Społeczeństwo

Pandemia to nietypowa katastrofa. Nic dziwnego, że różnie reagujemy

Koronawirus w Szczecinie Koronawirus w Szczecinie Cezary Aszkielowicz / Agencja Gazeta
Rozum podpowiada, że jest się czego bać, zagrożenie jest realne i ma sens podjąć z nim walkę. A w ślad za rozumem idzie nasza wyobraźnia.

Reakcje na stresujące kryzysowe doświadczenie mogą być różne: zaczynając od lekceważenia, zaprzeczania i nieprzyjmowania do wiadomości, poprzez niepokój, lęk o siebie i bliskich, próby zabezpieczenia się i przygotowania na taką sytuację, aż po silny paniczny lęk, w którym obraz rzeczywistości ulega zniekształceniu. Bo bez wątpienia obecna sytuacja wywołuje powszechny stres, a masowy charakter zagrożenia nadaje sytuacji wymiar katastrofy.

Pandemia. Szczególnego rodzaju katastrofa

Psychologia definiuje katastrofy jako zdarzenia nagłe, niespodziewane, niszczące i dotyczące wielu osób jednocześnie. Obecna sytuacja to jednak szczególna i nietypowa katastrofa. Katastrofa przeważnie dotyczy sytuacji, gdy na skutek klęski żywiołowej, wypadku czy aktu terroru giną ludzie i straty materializują się w momencie trwania zdarzenia. Tu mamy nie tylko problem już istniejących zachorowań i zgonów, ale przede wszystkim ryzyko, że liczba zakażeń może znacząco wzrosnąć. Mamy więc do czynienia ze stratą, ale i zagrożeniem. Tak właśnie rodzi się poczucie stresu, a gdy obejmuje zasięgiem całe rzesze ludzi, nabiera cech katastrofy.

Wirus, którego nie można zobaczyć gołym okiem, to zagrożenie o szczególnym charakterze. Możemy w to zagrożenie uwierzyć wtedy, gdy uruchamiamy rozum i wyobraźnię. Bo zagrożenie obiektywnie opisywane jest poprzez statystyki i dane naukowe. Statystyki te pokazują, że wirus z jednej strony jest zaraźliwy i dość długo lub nawet w ogóle może nie dawać objawów, a z drugiej – że jego śmiertelność jest dość duża, a nawet jeśli nie kończy się tak dramatycznie, to spory odsetek chorych wymaga hospitalizacji.

Znając te dane, gdy próbujemy wyobrazić sobie rozwój niczym niepowstrzymywanej choroby, dość łatwo uwierzyć w scenariusz, że obecne kilkadziesiąt czy kilkaset zakażeń za kilka dni, a potem tygodni zmieni się w tysiące i dziesiątki tysięcy, a liczba ludzi wymagających pomocy będzie – delikatnie mówiąc – wyzwaniem dla służb medycznych. Rozum podpowiada, że jest się czego bać, zagrożenie jest realne i ma sens podjąć z nim walkę. W ślad za rozumem idzie wyobraźnia. Szczególnie gdy rozwój epidemii nie jest tylko teoretycznym scenariuszem opisanym w artykułach naukowych, ale możemy oglądać sceny rozgrywające się w Wuhanie czy Lombardii.

Bardziej boimy się o bliskich

Zwłaszcza to drugie silnie do nas przemawia – wymarłe ulice odległego Wuhanu nie robią takiego wrażenia jak pustki na ulicach dobrze znanego nam Mediolanu, a kilkadziesiąt tysięcy chorych Chińczyków nie porusza tak jak kilka tysięcy chorych Włochów.

Wynika to z tego, że świat innych ludzi dzielimy na tych, których określamy jako „my”, i na tych, którzy są poza naszą grupą – „oni”. Wszystko, co dotyczy ludzi, których postrzegamy jako bliskich, porusza nas znacznie mocniej niż to, co dotyczy osób, które wydają nam się obce. Niestety w stosunku do nich mamy skłonność reagować obojętnością, a nawet wrogością. Pozytywną konsekwencją tego mechanizmu jest to, że zagrożenie bliskich postrzegamy jako bardzo poważny problem i jesteśmy skłonni do osobistych poświęceń, by pomagać. Gdy wirus zaczyna dotyczyć naszego kraju, gdy słyszymy, że notowane są przypadki we wszystkich województwach i wielu miastach, to zagrożenie bardzo nas porusza i powoduje chęć działania.

Wirus pcha do działania. Jeśli uwierzymy w zagrożenie

Reakcje ludzi na stres zawsze są różne. Wątpienie w realność zagrożenia, zaprzeczanie, umniejszanie czy nieprzyjmowanie do wiadomości są całkiem częste. Szczególnie że walka z nim może być postrzegana jako bardziej uciążliwa niż samo zagrożenie. Nieczynne szkoły, przedszkola, ograniczony ruch na granicach, zamknięte miejsca rozrywki to realne problemy, które dotykają nas tu i teraz, a rozwój epidemii to coś, co dopiero może się stać. Inną reakcją jest próba aktywnego działania, zabezpieczenia się. Stąd masowe kupowanie masek, mydeł, gromadzenie zapasów jedzenia czy papieru toaletowego. Zwłaszcza to ostatnie jest często wyśmiewane, choć warto zauważyć, że samo robienie zakupów na wypadek, gdyby przez kilka dni należało zostać w domu, jest zalecane. Problemem jest nie tyle działanie, ile jego skala i przebieg.

Inną typową reakcją jest poszukiwanie informacji i próba jak najlepszego zrozumienia tego, czym jest zagrożenie i jak działa. I tu znowu sensowna reakcja może obrócić się przeciw nam. Gdy prócz prawdziwych informacji funkcjonują zmyślone, które również (a może bardziej, bo często są dramatyczne) przyciągają uwagę, zamiast zwiększonego poczucia kontroli i racjonalnych działań rodzi się silny lęk. Poszukiwanie informacji na temat epidemii może zamiast nas uspakajać, powodować silniejszy stres, aż do poziomu lęku panicznego, nieproporcjonalnego do zagrożenia. Wtedy sam lęk staje się problemem również dlatego, że im jest silniejszy, tym większa szansa, że nasze działania przestają być rozsądne i chroniące.

Katastrofa przyspiesza zmiany

Badacze katastrof porównują ich przebieg do trzęsienia ziemi – zawsze jest jakieś epicentrum, czyli bezpośrednie źródło zagrożenia lub tragedii – w tym wypadku to osoby, które chorują i trafiają do szpitali, oraz ich najbliżsi. Wokół tego epicentrum tworzą się niczym kręgi dalsze kłopoty. Konieczność izolacji dużej grupy ludzi, trudne decyzje, jak zamknięcie szkół czy granic, kłopoty gospodarcze już obecne i te, które dopiero wystąpią.

Te wszystkie konsekwencje odczują również ci, którzy nie zachorują. Dotyczą nawet tych, którzy się tego nie boją. Bo konsekwencje takich zdarzeń jak pandemia zawsze są bardzo rozległe i dzieją się znacznie dłużej, niż trwa samo zagrożenie. Niestety trudno je dziś dokładnie przewidzieć, bo zgodnie z definicją katastrofa zawsze zastaje ludzi nie bardzo do niej przygotowanych, zaskakuje i rodzi ogromną niepewność. Ale i katalizuje, czyli przyspiesza wiele zmian – mentalnościowych, społecznych, gospodarczych, politycznych – bo wyrywa świat z utartych torów, a poszczególnych ludzi z ich codziennej rutyny.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rozmowa z lesbijkami, szczęśliwymi małżonkami

Gdy słyszę, że ktoś krzyczy za mną lesba, wzruszam ramionami i idę dalej. A nawet gdybym miała zareagować, powiedziałabym: tak, lesba, i co z tego? – rozmowa z Małgorzatą Rawińską i Ewą Tomaszewicz.

Joanna Cieśla
12.06.2018
Reklama