Społeczeństwo

Kościół pozoruje naukę, a państwo płaci mu coraz więcej

Poseł PiS Sylwester Tulajew podczas inauguracji roku akademickiego na Uniwersytecie Medycznym w czasie pandemii koronawirusa. Poseł PiS Sylwester Tulajew podczas inauguracji roku akademickiego na Uniwersytecie Medycznym w czasie pandemii koronawirusa. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta
Ordo Iuris trafiło na listę uznanych przez resort nauki wydawnictw naukowych. Znając katolickie zapały nowego ministra, trudno się dziwić dalszej klerykalizacji życia akademickiego.

Minister nauki i szkolnictwa wyższego pod koniec września ogłosił uzupełniony „Wykaz wydawnictw publikujących monografie naukowe”. Znajduje się na nim 36 renomowanych wydawnictw międzynarodowych oraz 692 wydawnictwa i podmioty wydawnicze (instytucje wydające książki w ramach szerszej działalności), z czego ok. 30 to wydawnictwa wyznaniowe.

Poprzedni wykaz, ogłoszony przez Jarosława Gowina, minister Wojciech Murdzek uzupełnił o trzy pozycje tej właśnie kategorii, a mianowicie: Częstochowskie Wydawnictwo Archidiecezjalne „Regina Poloniae”, Wydawnictwo Diecezjalne i Drukarnię w Sandomierzu oraz Wydawnictwo Naukowe na Rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris. Znając katolickie zapały ministra, bodajże jeszcze gorętsze niż w przypadku nieodżegnującego się od współpracy z Opus Dei Jarosława Gowina, trudno się dziwić dalszej klerykalizacji życia akademickiego i dopuszczania do jego formalnych struktur kolejnych podmiotów kościelnych. Dziwić się trudno, lecz protestować, owszem, należy. Tym bardziej że nowy minister Przemysław Czarnek z pewnością nie ustępuje swoim poprzednikom pod względem zaangażowania w pilnowanie interesów Kościoła.

Badania a nauka Kościoła

Kariera pracownika naukowego w Polsce, podobnie jak w innych krajach, zależy od tego, czy jest w stanie publikować w recenzowanych czasopismach i wydawnictwach naukowych notowanych w odpowiednich wykazach („punktowanych”). Te dwa słowa: „recenzowane” i „naukowe” mają tutaj kluczowe znaczenie. Nie ma tu miejsca, żeby powiedzieć o wszystkim, co się za tymi terminami kryje, przeto skupmy się na tym, co ma znaczenie w kontekście wydawnictw religijnych. Otóż recenzje mają między innymi gwarantować, że dla decyzji o przyjęciu tekstu (artykułu lub książki) do druku nie będzie miało znaczenia nazwisko i ranga autora (autorów). Liczyć się ma wyłącznie naukowa wartość proponowanego materiału. Żeby zapewnić tę bezstronność oceny, najczęściej recenzje są anonimowe.

A teraz wyobraźmy sobie, że w „Regina Poloniae” zachce łaskawie coś opublikować biskup. Czy jego artykuł pójdzie do recenzji, a nawet jeśli by tak się stało, to czy wchodzi w grę recenzja negatywna i odmowa publikacji? Jeśli nie, to znaczy, że „Regina Poloniae” – podobnie jak wiele innych wydawnictw z ministerialnego wykazu – nie ma charakteru naukowego. Jeśli zaś chodzi o warunki naukowości, to liczą się w interesującym nas kontekście dwa: wolność wypowiedzi, obejmująca brak „zakazanych tematów”, oraz nieprzyjmowanie przez autorów żadnych założeń spoza obszaru tzw. stanu nauki, czyli dotychczasowych i uznawanych przynajmniej przez część środowiska naukowego ustaleń odnośnie do faktów i rządzących nimi prawidłowości. Dlatego w żadnej mierze nie jest naukowym tekst, który zakłada, że dajmy na to Pięcioksiąg Mojżesza nie jest wytworem kultury, lecz „tekstem natchnionym”.

Nie jest naukowe wydawnictwo poświęcone sprawom religii katolickiej, jeśli nie można w nim opublikować tekstu krytycznego względem tej religii i nauk głoszonych z Watykanu. Nie jest naukowe czasopismo poświęcone funkcjonowaniu Kościoła, w którym nie można opublikować rzetelnych badań nad mechanizmami ukrywania pedofilii księży.

Chodzi tu nie tylko o splendor

Zapewne minister nauki wie, że dewocyjne pisma, całkowicie związane doktryną i podporządkowane władzy kościelnej, nie są pismami naukowymi, lecz właśnie dewocyjnymi. Nie można jednakże wykluczyć, że nie do końca zadaje sobie sprawę z przewrotności i złośliwości zestawienia w jednym wykazie czasopism naukowych i dogmatycznych. Zdarza się bowiem, że teksty służące propagowaniu religii oraz doktryn kościelnych zawierają elementy badawcze, a ich autorzy korzystają z metod naukowych. Mogą to być na przykład metody nauk społecznych, lecz najczęściej ten naukowy sztafaż polega po prostu na tym, że w teście są cytaty, przypisy i bibliografia. Laikom wydaje się wtedy, że to musi być bardzo uczone – a jak uczone, to i naukowe.

Niestety, niezliczone uczelnie i instytuty katolickie (nie tylko w Polsce) pasożytują na resortach nauki, strojąc swoje wytwory podporządkowane krzewieniu religii katolickiej i przedstawianiu Kościoła jako organizacji niemalże świętej, a w każdym razie wielce zasłużonej dla cywilizacji, na książki i artykuły naukowe. Nadając propagandzie religijnej i dogmatyzmowi pozory działalności naukowej, skutecznie domagają się pełnoprawnego udziału w systemie akademickim. Dzięki temu podmioty wyznaniowe uzyskują status uczelni (nawet uniwersytetów), osoby zajmujące się propagowaniem doktryny uzyskują stopnie naukowe, a czasopisma i książki wyznaniowe kwalifikowane są jako punktowane (liczące się w ocenie postępów pracownika i w procedurach awansowych) publikacje naukowe. I chodzi tu nie tylko o splendor, lecz również o pieniądze.

Uczelnie katolickie, ze swymi profesorami i doktorami, otrzymują hojne dotacje państwowe, tak jak gdyby uprawiały naukę. W ten sposób powstaje wewnętrzny pasożytniczy obieg w łonie systemu naukowego. Księża (z małą pomocą katolickich świeckich sprzymierzeńców) dają jedni drugim doktoraty, habilitacje i profesury, a za tę zabawę w naukę płacą podatnicy. Płacą za teologię, która nawet z nazwy bywa „dogmatyczna”, i płacą za badania nad historią Kościoła w wykonaniu samego Kościoła, tak jakby ktoś na serio mógł wysunąć nieśmiałą hipotezę, że jest to instytucja zdolna i skłonna do obiektywnego i rzetelnego badania swych własnych, jakże krwawych, dziejów. Niczym rzadkim nie są „księża profesorowie”, których „dorobek” to bezkrytyczne panegiryki na cześć Jana Pawła II. Można całe życie przeżyć za państwowe pieniądze po prostu dlatego, że jest się księdzem i opublikowało się kilka tekstów na temat geniuszu i świętości papieża Polaka. Nie będzie tam nawet cienia krytycyzmu, dyskusji, polemiki, konfrontacji z innymi przekonaniami, a wyłącznie pisany na kolanach referat. W Polsce dają za to doktoraty, habilitacje i tytuły profesorskie. Oraz, rzecz jasna, etaty na finansowanych bynajmniej nie przez Stolicę Apostolską uczelniach katolickich.

Macki Ordo Iuris sięgają coraz dalej

Dodatkowym pretekstem do włączania do systemu naukowego teologii i wszelkiej niby-nauki w wykonaniu duchowieństwa katolickiego na chwałę bożą daje… średniowiecze. Otóż współczesna nomenklatura stopni naukowych oraz sam uniwersytet jako taki wywodzą się z wieku XII i XIII. I fakt ten ma być rzekomo podstawą do zaliczania teologii do dyscyplin akademickich również dzisiaj. Ma to dokładnie tyle sensu, co wykładanie jako aktualnej fizyki Arystotelesa, która również uchodziła w średniowieczu za naukę. W totalitarnym systemie chrześcijańskiej Europy żadna instytucja nie była wolna i nie mogła funkcjonować poza kontrolą Kościoła. Czy fakt, że nauka musiała kiełkować w XIII i XIV w. w skrajnie niesprzyjających okolicznościach zideologizowanego i sklerykalizowanego uniwersytetu, daje jakieś „dziedziczne prawa” współczesnemu Kościołowi i księżom? Feudalizm i dziedziczenie przywilejów kastowych jakiś czas temu już się skończyły.

Wśród obdarzonych naukowym statusem wydawnictw znalazło się również to należące do Ordo Iuris. Widać, że macki tej organizacji sięgają bardzo głęboko w głąb struktur państwa. To szalenie niebezpieczne z punktu widzenia suwerenności kraju. Ordo Iuris jest częścią doskonale zorganizowanego i opłacanego światowego systemu podobnych organizacji, której celem jest nękanie narzędziami procesowymi wszelkich niechętnych katolicyzmowi osób i instytucji oraz narzucenie państwu przepisów zgodnych z doktryną katolicką. To nie są żarty. Od dziś Ordo Iuris może oferować swoim ludziom punkty za publikacje w swoim wydawnictwie, co znakomicie ułatwi umieszczanie ich w strukturach uczelnianych. Nie wątpię, że za kilka lat będziemy mieli profesorów doktorów ordo iuris habilitowanych.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Klasyki Polityki

Jak dzieci odczuwają i rozumieją ból?

Jeszcze na początku lat 80. uważano, że noworodki w ogóle nie odczuwają bólu! A ponieważ nie potrafią werbalnie wyrazić tego, co czują, nie dbano o ich komfort w szpitalach.

Paweł Walewski
08.08.1998
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną