Społeczeństwo

Trudne dzieci, trudna miłość

Jak być dobrym rodzicem zastępczym

Żeby mózg dziecka dobrze się rozwijał, potrzebna jest zewnętrzna stymulacja. Dotyk, czułość, troska. Dla malucha świat jest groźny, bo wszystko jest obce. Żeby mózg dziecka dobrze się rozwijał, potrzebna jest zewnętrzna stymulacja. Dotyk, czułość, troska. Dla malucha świat jest groźny, bo wszystko jest obce. svitlana10 / PantherMedia
O tym, czy adopcje mogą mieć szczęśliwy przebieg - mówi terapauta rodzinny Leszek Drozdowski.
Leszek Drozdowski – terapeuta, trener, moderator w placówkach, rodzinach, rodzinach zastępczych i adopcyjnych.Krzysztof Mystkowski/KFP Leszek Drozdowski – terapeuta, trener, moderator w placówkach, rodzinach, rodzinach zastępczych i adopcyjnych.

Joanna Drosio-Czaplińska: – Ludzie, adoptując dzieci, wierzą, że wystarczy je kochać i wszystko się ułoży. A się nie układa. Dlaczego?
Leszek Drozdowski: – Rodzice adopcyjni nie mają kompletnie pojęcia, co ich czeka. Bo i skąd? Nafaszerowani na szkoleniach – przepraszam za wyrażenie, pierdołami – idą na rzeź. Jak pani jedzie do Szczecina odebrać dziecko po 3–4 latach czekania w kolejce, to bierze je pani bezrefleksyjnie. A ono nie rzuca się na szyję z uśmiechem, mówiąc „kocham cię mamo”, tylko ucieka, płacze, bije, moczy się. Miesiącami się nie uśmiecha. Rodzice często zakładają, że dziecko ma odwzajemnić miłość i spełnić ich marzenia, a ono zwyczajnie miłości dawać nie umie. Mało też prawdopodobne, żeby po ciężkiej traumie dobrze się uczyło, więc nie dość, że mu ciężko, to jeszcze rodzice adopcyjni dokładają oczekiwań. Dziecko ich potrzeb nie zaspokaja, a chemii wynikającej z biologii nie ma. Zostaje więc dyskomfort, który przeradza się w niechęć.

Ale są i tacy, którzy twierdzą, że od razu pokochali.
Moim zdaniem kocha się na początku swoje wyobrażenie o dziecku, bo przecież się go nie zna. Rodzice adopcyjni mają często listę oczekiwań i udają czasem sami przed sobą, że dzieci nie przeszły strasznych rzeczy, które jednak przeszły, że teraz będzie tylko dobrze. A w życiu bywa różnie. Z badań wynika, że połowa dzieci trafiających do rodzin adopcyjnych ma skrajne problemy. O tej połowie teraz mówimy.

Skrajne problemy, czyli jakie?
To potraumatyczne dzieci, które doświadczyły sytuacji niemożliwych do udźwignięcia na ich etapie rozwoju sytuacji – przemocy, wykorzystania itd. W efekcie mają uszkodzony system odpowiedzialny za bezpieczeństwo. Dla nich relacja z drugim człowiekiem oznacza zagrożenie.

Co to za uszkodzenia?
Żeby mózg dziecka dobrze się rozwijał, potrzebna jest zewnętrzna stymulacja. Dotyk, czułość, troska. Dla malucha świat jest groźny, bo wszystko jest obce. Dźwięki, światło, chłód, ciepło. Na poziomie mózgu wygląda to tak: sygnał, np. hałas, trafia do pnia mózgu i uruchamia się alarm, ale matczyne utulenie powoduje, że alarm zostaje odwołany. Z czasem uspokojone dziecko zaczyna wyłapywać ze świata inne sygnały niż te, których się początkowo bało, te stare już mu nie zagrażają.

Mózg dziecka straumatyzowanego ma zupełnie inny skład biochemiczny. Lęk, którego nie kojono, powoduje wydzielanie się np. kortyzolu niszczącego połączenia synaptyczne, odpowiedzialne za prawidłową pracę mózgu. Zestresowany mózg nastawia się na przetrwanie, więc nie dba o trawienie, sen, oddech. Nawet tlen nie dociera do niego w odpowiednich ilościach. Uszkodzeniu ulegają również części odpowiedzialne w mózgu za regulację emocji. Z taką chemią mózgu dzieci trafiają do rodzin adopcyjnych i zastępczych.

Zamiast potencjału na miłość jest bagaż.
Im młodsze dziecko, tym mniejszy problem, tym więcej da się jeszcze naprawić. Ale jeśli ma już więcej niż 5–6 lat, zachowuje się jak mały komandos na wojnie. Jest nastawione na przetrwanie, więc chroni najpierw siebie. Potraumatyczne dzieci zapamiętują niesamowitą ilość szczegółów, bo ewolucja zaprogramowała nas tak, że w sytuacji zagrożenia mózg koduje wszystko w przekonaniu, że to się kiedyś przyda. Szkopuł w tym, że one nie mogą tego potem zapomnieć. Wiedzy szkolnej nie zapamiętują, bo z perspektywy przetrwania to zbędne. Po co na wojnie wiedzieć, ile jest 7x8? Mają też problem z dostępem do swoich zasobów intelektualnych, bo stres ten dostęp blokuje. To tak, jakby zapchała się pamięć w komputerze, a pani chciałaby nagrać film – nie da się. Niestety, część z tych dzieci nie dość, że niesie ten bagaż, to na dokładkę cały czas jest realnie na wojnie – bo w domu awantura. Są przecież dzieci, które do adopcji lub rodziny zastępczej trafiają w wieku kilku lub kilkunastu lat. Po takich przejściach dzieciak tylko czeka, kto mu przyładuje, i nastawia się, żeby samemu ubiec przeciwnika, choć obiektywnie nic mu nie zagraża. Dzieci potraumatyczne często nawet pocą się w taki sposób, że trudno wytrzymać. Nie chodzi o to, że się nie myją. Tak nas ukształtowała ewolucja, że stres objawia się nadmiernym poceniem o intensywnym zapachu.

Dla rodziców to może być kolejny irytujący detal, w dodatku trudno przyznać się znajomym.
Jeśli chodzi o fizyczność, jest tego więcej. Przyspieszony rytm serca, napięcie mięśni, przykurcze, nadmierna suchość skóry i błon śluzowych, rozszerzone źrenice, zaburzenia gospodarki hormonalnej, alergie, problemy z immunologią, problemy z wypróżnianiem. Często – obniżona na stałe temperatura ciała do 35 st. C. Ta lista jest długa.

Co więcej, dzieci po traumie mogą też być nadpobudliwe, agresywne, porywcze, kłótliwe. Ale też apatyczne, senne, mówi się często, że mają pustkę w oczach, marzą na jawie, odpływają, są bez kontaktu. Mogą być nadmiernie ufne, wręcz naiwne. Mają koszmary senne, fantazjują, kłamią. Z powodu niemożności prawidłowego gospodarowania emocjami dostają często wszelkie możliwe diagnozy, a niektóre mają całą pulę: FAS, ADHD, RAD, zespół Aspergera czy nawet dziecięcą psychozę.

 

A to nie ADHD, tylko konsekwencja traumy.
Jeśli robię szczegółowy wywiad i okazuje się, że do piątego roku życia dzieciak przeprowadzał się kilka razy, a jego matka miała sześciu partnerów, to inaczej myślę o diagnozie. W dodatku te wszystkie „dys” diagnozuje się najczęściej w wieku 9–11 lat, gdy części mózgu odpowiedzialne za regulację są akurat znacząco przebudowywane. To specyficzny czas – jeśli dziecko jest potraumatyczne, może wzmóc się agresja. Właśnie w tym wieku najczęściej zaczynają się poważne problemy, jak kradzieże, bójki, podpalenia, nawet przemoc seksualna wobec młodszych.

Potraumatyczni mają zwiększoną skłonność do ryzyka?
Te dzieci mają zaburzenia kontroli. Dlatego też wyobrażają sobie siebie silnego, nieśmiertelnego. One muszą rządzić, bo czują się wtedy silne. To dlatego na prośbę „załóż buty” adopcyjny rodzic słyszy „nie”, na „wynieś śmieci” też „nie”. Nie mówimy tu o dwulatkach, tylko nastolatkach. I nie chodzi o bunt młodzieńczy, który musi przyjść, by dziecko mogło w pełni poczuć swoją osobność. Potraumatyczne dziecko cały czas mówi „nie”, bo sprzeciwiając się, ma poczucie kontroli, której nie miało jako dziecko. Kosztuje go to jednak dużo energii. Dlatego pięć minut po wybuchu buntu robi się wyłączone, zamulone. Rodzice adopcyjni mogą nie rozumieć tego mechanizmu – że jeśli człowiek jako maluch nie został ukojony, to nauczył się samoukajać i jego organizm zjeżdża energetycznie do poziomu żaby w mule. Potem, żeby się pobudzić, robi rozpierduchę. I tak w kółko.

Raz śnięta ryba, raz diabeł. A anioł?
Bywa i tak, że w domu nie da się z nim żyć, a jak przychodzi na diagnozę – anioł. Czaruje, uwodzi. Paradoksalnie wtedy, gdy jest grzeczny, może czuć się zagrożony, a wtedy, gdy wariuje – bezpieczny.

Zniechęcamy teraz przyszłych rodziców adopcyjnych.
Sukces można osiągnąć tylko dzięki współpracy z rodzicami. Jeśli oni nie zrozumieją, co się z mózgiem małego człowieka dzieje, to umarł w butach. Nie hołduję stereotypowi, że dzieci po domu dziecka to najgorszy kaliber ludzki, bo to obrzydliwy stereotyp. Jeśli dziecko ma mniej niż 10 lat, szanse są nadal duże, że będzie dobrze. Takie dziecko trzeba jakby sztucznie przeprowadzić przez coś, czego nie miało. Stworzyć inkubator, czasem pozwolić ośmiolatkowi ssać smoczek i nosić pieluchę, bo automatycznie się cofa, gdy czuje się bezpieczny. Dopiero jeśli pozwoli mu się tak cofnąć do dzieciństwa, później można ruszyć do przodu. Im starsze dziecko, tym trudniej. Ośmiolatek jeszcze chce pracować, bo szuka bezpiecznej relacji z dorosłym, starszy już nie. Ale jednocześnie – żeby nie było zbyt prosto – takie dzieci szybko wyczują, czy dorosły się boi i tworzy z nimi relację rodzic–dziecko czy dziecko–dziecko. Rodzic w roli dziecko–dziecko potrafi obrażać się, za dużo wymagać. A prawda jest taka, że dorośli nie zawsze osadzają się w swojej roli.

Mimo wszystko chwalę sobie współpracę z rodzicami adopcyjnymi, bo oni nie mają poczucia winy – wiedzą, że to nie oni dziecko skrzywdzili. Biologiczni, którzy obwiniają się nawzajem, grają dzieckiem, nastawiają przeciwko partnerowi, nie mają poczucia, że wyrządzają krzywdę.

Kolejnym ogniwem do sukcesu jest szkoła.
Ale jeśli pani pedagog skarży się, że dzieciak jest „taki niegrzeczny”, to już odpada ważne ogniwo, które mogłoby pomóc. Niestety, 90 proc. porad, które dostają rodzice adopcyjni od psychologów, do niczego się nie nadaje. Bo co przyjdzie z gadania „musi być pani/pan bardziej konsekwentna” albo: „dziecko nie ma bezpieczeństwa”, „za mało miłości”. Takie moraliteciki o dopilnowaniu, konsekwencji, uwadze, obowiązkowości i egzekwowaniu, pozbawianiu przywilejów nie działają. Na dziecko potraumatyczne działają jak płachta na byka. Dlatego tłumaczę na szkoleniach rodzinom zastępczym i adopcyjnym, żeby nie słuchali porad sąsiadek. Z tymi dzieciakami trzeba inaczej, bo to nie jest komedia romantyczna, tylko serial o Afganistanie.

Czy adoptując potraumatycznego czternastolatka, trzeba liczyć się z porażką?
To zależy od problemu. Niedawno zadzwoniła do mnie nauczycielka i mówi, że wychowanek wynajmuje bandziorów, żeby pobili pedagoga, kradnie pieniądze młodszym i prostytuuje się na dworcu, bo jako wykorzystany seksualnie odtwarza traumę. Szanse takiego piętnastolatka na wyprostowanie graniczą z cudem. Ale słyszałem o historii osiemnastolatki, która będąc wykorzystywana przez ojca od 3 roku życia do 9, prostytuowała się od 12. Do tego piła, ćpała, ale zdarzyło się tak, że towarzyszyła umierającemu człowiekowi. Po tym doświadczeniu zmieniła swoje życie. Znalazła pracę, studiuje. To naprawdę cud, ale się zdarzył.

Leszek Drozdowski – terapeuta, trener, moderator w placówkach, rodzinach, rodzinach zastępczych i adopcyjnych, konsultant Narodowej Sieci Leczenia Zaburzeń Regulacji Emocji i Stresu Traumatycznego Dzieci i Młodzieży.

Polityka 50.2013 (2937) z dnia 10.12.2013; Społeczeństwo; s. 28
Oryginalny tytuł tekstu: "Trudne dzieci, trudna miłość"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kultura

Zapomniana historia Mietka Kosza

Film Macieja Pieprzycy „Ikar. Legenda Mietka Kosza” z brawurową rolą Dawida Ogrodnika przypomina wielką postać tytułowego niewidomego pianisty. To powód, by raz jeszcze zastanowić się nad wciąż nośnym mitem artysty straceńca.

Mirosław Pęczak
19.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną