Społeczeństwo

Mamy męski rząd w Polsce. Naprawdę nie dało się inaczej?

Desygnacja premiera Mateusza Morawieckiego w Warszawie Desygnacja premiera Mateusza Morawieckiego w Warszawie Adam Stępień / Agencja Gazeta
W nowym rządzie Morawieckiego znajdą się tylko trzy kobiety. Marlena Maląg jako szefowa resortu rodziny, pracy i polityki społecznej, Jadwiga Emilewicz w ministerstwie inwestycji i rozwoju oraz Małgorzata Jarosińska-Jedynak od zarządzania funduszami. Mało.

Zdarzały się już w posttransformacyjnej Polsce rządy złożone z samych mężczyzn – konkretnie dwa, ale licząc od czasów Jerzego Buzka, kobiet u władzy ciągle przybywało. Po ostatnich wyborach panie szefowały sześciu ministerstwom, zresztą pod kierunkiem premierki Beaty Szydło, a w pierwszym składzie rządu Mateusza Morawieckiego było ich siedem. Teraz – zapaść. Trzy.

Skoro od lat rośnie odsetek kobiet w parlamencie – od około 10 proc. na starcie do niemal jednej trzeciej współcześnie, wydawało się, że udział kobiet w sprawowaniu władzy powinien podlegać tym samym prawom statystyki. Co się zacięło? Wypadek przy pracy, chwilowe przetasowanie czy coś więcej?

Trudno uwierzyć, że nikt w PiS nie zauważył, że szykuje się tak męski rząd.

Radosław Fogiel, wicerzecznik PiS, zapytany o to radiu RMF odpowiedział, że „w PiS kobiet oraz w ogóle polityków godnych tego, aby zostać ministrami, jest mnogo”, ale „płeć nie ma nic do rzeczy”. „Albo jesteś dobry, dobra, albo jesteś kiepski, kiepska” – dodał, dorzucając bon mot o błogosławionej „płciowej ślepocie”.

Płeć to światopogląd i doświadczenie

A jednak płeć ma znaczenie – dla każdego zarządu, a więc tym bardziej rządu. I chodzi nie o sprawiedliwość dziejową, oddawanie kobietom pola, którego przez pokolenia im odmawiano – ale o inną optykę i doświadczenie życiowe, wynikające z tego inne priorytety i efekt w postaci innej strategii przedsiębiorstwa. Oczywiście płeć to płeć, światopogląd to światopogląd, a przynależność partyjna może przeważyć osobistą skalę ważności i wartości; w końcu za bezwzględną wobec dzieci „reformą” edukacji, przeprowadzoną przez PiS, stoi ministra – kobieta. Co więcej, na skalę wartości nakłada się dyspozycyjność wobec własnej partii i jeszcze rysy osobowościowe (nikomu niczego nie imputując, psychopaci obojga płci są tak samo niebezpieczni dla ludzi od siebie zależnych). A jednak badania prowadzone choćby w korporacjach mówią, że zróżnicowana optyka w zarządach równa się większej szansie, że wspólny okręt nie roztrzaska się o skały. A ci, którzy zależą od rządzących, są bardziej zadowoleni z efektów ich decyzji, jeśli gremium rządzące jest zróżnicowane.

Badacze zajmujący się gender podkreślają, że podobne procesy dotyczą korporacji w zachodniej Europie: przez lata obserwowano tam, że odsetek kobiet u władzy rośnie, aż coś się załamywało i leciało na łeb, na szyję. Zwykle oznaczało to zaostrzenie kursu w firmie. Bardziej ryzykowną politykę. Bardziej brawurowe posunięcia. Do zgody na ryzyko zatopienia firmy włącznie. I nie były to procesy świadome, że skoro będziemy grać ostrzej, musimy się pozbyć pań, ale – użyjmy roboczo tego zwrotu – podświadome i intuicyjne. Gdzieś u steru zmieniał się klimat i kobiety z zarządów zaczynały znikać. Meandry tych procesów opisuje choćby Natasha Walter, jedna z czołowych brytyjskich komentatorek tematyki gender.

Czy męski rząd Morawieckiego wróży zaostrzenie kursu?

A teraz mamy męski rząd w Polsce i pytanie, co to dla nas oznacza. Może nic, wypadek przy pracy. A może zaostrzenie kursu. Więcej brawury i ryzyka. Ale mamy też przetasowany po nowemu parlament. W Sejmie rekordowa liczbę kobiet – 131, o siedem więcej niż w poprzedniej kadencji. W Senacie tylko 24 panie, ale o połowę więcej niż przed czterema laty. Po stronie opozycji są to kobiety, które poszły do polityki z nadzieją, że ją zmienią naprawdę. Zaczęły od protestów pod sądami, ulicznych blokad. Tych szczególnych „salonów”, jakie zbierały się w całej Polsce po tym, jak znów zaczęliśmy używać słowa „konstytucja”. Poszły po władzę ze złości. I potrafią czekać.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Nie każdy archeolog to Indiana Jones

Popkulturowy obraz archeologa awanturnika umacnia przekonanie, że ich głównym zadaniem jest odkrywanie skarbów. Ten fałsz fatalnie odbija się na wiedzy o przeszłości.

Agnieszka Krzemińska
27.02.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną