Projekt reformy Państwowej Inspekcji Pracy, przygotowany przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, nie trafi do Sejmu. Na to, aby inspektorzy pracy mogli administracyjnie zamienić umowy zlecenia oraz samozatrudnienie na etaty, nie godzą się koalicjanci Lewicy.
Również premier Donald Tusk jest temu przeciwny. Słychać nawet opinie, że uważa on, że ministra Dziemianowicz-Bąk wypuściła projekt, który nie odzwierciedla poglądów rządu, a tylko kierowanego przez nią resortu. Zbyt dużym uprawnieniom dla PIP sprzeciwiają się także wszystkie organizacje pracodawców. Problem zrobił się gorący, ponieważ reforma powinna już wchodzić w życie, a tymczasem dyskusja wokół jej założeń nabiera coraz wyższej temperatury.
Emocje członków Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych oddaje na Facebooku Piotr Ostrowski, przewodniczący związku. Zarzuca rządowi, że igra z miliardami z KPO kosztem pracowników i wzywa premiera, aby stanął „po stronie milionów polskich pracownic i pracowników, a nie polskich milionerów”.
Kość niezgody. Zbyt duże uprawnienia inspektorów
Reforma inspekcji jest jednym z kamieni milowych, od spełnienia których zależy wypłata unijnych pieniędzy dla Polski z Krajowego Planu Odbudowy. Mamy za nią otrzymać 2 mld euro. Ale przy takim kształcie, jaki nadało projektowi ustawy MRPiPS, trudno będzie dojść do porozumienia nawet samej koalicji rządzącej.
Projekt ministerstwa nadaje bowiem inspektorom pracy ogromne uprawnienia. Mogliby oni, bez zgody zainteresowanych stron, czyli pracowników i pracodawców, administracyjnie przekształcać w umowy o pracę umowy zlecenia lub samozatrudnienie, gdy praca wykonywana w ich ramach jest dla jednego „kontrahenta”. Wystarczyłoby, żeby sam inspektor nabrał przekonania, że etat bardziej odpowiada rzeczywistości. Decyzja miałaby rygor natychmiastowej wykonalności. W praktyce mogłoby to oznaczać, że bez zgody sądu PIP mogłaby zniszczyć każdą firmę, uzasadniając to dobrem jej pracowników.
To nie wszystko, decyzja inspektora PIP miałaby też moc wsteczną. Czyli wynikające ze zmiany umowy składki mogłyby być naliczane z mocą wsteczną, na przykład trzy lata do tyłu. Przeciwko temu zapisowi zaprotestowało nawet Rządowe Centrum Legislacji. Przeciwko była także zrzeszająca organizacje pracodawców Federacja Przedsiębiorców Polskich. Sprzeciw pracodawców nikogo nie dziwi, przecież to oni na „umowach śmieciowych” zarabiają, bronią więc własnych interesów. Lewicowy projekt ma zaś bronić interesów pracowników, wykorzystywanych przez pazernych kapitalistów. Sprawa jednak nie jest tak czarno-biała, jak się może wydawać.
Co na to sami pracujący?
Autorzy projektu ustawy nie ukrywali, że ich celem jest zmuszenie przedsiębiorców do rezygnacji ze zleceń w przypadkach oczywistych. Liwiusz Laska, dyrektor generalny MRPiPS, publicznie twierdził, że z danych ZUS wynika, iż 150 tys. firm zatrudnia więcej niż jedną osobę, ale żadna z zatrudnionych osób nie ma tam umowy o pracę. Czyli zamiast zatrudniać ludzi na etatach, właściciele tych przedsiębiorstw oferują im „umowy śmieciowe”. PIP jednak oficjalnie niczego o tych przedsiębiorstwach nie wie, bo do danych ZUS nie ma dostępu, więc nie może ich skontrolować. Dlatego, zdaniem dyrektora generalnego ministerstwa, reforma Państwowej Inspekcji Pracy jest potrzebna. Żeby inspektorzy mogli wejść, skontrolować i zmusić do zawarcia umowy o pracę, najlepiej z datą wsteczną.
Zlecenia czy inne typy umowy, np. business-to-business, są przecież dla pracowników niekorzystne. Faktyczny pracodawca odprowadza bowiem mniej albo wcale nie odprowadza składek na ich przyszłą emeryturę, nie należy im się w razie choroby zasiłek ani urlop itp. To wszystko prawda. I tak być nie powinno.
Pozostaje pytanie, co na to sami pracownicy, którzy formalnie pracownikami nie są? Czy wszyscy są do akceptowania niekorzystnych dla nich form zatrudnienia zmuszani, czy może wielu takie właśnie odpowiadają? A jeśli tak, to dlaczego?
O informatykach wiadomo, że etatów nie chcą, bo im się nie opłacają. O emeryturach nie myślą. Jako jednoosobowi przedsiębiorcy na rękę dostają dużo więcej, niż otrzymywaliby na etacie. Takie przepisy stworzyło państwo. Reforma PIP jeszcze nie weszła w życie, a informatycy już wiedzą, jak ją obejdą. Nie muszą po prostu pracować dla polskiej firmy, którą inspektor PIP może zmusić do zaproponowania im umowy o pracę, mogą pracować dla kontrahenta zagranicznego, do którego inspekcja nie dotrze. W takiej formie, jaką obie strony zaakceptują. Mają wyjście. W każdym razie ci najlepsi, najlepiej zarabiający.
Lekarze też się nie boją
Nie boją się nowych uprawnień kontrolerów PIP pracownicy medyczni, choć już większość lekarzy, a także coraz więcej pielęgniarek nie pracuje na umowach o pracę. Wolą być jednoosobowymi przedsiębiorcami, bo to im się bardziej opłaca. To się też bardziej opłaca ich publicznym pracodawcom. Do szpitali czy przychodni, których faktyczni pracownicy są z nimi związani umowami biznesowymi, Państwowa Inspekcja Pracy ma nie wchodzić, po prostu. Publiczna opieka zdrowotna ewentualną reformą PIP związana również nie będzie. Samo państwo pokazuje, jak obchodzić prawo. Przepisy, dzięki którym jednoosobowy pseudoprzedsiębiorca może płacić liniowy PIT, niższy niż płaci osoba zatrudniona na etacie, uchwalili przecież politycy, czyli państwo. To samo państwo otworzyło jednoosobowym przedsiębiorcom możliwość przeniesienia sporych zarobków do fundacji rodzinnych, jeszcze bardziej korzystnych podatkowo. Teraz to samo państwo uchwali następne przepisy, żeby powstrzymać ucieczki z etatów?
Kiedy w Polsce zaczęło brakować pracowników, wielu pracodawców zaczęło zachęcać ludzi, oferując im właśnie etaty, uważane za bardziej korzystne, gwarantujące większą stabilność i pewność zatrudnienia. Lepsze. Okazało się, że coraz więcej osób po prostu nie chce z tej formy korzystać, wolą samozatrudnienie. Przyczyna jest prosta – to „etatowcy” ponoszą największy koszt utrzymania państwa, płacą najwyższe składki na zdrowie, progresywne podatki, a o stabilności zatrudnienia trudno obecnie marzyć. Tu jest pies pogrzebany. Projekt reformy PIP tego nie dostrzega. Jego autorzy widzą tylko fragment rzeczywistości, o wiele bardziej złożonej.
Politycy psują państwo
PIP ma być postrachem „milionerów”, o których wspomina szef OPZZ, czyli kogo? Pewnie kapitalistów. Ma z nimi do czynienia Agnieszka Zielińska, szefowa Polskiego Forum HR, które zrzesza agencje rekrutujące pracowników. – Koszty pracy w polskich firmach są pozycją, która rośnie najszybciej, wynoszą już 14,5 proc. – wylicza. W Chinach są o połowę niższe. Chińskie towary zalewają Polskę i całą Europę. Przedsiębiorstwa europejskie, a więc także nasze, wiedzą, że utrzymają się na rynku tylko wtedy, jeśli będą konkurencyjne. Trudno zmniejszyć koszty przy ogromnych cenach energii, łatwiej zaoszczędzić na złych umowach.
Projekt reformy PIP jest zły, bo nie rozwiązuje istoty problemu. Jeśli nawet inspektorzy pracy zostaliby wyposażeni w tak duże uprawnienia i zamieniali ludziom zlecenia na umowy o pracę, w najbardziej prawdopodobnym scenariuszu słabsze firmy po prostu by z tych pracowników rezygnowały albo wypadłyby z rynku.
Jeśli przedsiębiorca, np. z branży motoryzacyjnej, nie ma pojęcia, co stanie się z nią za rok, bo Europejczycy polubili chińskie auta, ale też wiele innych towarów, to jakim cudem sam zagwarantuje swoim pracownikom bezpieczeństwo zatrudnienia?
Komu legalna praca się nie opłaci
I jeszcze jeden problem, który stworzyli politycy, a którego ani reforma PIP, ani żadna partia nie dotyka, udają, że nie widzą. To politycy w Polsce stworzyli liczną grupę ludzi, którym się po prostu legalnie pracować nie opłaci, nawet na umowach śmieciowych. Wymienię tylko dwie, ale jest ich więcej.
Rolnicy. Unijne dopłaty dostaje 1,3 mln właścicieli gospodarstw rolnych, ale tylko jedna trzecia utrzymuje się ze sprzedaży płodów rolnych na rynek. Z czego żyje reszta? Z pracy na czarno, bo legalne zatrudnienie oznaczałoby konieczność rezygnacji z przywileju taniego ubezpieczenia w KRUS oraz konieczność płacenia podatku PIT. To, że ten stan się nie zmieni, zagwarantowało pseudorolnikom PiS. Więc ta partia wygrywa wybory na wsi.
Drugą grupą, której nie opłaci się legalnie pracować, są kobiety, a dokładniej – część kobiet. Powrót do wcześniejszego wieku emerytalnego oznacza, że większość z nich nie jest w stanie odłożyć sobie nawet na emeryturę minimalną. Jeśli jednak mają staż co najmniej 20-letni, to emeryturę minimalną i tak dostaną, dopłaci do niej budżet państwa. I to jest w porządku.
Ale druga strona medalu jest taka, że kobieta, która może dostać minimalne świadczenie, chociaż go nie wypracowała, traci zachętę, żeby pracować na przykład rok czy dwa dłużej. Bo wtedy też dostanie emeryturę minimalną, tyle że już budżet nie będzie musiał do niej dopłacać. Czyli – tyle samo. Więc po co? Zwłaszcza że w przypadku legalnej, dłuższej pracy jej składki na ZUS będą zawierały także składkę rentową, choć rencistką nigdy nie będzie. Kobiety umieją liczyć, gorzej z politykami.
Udają, że nie widzą
Reforma PIP w kształcie zaproponowanym przez MRPiPS jest zła nie tylko dlatego, że nadaje inspektorom pracy nadmierne uprawnienia. Jest zła, bo ślepa na to, że nasze państwo jest źle rządzone, a w interesie wszystkich partii jest udawać, że tego nie widzą. Ta, która spróbuje to zmienić, narazi się bowiem licznej grupie wyborców, której ta patologia odpowiada. Więc zostanie tak, jak jest.
Reforma PIP, nawet jeśli projekt zostanie poprawiony, będzie tylko pudrowaniem nieboszczyka.