Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty w okazyjnej cenie!

Subskrybuj
Społeczeństwo

20 tys. brakujących nauczycieli. Pozostali płaczą i zgrzytają zębami

Początek roku szkolnego Początek roku szkolnego Jakub Włodek / Agencja Wyborcza.pl
Teraz ledwo przetrwamy, a naprawdę ciężko będzie za rok. Wtedy wszystko szlag trafi, bo nie będzie już nauczycieli, którzy zechcą pracować na dwa etaty jak my teraz. Raz daliśmy się nabrać, ale nigdy więcej tego błędu nie popełnimy.

Kilkanaście lat temu nauczyciele wydzierali sobie godziny, aby mieć cały etat. O nadgodzinach mogli tylko pomarzyć. Wielu pracowało na tzw. niedoszacowaniu, czyli prawie pełnym zatrudnieniu, co już uznawano za sukces. Obecnie jest odwrotnie. To dyrektorzy próbują wcisnąć nauczycielom jak najwięcej godzin, nieraz dwukrotność normy. O tym, żeby mieć goły etat – 18 lekcji w tygodniu – należy zapomnieć.

Karta nauczyciela zezwala dyrektorowi na obciążenie pracownika pedagogicznego – bez pytania go o zgodę – maksimum 1,25 etatu. Każda godzina więcej wymaga pisemnej akceptacji nauczyciela. Trzeba to zrobić trzy miesiące wcześniej, czyli w maju poprzedniego roku szkolnego poprosić pracowników o potwierdzenie na piśmie, że zgadzają się od 1 września pracować na więcej niż jeden i jedna czwarta etatu. Nie mając takiej zgody, dyrektor powinien w arkuszu organizacyjnym zaznaczyć wakat, a na stronie kuratorium oświaty zamieścić ogłoszenie, że szuka pracownika.

Problem nauczyciela czy dyrektora?

Potężna liczba ogłoszeń o wakatach w szkołach – 16 kuratoriów poszukuje w sumie 20 tys. nauczycieli chętnych podjąć pracę od nowego roku szkolnego – to nawet nie połowa faktycznie wolnych miejsc. Dyrektorzy placówek, które nie cieszą się uznaniem w środowisku, w ogóle nie próbują szukać w ten sposób. Tylko by się ośmieszyli, gdyby ogłosili, że właściwie żaden przedmiot nie jest u nich w pełni obsadzony. Co by pomyśleli zwierzchnicy, gdyby dyrektor przyznał, że brakuje mu połowy pracowników? Oskarżyliby go o nieumiejętność kierowania placówką. Dlatego ogłoszenia o wolnych miejscach, mimo że idą w tysiące, nie oddają w pełni trudnej sytuacji. Jak trudna jest to sytuacja, moglibyśmy ocenić dopiero, gdyby ujawniono, ile godzin ponad etat próbują wcisnąć nauczycielom dyrektorzy.

Wielu dyrektorów chce postawić pracowników przed faktem dokonanym. Na posiedzeniach rady pedagogicznej, jakie odbywają się w ostatnich dniach sierpnia, nauczyciele dowiadują się, że przydzielono im 32–34 godziny w tygodniu (dwa etaty to 36 godzin). Szef rozkłada ręce, mówi, że nic nie da się zrobić, gdyż plan lekcji został już ułożony. Naciska, aby przyjąć te godziny, inaczej zrobi się totalny bałagan, trzeba będzie od nowa układać plan, no i dzieci nie będą miały nauczyciela.

Koleżanka, która uczy angielskiego, mówi, że rozpłakała się ze złości. Jak można było jej coś takiego zrobić?! Przecież ma swoje plany, własne dzieci, które wymagają opieki, poza tym fizycznie nie da rady pracować na prawie dwa etaty. Odmawia. Dyrektor mówi, że może przyjąć odmowę, jeśli znajdzie kogoś w zamian. Na pewno zna jakiegoś anglistę, niech więc go namówi do pracy tutaj. Ale czy to jej problem, żeby znaleźć chętnego do pracy w szkole, czy dyrektora?

Czytaj też: Jesienią szkoły będą bardzo upolitycznione

Do szkoły! Jak nie prośbą, to groźbą

Matematyk, któremu dyrektor zrobił podobny numer, zapowiedział, że natychmiast się zwalnia. Jak ma pracować na dwa etaty, to woli wcale. Jutro przynosi wypowiedzenie. Z palcem w nosie znajdzie sobie lepsze miejsce pracy. Dyrektor ostrzega, że nie może się zwolnić w trakcie roku szkolnego, ale dopiero w maju ze skutkiem na 31 sierpnia 2023 r. Jeśli nauczyciel nie przyjmie jego warunków, tylko przyniesie podanie o rozwiązanie umowy, zostanie zwolniony dyscyplinarnie. Matematyk nie bardzo wiedział, czy rzeczywiście takie jest prawo oświatowe, dlatego zamknął buzię. Nie chce pracować na dwa etaty, ale nie chce też otrzymać dyscyplinarki. Czy naprawdę nauczyciel musi pracować do końca roku szkolnego, mimo że nie odpowiadają mu warunki zatrudnienia? Trzeba będzie zapytać prawnika.

Dyrektorzy chwytają się brzytwy, żeby tylko nie mieć wakatów. Jedni proszą nauczycieli, aby ulitowali się nad dziećmi, które muszą przecież chodzić na lekcje angielskiego, fizyki czy matematyki (z tymi przedmiotami jest największy problem). Inni przekonują, że prawo pozwala dyrektorowi dać pracownikowi tyle godzin, ile uzna za słuszne. Nawet dwa etaty. Niejeden szef przekonuje, że takie obciążenie nie potrwa długo, na pewno w ciągu roku szkolnego znajdzie się ktoś chętny i odciąży tych, którzy nie mogą tak dużo pracować. Może nawet za kilka dni uda się kogoś znaleźć. Nauczyciele obawiają się, że jak zaczną pracować na dwa etaty, to będą musieli ciągnąć tak aż do wakacji. Zdarza się, że dyrektor straszy, że jak ktoś odmówi, to może się to przełożyć na ocenę jego pracy. Widać, że dyrektorzy są zdesperowani i kompletnie nie wiedzą, co robić, dlatego szantażują i wygadują różne głupstwa. Posuwają się nawet do kłamstw.

Czytaj też: Czarnek proponuje nauczycielom niby-podwyżkę

Jedno wypracowanie i ani litery więcej

Nauczyciele, którzy zgodzili się pracować na prawie dwa etaty, zastanawiają się, jak temu podołają. Wiedzą, że muszą ograniczyć zaangażowanie w pracy do niezbędnego minimum, inaczej padną na pysk. Uczniowie muszą zapomnieć o dodatkowych spotkaniach. W tym roku koło zainteresowań zostanie zawieszone, gdyż nie ma go – to oficjalna wersja – kiedy wcisnąć. Trzeba powiedzieć uczniom, żeby poszli do tych nauczycieli, którzy mają mniej godzin. Tylko że takich nie ma. Jeśli nawet ktoś pracuje tylko na goły etat, to jedynie dlatego, że jest zatrudniony w drugiej szkole, gdzie również ma wiele godzin. Koła zainteresowań nie da się wcisnąć, chyba że chcecie, żeby nauczyciel – facet tuż przed emeryturą – miał zawał. Dwa etaty to dla niego wystarczające ryzyko.

Na spotkaniach zespołów przedmiotowych trwa ustalanie, do jakich działań są zobowiązani nauczyciele, a co stanowi jedynie ich dobrą wolę. Poloniści umawiają się, ile wypracowań w ciągu roku będziemy zadawać dzieciom. Jedno czy dwa? Na pewno nie więcej, bo nie dalibyśmy rady uporać się ze sprawdzeniem tych prac. My pracujemy na prawie dwa etaty, klasy są znacznie liczniejsze, nie możemy więc zadawać tyle co dawniej, bo zmianie uległy warunki pracy. „Ale jedno wypracowanie na rok – mówi koleżanka – to chyba za mało?”. Tłumaczymy, że może zadać nawet dziesięć, ale niech nie sprawdza wszystkich, tylko wyrywkowo po kilka. Uczeń napisze wiele prac, ale ocenę otrzyma za jedną.

Chcemy przekonać wrażliwą koleżankę, dlatego prosimy, żeby pomyślała o dentystach. Czy dentysta wyleczy jej za darmo wszystkie zęby? No przecież, że nie! Może być szczęśliwa, jeśli w ramach ubezpieczenia będzie miała wyleczone jedynki. Za resztę musi zapłacić, inaczej będzie wyglądała jak królik. Żadne prośby nie pomogą. W ramach NFZ dentysta leczy tylko jedynki, reszta kosztuje ekstra. Podobnie uczniowie mogą liczyć na sprawdzenie jednego wypracowania w ciągu roku. Jak chcą więcej, muszą mieć prywatnego nauczyciela. Takie zasady powinny obowiązywać polonistów w całej Polsce: jedno wypracowanie na ucznia w ciągu roku i ani litery więcej. Zresztą zarobki w oświacie są tak małe, że jedno na ucznia to aż nadto.

Nauczyciele jak konie zaprzęgowe

Nauczyciele patrzą na swój plan lekcji i widzą, że każdego dnia prowadzą siedem–osiem lekcji. Gdyby chcieli robić coś dodatkowego, np. spotkać się z rodzicami i porozmawiać o postępach dziecka, musieliby pracować dziewięć godzin. A gdy doda się zadania, które zleca dyrekcja, np. opracowanie dokumentacji szkoły, udział w posiedzeniach rady pedagogicznej, wychodzi, że pracujemy ponad dziesięć godzin dziennie. Czasu, jaki na pracę poświęcamy w domu, nikt wcześniej nie liczył, ale teraz będzie.

Nikt się nie chce zgodzić na tak duże obciążenie, dlatego proponujemy, aby wszystkie dodatkowe zadania wcisnąć między lekcje. Z rodzicami trzeba się będzie umawiać na pierwszej przerwie lub ostatniej, posiedzenie rady pedagogicznej trzeba planować na długiej przerwie. Rodzic też nie może się z nami spotykać zbyt często. Jedno indywidualne spotkanie z nauczycielem na rok musi każdemu wystarczyć. Zebrania wychowawcy z rodzicami ograniczmy do jednego lub dwóch w roku. Trzeba przedstawić nasze ustalenia dyrektorowi. Skoro my zgodziliśmy się wziąć tyle godzin, ile chciał, on musi przyjąć nasze warunki.

Nauczyciele uważają, że są traktowani jak konie pociągowe. Jeden z zaprzęgu uciekł (czyli zwolnił się z pracy), a woźnica zamiast kupić nowe zwierzę, postanowił obciążyć konia, który mu pozostał, i dalej prowadzić wóz, jakby nic się nie stało. Na krótki dystans ten jeden pewnie pociągnie, ale nie ma co liczyć, że będzie tak ciągnął zawsze. Prędzej czy później koń padnie z wyczerpania i zdechnie. Nauczyciele, którzy zostali w szkołach, wiedzą, że zostali obciążeni ponad miarę. Od przeciążonych pracą ludzi dzieci dostaną znacznie mniej niż wcześniej. Mniej sprawdzonych prac, mniej czasu. Część obowiązków trzeba ująć, inaczej padną. Wspomniana anglistka zapowiedziała, że może przyjąć te dwa etaty, skoro dyrektor nalega, ale przy pierwszych objawach choroby bierze zwolnienie i na nic się nie ogląda. Nie zamierza umierać w pracy.

Czytaj też: Co piąty nauczyciel szuka nowej pracy

Chcecie się uczyć, szukajcie prywatnie

W moim liceum sporo nowych twarzy. Gdy opowiadam o tym kolegom z innych szkół, mówią, że mamy szczęście. Jako wyśmienite liceum, do którego chodzi wybitna młodzież, mamy kartę przetargową: dobre warunki pracy, świetne relacje z uczniami. Jeżeli ktoś chce w ogóle pracować w szkole, wybierze taką jak nasza. Prawdziwy problem mają placówki, w których uczy się trudna młodzież. Dyrektorzy wiedzą, że nikt do nich nie przyjdzie pracować. Jeśli do tej pory nie znaleźli chętnych, już nie znajdą. Mogą jedynie obciążyć dodatkowymi godzinami tych, których mają. Nie obchodzi ich więc, że pogorszy się jakość pracy, gdy nauczyciele będą robić na dwa etaty. Jakość nauczania może być żadna, liczy się, że jest ktoś, kto sprawuje opiekę nad uczniami. Tylko bezpieczeństwo jest ważne, reszta nie ma znaczenia. Jak polonista chce, może zadawać tylko jedno wypracowanie na rok, dyrektor nie zamierza się wtrącać.

Na posiedzeniach rad pedagogicznych jedni nauczyciele płaczą, gdyż boją się, że nie podołają obowiązkom na dwa etaty. Inni zgrzytają zębami, ponieważ zamierzali dorabiać korepetycjami. To o wiele bardziej opłacalne niż dodatkowe godziny w szkole. Myślą, jak odmówić dyrektorowi, aby to zrozumiał i zaakceptował. Jeszcze inni obiecują, że dadzą z siebie absolutne minimum, na więcej uczniowie i rodzice nie mają co liczyć. Nie z powodu złej woli tak planują, tylko z powodu ograniczeń wiekowych.

Nie można od 60-latka oczekiwać, że będzie pracował na dwa etaty i jeszcze tryskał pomysłami i zachęcał uczniów do większej aktywności. Jak da z siebie minimum, to już będzie bardzo dużo. Wszyscy mówią, że rok szkolny 2022/2023 będzie ciężki. Kolega jednak zaprzecza. Mówi, że teraz jakoś przetrwamy. Naprawdę ciężko będzie dopiero za rok. Wtedy wszystko szlag trafi, bo nie będzie już nauczycieli, którzy zechcą pracować na dwa etaty jak my teraz. Raz daliśmy się nabrać, ale nigdy więcej tego błędu nie popełnimy. Jak dyrektor nie znajdzie chętnych do pracy, będzie musiał zamknąć szkołę. Byłby to koniec publicznej edukacji w Polsce. Chcecie się uczyć, musicie szukać – jak w przypadku leczenia zębów – fachowców prywatnie.

Czytaj też: Nie niskie pensje, lecz stres wypędza nauczycieli ze szkół?

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Gdzie jest gotówka? W Polsce ubywa banknotów, z ulic znikają bankomaty

Jest kłopot z papierowymi pieniędzmi. Ubywa bankomatów, kurczy się też sieć oddziałów banków. W sklepach coraz trudniej zapłacić pieniędzmi. Większe transakcje w banknotach stają się podejrzane.

Cezary Kowanda
29.09.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną