Nawrocka. Nieodrodna żona swojego męża. Zakaz aborcji? Milczenie, półuśmiech, usta zasznurowane
Wywiad Marty Nawrockiej dla TVN24 mógł być odmianą po dwóch kadencjach milczącego sprawowania funkcji przez Agatę Dudę i nieobecności medialnej Anny Komorowskiej. Ale nie był.
Nie wypaść z roli
Prezydentowa wystąpiła w przyjaznym dla siebie środowisku, z kimś wspierającym, niewidocznym w kadrze kamery, komu w trudniejszych dla siebie momentach posyłała błagalne spojrzenia. Strategię przyjęła dokładnie taką sama, jak podczas całej kampanii prezydenckiej: nie wypaść z roli.
Począwszy od języka, który niedawna funkcjonariuszka straży granicznej starała się dopasować do stanowiska, jakie właśnie zajmuje, choć nie dawało się ukryć, że to dla niej pole minowe, aż po odpowiedzi na kłopotliwe pytania.
Paradoksalnie język trudniej było opanować niż wejść w schematy przygotowanych wcześniej odpowiedzi na pytania. Kiedy Marta Nawrocka mówiła o dawnej pracy albo o kampanii i wymykały jej się sformułowania typu „będzie ostro”, przez chwilę wypadało to naturalniej, po czym wracaliśmy na tor przeszkód.
Prezydentowa jest za życiem
Z kłopotliwymi pytaniami poszło – jednak – łatwiej. Widać było czas włożony w przygotowanie się do odpowiedzi. Czy pary korzystające z in vitro powinny liczyć na pomoc państwa? Marta Nawrocka sama nie ograniczałaby nikomu prawa do korzystania z tej gałęzi medycyny. A pomoc finansowa państwa? Prezydentowa prosi o inny zestaw pytań. Aborcja? Prezydentowa jest za życiem, jej biografia zresztą tego dowodzi. Ale jak ocenia stosowane w Polsce rozwiązania prawne? Milczenie, półuśmiech, usta zasznurowane.
Można powiedzieć: fundamentalistka. Można: kolejna fasadowa postać w Pałacu Prezydenckim, która mówi nieswoimi słowami. Tyle że wyborcy męża Marty Nawrockiej zobaczyli zapewne kobietę taką jak oni sami. Niewnikającą zbyt głęboko w dylematy polityczne – za to miłą. Umiejącą pochylić się nad losem opiekunów osób z niepełnosprawnościami albo dziećmi, które ładnie malują lub dobrze grają w piłkę. I czyniącą to z energią, której nie ma dla ofiar prawa aborcyjnego – bo granice jej świata pojęć tak daleko nie sięgają. Podobnie jak granice światów większości wyborców.