Dwa tygodnie temu przeżywał, jako drugi trener reprezentacji narodowej, emocjonalną huśtawkę w barażowych meczach z Albanią i Szwecją. W tym pierwszym cieszył się razem z resztą ekipy, w drugim przyszło mu pocieszać niepogodzonych wciąż z brakiem awansu na mundial zawodników.
Wespół z selekcjonerem Janem Urbanem i resztą sztabu mieli przegrupować siły i wymyślić reprezentację na nowo. W to, że trzeba będzie tego teraz dokonać już bez Jacka Magiery, dobrego ducha każdej szatni, w której się pojawiał, i człowieka, który o futbolu umiał myśleć w sposób twórczy, trudno uwierzyć. Ludzie sportu nie odchodzą przed pięćdziesiątką, bo podczas joggingu zatrzymuje się krążenie.
Jacek Magiera: skromny, z notatnikiem
Nie podobałby mu się ten dzień, kiedy wysunął się w mediach na pierwszy plan. Ale to, że był cichy, nieco wycofany i skromny, nie znaczy, że chował się za innymi. Był przecież kapitanem młodzieżowej reprezentacji U17, która na mistrzostwach świata w Japonii zajęła czwarte miejsce (wcześniej został razem z kolegami mistrzem Europy w 1993 r.), potem, już w dorosłej piłce, był ważnym ogniwem Legii Warszawa, aż wreszcie poszedł w trenerkę, co z definicji wymusza rolę przywódcy. Przymierzał się do niej już jako zawodnik. Obserwował, podpytywał, analizował, nie rozstawał się z notatnikiem, który puchł i puchł.
Z piłkarzami zawsze umiał znaleźć wspólny język, bo widział w nich najpierw ludzi, mających swoje problemy i rozterki, a dopiero potem zawodników, od których się wymaga i których się rozlicza. Był w szatni psychologiem, na długo zanim w twardej z pozoru piłkarskiej drużynie korzystanie z takiego wsparcia stało się oczywistością.
Wydawało się, że dynamika życia trenera klubowego nie do końca pasuje do jego temperamentu, a po sinusoidzie w Legii Warszawa (od mistrzostwa Polski do bezceremonialnego zwolnienia po paru słabszych meczach) osiądzie na dłużej w Polskim Związku Piłki Nożnej, gdzie ówczesny prezes Zbigniew Boniek powierzył mu funkcję dyrektora do spraw rozwoju piłki młodzieżowej, a w niej Jacek Magiera będzie nadzorował wcielanie w życie projektu, który w polskim futbolu od lat wymykał się z rąk: jak dogonić nowoczesny futbol, a nawet zacząć go praktykować.
Spotkaliśmy się wówczas, a potem jeszcze, gdy był już selekcjonerem reprezentacji młodzieżowych. Te rozmowy były za każdym razem dłuższe, niż uprzednio planowaliśmy: były nieoczekiwane dygresje, nowe wątki, nieodzowne w przypadku trenera Magiera pytania w rodzaju: „a jak tam w życiu?”, i w końcu wspólna konkluzja, że ta pogadanka musiała się przeciągnąć, skoro wisiało nad nią fundamentalne, jeśli chodzi o polski futbol, pytanie: dlaczego wciąż jest gorzej, niż być powinno?
Z polotem i do przodu
Zrobił jeszcze od PZPN skok w bok, do Śląska Wrocław, gdzie właściwie przeżył przygodę identyczną jak w Legii – od sukcesu (wicemistrzostwa z dość przeciętną drużyną) do zwolnienia, gdy presja wywrócenia stolika w drużynie, która wpadła w dołek, stała się już nie do wytrzymania.
Wydawało się, że jeśli chodzi o reprezentację Polski, duet Urban–Magiera to projekt na lata. Pracowali razem wcześniej (w Legii), lubili się, mieli podobny pomysł na to, jak grać (z polotem i do przodu), i podobną wiarę w młodych piłkarzy, którym od tej wiary na ogół rosły skrzydła.
Trener Magiera mawiał, że na boisku nie wszystko musi im wychodzić, ale jeśli te doświadczenia wzmocnią ich w życiu, to i oni będą wygrani, i on będzie miał frajdę. Taki sposób myślenia mówi o nim więcej niż sto meczów, w których brał udział. W szatni reprezentacji na pewno coś z niego zostanie. Choćby ze względu na pamięć o nim.