Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Społeczeństwo

„Ludzi trzeba ratować”. Aktywiści na dołku za wsparcie uchodźców

Paweł Wrabec w pikiecie Obywateli RP odbywającej się w czasie miesięcznicy smoleńskiej, Krakowskie Przedmieście w Warszawie, 2016 r. Paweł Wrabec w pikiecie Obywateli RP odbywającej się w czasie miesięcznicy smoleńskiej, Krakowskie Przedmieście w Warszawie, 2016 r. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Justyna Wolniewicz-Wrabec i Paweł Wrabec usłyszeli zarzut pomocy w organizacji nielegalnego przekraczania granicy. Jak do tego doszło?

Oboje mieszkają we Wrocławiu. Ona jest graficzką, on prowadzi działalność gospodarczą, a wcześniej był dziennikarzem („Gazety Wyborczej” i „Polityki”). Są aktywistami ruchu Obywatele RP zaangażowanymi w obronę praw człowieka.

Od kiedy na wschodniej granicy zaczął się kryzys humanitarny, Paweł obserwował wydarzenia z oddali. Narastała w nim, jak w wielu z nas, niezgoda na sposób traktowania uchodźców przez polskie służby graniczne. Pushbacki i bezduszność wobec rodzin uciekających przed wojną i prześladowaniami, nawet wobec dzieci i kobiet ciężarnych. Nie mógł jednak wyrwać się z Wrocławia z powodu ciężkiej choroby bliskiej osoby. Po jej śmierci i pogrzebie Paweł z Justyną zapakowali samochód po dach sprzętem, ubraniami i obuwiem dla uchodźców. Ruszyli na granicę.

Czytaj też: Szukając ludzi w lesie. Relacja ze strefy stanu wyjątkowego

Przewoźnik przy miejscu straceń

Kiedy w czwartek 27 października już pustym autem wracali do domu, zabrali z drogi dwóch młodych mężczyzn, jak się okazało, z Iraku, w brudnych ubraniach, zarośniętych, wycieńczonych. – To był odruch, właściwie nie mieliśmy wahań – mówią. – Zostawienie ich bez pomocy to wyrok śmierci.

Dowiedzieli się od swoich pasażerów, że już od 40 dni siedzą w lesie, raz po białoruskiej, raz po polskiej stronie. Dłużej niedane im było rozmawiać, bo już po kilku minutach w Hajnówce, na wysokości tablicy wskazującej drogę do miejsca straceń, zostali zatrzymani do policyjnej kontroli. Na widok pasażerów funkcjonariusz zameldował przez radio: „Mamy przewoźnika”. Była godzina 17:20.

Po Irakijczyków przyjechała Straż Graniczna, a Justyna i Paweł trafili do izby zatrzymań, czyli mówiąc inaczej, na tzw. dołek w komendzie powiatowej. Zabrano im telefony komórkowe. W swoich celach spędzili ok. 20 godzin.

Trafili potem przed oblicze prokuratora. Usłyszeli zarzut, ale nie przyznali się do winy. Wyjaśnili okoliczności. Prokurator chyba szybko zrozumiał, że nie ma do czynienia z „przewoźnikami” lub „taksówkarzami”, jak w policyjnym slangu nazywani są ludzie ułatwiający podróż uchodźcom za pieniądze. Tamci uczestniczą w biznesie, stawka od pasażera wynosi 300 euro. Tyle kosztuje podwózka do niemieckiej granicy. Justyna i Paweł mieli inne motywy, chcieli pomóc ludziom w potrzebie. Bezinteresownie i bez przemyślanego planu.

Po przesłuchaniu prokurator uznał, że małżeństwo z Wrocławia wzięło do swojego samochodu uchodźców z pobudek humanitarnych. Nie wystąpił do sądu o areszt i nie zastosował żadnych innych środków tymczasowych. Zwolnił zatrzymanych, ale nie oddał im telefonów. Policja przekazała je specjalistom do zbadania zawartości.

Czytaj też: Akcja ratowania afgańskich informatyków. Tak to wygląda na granicy

Pomaganie jest legalne

Paweł Wrabec mówi, że każdy, kto uważa postępek jego i Justyny za nielegalny, powinien stanąć twarzą w twarz z tymi nieszczęśnikami przy granicy. Spojrzeć im w oczy, zrozumieć dramatyczną sytuację, w jakiej się znaleźli. – Nas to poruszyło do głębi – wspomina.

Kiedy w 2016 r. stanął na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie razem z Pawłem Kasprzakiem i innymi osobami, policjant oznajmił im, że biorą udział w nielegalnym, bo niezgłoszonym zgromadzeniu. Trzymali baner z napisem, że Andrzej Duda jest krzywoprzysięzcą, ale policjantowi nie chodziło o treść, ale wyłącznie o fakt nielegalności zgromadzenia. – Przez lata przebijaliśmy się do świadomości uczestników ulicznych protestów, którzy chcieli brać udział wyłącznie w zgłoszonych, czyli według władzy legalnych zgromadzeniach, że nie ma protestów nielegalnych, bo każdy ma prawo spontanicznie wyrażać swój sprzeciw – tłumaczy. – I teraz też trzeba ludzi przekonać, że pomaganie potrzebującym na granicy jest legalne, a bezinteresowne podwożenie uchodźców nie może być traktowane jak przestępstwo.

Prawnicy uważają, że proces Justyny i Pawła, jeżeli do niego dojdzie, będzie dotyczył prawa człowieka do działania z pobudek humanitarnych. Kodeks nie przewiduje karania osób za to, że pomagają w ratowaniu życia i zdrowia nawet tym, którzy nielegalnie przekroczą granice państwa.

Być może do procesu w ogóle nie dojdzie, bo prokurator, uznając humanitarne motywy czynu Justyny i Pawła, śledztwo umorzy, nie widząc podstaw do oskarżenia ich przed sądem. Nie oskarża się przecież za szlachetność.

Czytaj też: Jak ma działać „ustawa wywózkowa”?

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Kraj

Czy oddawać Ukrainie polskie patrioty? NATO naciska, presja rośnie, Warszawa odmawia

Międzynarodowa presja na Polskę nie maleje – zapewne będzie rosła do szczytu w Waszyngtonie, któremu potrzeba „sukcesu". W którymś momencie Warszawa może być nawet napiętnowana za opór, zwłaszcza jeśli na podarowanie Ukrainie świeżo kupionych patriotów zdecydują się Rumunia lub Szwecja.

Marek Świerczyński, Polityka Insight
14.05.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną