Ile w dzisiejszym kapitalizmie znaczy pracownik

Niektórzy biznesowi gracze rozpoczęli swoje eksperymenty. Amazon pozwolił niektórym pracownikom przejść na 30-godzinny tydzień pracy. Oczywiście (niestety) z odpowiednio pomniejszonymi zarobkami. Z kolei w szwedzkim Göteborgu testuje się 6-godzinną dniówkę dla urzędników. Perpetual Guardian wpisuje się w ten trend. A o kolejnych eksperymentach na pewno jeszcze usłyszymy.

Czytaj także: Praca się skiepściła. Z prof. Mirosławą Marody o stosunku Polaków do pracy rozmawia Joanna Solska

Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Jak traumy z dzieciństwa wpływają na dorosłe życie

Czy warto wciąż pytać rodziców: Jak mogliście mi to zrobić?

Anna Tylikowska
13.11.2018
Reklama